Zrób to sam, czyli wychowanie po norwesku

Katarzyna Emigracja, Wychowanie 11 Comments

Podejście wychowawcze w Polsce i Norwegii różni się w wielu punktach. Pierwszym z nich, który początkowo najbardziej rzucił mi się w oczy, a nawet drażnił spojówki, bo ciężko było na to patrzeć, to hartowanie. Trudno było mi przełknąć panujące tu zwyczaje i bardzo łatwo przychodziło przyklejanie takich skojarzeń jak brak troskliwości, nieodpowiedzialność, ba nawet głupota!  Jednak gdy zobaczyłam jak te „niemądre” metody działają, a dzięki nim  dzieci chorują naprawdę rzadko, bo ich organizmy radzą sobie z infekcjami samodzielnie, doceniłam norweskie podejście.

Drugą rzeczą w wychowaniu, która wydaje mi się odmienna, jest stawianie na samodzielność. W zasadzie nie jestem do końca przekonana, że można przeciwstawiać podejścia w obu krajach, bo choć tu, w Norwegii, dominującą postawą w wychowaniu jest usamodzielnianie dziecka dość wcześnie w możliwie szerokim zakresie, nie wiem dokładnie, jak sprawy mają się obecnie w Polsce. Być może zmieniło się wiele. Pamiętam jednak z czasów, gdy jako trzecioklasistka chodziłam na basen, jak panie i dyżurni rodzice pomagali dzieciom w ubieraniu się, suszeniu głów, pakowaniu, traktując nas jak małe dzieci.

Tu, w Norwegii nasze dzieciaki zapisałam na basen, gdy miały 5 i 7 lat. I będąc typową (a może i nietypową?) polską mamuśką pomagałam im w kąpieli pod prysznicem na pływalni. A tymczasem mama innej pięciolatki spokojnie stała na zewnątrz przebieralni (choć oczywiście mogła być w środku), czekając aż jej córka wykąpie się, wytrze, ubierze i spakuje mokre rzeczy. W pierwszej chwili pomyślałam (i sądzę, że była to myśl, która miała głównie mi pomóc racjonalizować moje postępowanie), że przecież to dziecko nie spłucze sobie dobrze szamponu i pewnie niezbyt dokładnie się umyje. I w ogóle za małe. Ale gdy chwilę się nad tym zastanowiłam, odkryłam (eureka!), że przecież wykąpie się następnego dnia w domu, może w wannie i będzie już „wypłukane”. No w każdym razie stwierdziłam, że postępowanie tej kobiety jest być może roztropniejsze, niż moje. I zaczęłam je trochę zmieniać.

Podejście do dziecka świetnie uwidacznia się też na placach zabaw, czy w przedszkolu. I tu wydaje mi się różnica jest zasadnicza. Zdarza mi się zaglądać na polskie blogi parentingowe, gdzie autorki-bloggerki-mamy  wyrażają swoją dumę, że pozwalają dziecku wchodzić na zjeżdżalnie i na różne takie samodzielne doświadczenia, W PRZECIWIEŃSTWIE do wszystkich pozostałych, nawołujących: Uważaj! Ostrożnie! A ja z „norweskiej” perspektywy nie dostrzegam w tym zupełnie nic nadzwyczajnego, że dziecko na placu zabaw dla dzieci (truizm, ale zdaje się nie dla wszystkich to oczywiste) może się bawić. Myślę, że wiele osób z naszej strefy mentalnej mogłoby się złapać za głowę patrząc na to, jak, a przede wszystkim gdzie bawią się dzieci w przedszkolu norweskim. Zobaczmy choćby drewniane domki, które czasem służą jako garaże dla rowerów, innym razem są to wiaty, gdzie dzieci w czasie deszczowej pogody spędzają czas na przedszkolnym podwórku. Ale gdy nie pada ciągle ktoś się wspina na dach, skacze z niego, wspina się znowu. Aż do znudzenia, bo nikt przedszkolakowi nie zwróci uwagi, żeby zeszło natychmiast, że to niebezpieczne. Dzieci wcale nie robią sobie co chwila krzywdy, za to nabierają sprawności i pewności siebie. Zobaczcie z resztą, jak wygląda „podwórko” przedszkolne, na którym bawią się dzieci, za wyjątkiem najmłodszych (w polskich warunkach jeszcze żłobkowych).

Zgodnie z badaniami prowadzonymi na rzecz projektu World Values Survey rodzicom w Norwegii zależy przede wszystkim na tym, by ich dzieci były niezależne. Widzę w tym podejściu dużo zaufania do dzieci i płynący z nim przekaz „poradzisz sobie”. Choć czasem miewam wrażenie, że pewne kroki samodzielności mają nie tyle wzmocnić dziecko, co odciążyć rodzica czy opiekuna,  może to z resztą naturalne?

p.s. Choć i z tą norweską samodzielnością bywa przewrotnie, bo na przykład jeśli chodzi o porzucenie pieluchy to niemal zachwyt budzą (polskie) dwulatki bez pampersa, a przecież w Polsce dzieci często dużo wcześniej zaczynają korzystać z nocnika. Norweskie dzieci najczęściej w wieku trzech, trzech i pół lat, choć widok czterolatka z pampersem i smoczkiem do rzadkich nie należy.

 

***

Hej! Lubisz czytać nasze teksty? Daj znać:

  • podziel się swoimi przemyśleniami w komentarzu
  • udostępnij wpis znajomym
  • a przede wszystkim polub nasz fanpage tutaj

Pozdrawiamy

Trzy i my

***

Comments 11

  1. Ja pracowałam 5 lat w przedszkolu norweskim i nie powiedziałabym że wypadki się nie zdarzają. Zdarzają i to często. Ale nikt sobie z tego nic nie robi komentując det gar bra.

    1. Post
      Author

      Wypadki zdarzają się, nawet w domu. Myślę że i w polskich, statecznych przedszkolach mają miejsce, ale czy mniej, czy więcej – tego nie wiem. Słyszałam natomiast, że w norweskich przedszkolach mają zasadę, że jeśli dziecko spadnie z mniej niż 1 metr to się nie przejmują, powyżej tej wysokości traktują to już poważniej. Czy tak jest? Pewnie zależy od przedszkola. Pozdrowienia

  2. No raczej nie w kwestii pieluch. Mało znam dwulatków bez pieluchy, większość mam się tylko chwali, że ich dzieci siusiają na nocnik przez 2 urodzinami. W praktyce wygląda to tak, że trzymają dziecko na nocniku siłą, aż zrobi, a na dworze w kółko dziecko moczy portki, więc nie wychodzą z nim na dwór w ogóle. Spotkać dwuletnie dziecko na dworze jest bardzo trudno, dopiero odpieluchowane trzylatki. Na forach i grupach mam dzieci w tym wieku to podstawowy problem, jak odpieluchować dziecko, bo zaraz idzie do przedszkola i co wtedy. To dość powszechny problem. Więc tu się zrobiliśmy bardziej norwescy. W Norwegii widziałam dużo dzieci ze smoczkami w przedszkolu. Może tylko takie grupy (nie znam statystyk) mi się trafiły w Bergen i w Oslo… czy w Norwegii próchnica jest powszechna? Czy dzieci późno mówią? Raczej nie, prawda? W Polsce jest straszny nacisk na szybkie odpieluchowanie i odsmoczkowanie, ale jak już przychodzi do prawdziwego wychowania, to mam wrażenie, że mamy by chciały, by ich dzieci nigdy nie dorosły. Czasem widuję, jak mamy zakazują wchodzić na drabinki dziesięciolatkom. Takie drabinki, po których wchodziła moja, zanim poszła do przedszkola.

    1. Post
      Author

      Smoczki są długo używane w Norwegii, tu nie bardzo jest presja na to, by wcześnie skończyć, to samo z pieluchami, ale wydaje mi się, że to w jakiś sposób wygodne dla rodziców.Pewnie, że dzieci nie mówią później, nić gdzie indziej, a z próchnicą chyba podobnie, niektóre dzieci mają, inne nie. Jeśli chodzi o samodzielność czasem rodzic musi się przełamać, ale wychodzi to na dobre dziecku. Pozdrawiam Lavinko

  3. Podzielę się swoim doświadczeniem mamy 4 chłopców. U nas i w naszym otoczeniu dzieci chodzą bez pampersa ok drugiego roku życia. Ja proponuję przenieść się wtedy na pieluchy wielorazowe z mikrofibry i potem już chwilka do majteczek – dziecko zrozumie czym kończy się siusianie. Myślę jednak, że każde dziecko jest inne i wyznacznikiem może być to, czy moczy się w nocy. Kiedy nad ranem pielucha jest sucha, a mokra już po przebudzeniu to dla mnie moment mówiący, że dziecko może się odpieluchować.
    Odnośnie samodzielności – mamy takie samo podejście jak w Norwegii. Ale to zachwyt Marią Montessori : „Naucz mnie zrobić to samemu”. Dzieci mają swoją półkę z naczyniami, same robią sobie kanapki ( tak od 4 roku już całkowicie, nasz dwulatek jeszcze nie smaruje) i ogólnie staram się jak najmniej je wyręczać. I tak, także z powodu własnej wygody. Samodzielne dziecko pozwala mi poświęcić czas niemowlakowi i ogarnąć chaos rodziny wielodzietnej ( pranie, sprzątanie, gotowanie). Nie jest to łatwe i wiele zależy od dziecka. Ale jego wysiłki to też jego większa swoboda.

    1. Post
      Author

      No super. Czwórka to już spora gromadka i duże doświadczenie w tym, jak pomóc dziecku rosnąć i odkrywać świat. Tak jak piszesz – czasem to sytuacja wymaga, by dziecku powierzyć więcej odpowiedzialności i zaufać, że sobie poradzi, choć gdy jest to świadome działanie, a nie tylko konieczność chwili to jeszcze lepiej. Choć wierzę, że w obu przypadkach wpływa to pozytywnie i sprzyja samodzielności.
      Pozdrowienia

  4. Najbardziej lubię jak piszesz właśnie o wychowaniu dzieci o tych różnicach.Bardzo lubie wprowadzać do naszego życia niektóre z nich.Widze tez jak u nas w Polsce my ludzie się zmieniamy, coraz więcej hartuje dzieci,inaczej tez jest teraz na plecach zabaw, mamusie juz niebiegaja z wiaderkiem za dziećmi,dzieci kombinują. Coraz więcej rodziców raczej bawi się w obserwatorów, są pewno i tacy i tacy. Może przez wyjazdy albo przez takie blogi jak Wasz ludzie są coraz bardziej otwarci na zmiany a napewno dzieci na tym korzystają W naszej szkole dzieci wychodzą są dni kiedy dzieci, aż dwa razy są na podworku:) wystarczy ze niepada i juz idą to jest super za moich czasów podwórko widzieliśmy przez okno albo jak musieliśmy na wf grabić liście .Pozdrawiam

    1. Post
      Author

      Też pamiętam podwórko zza szyby w klasie, lato czy zima, a na korytarzu nie wolno było biegać, uwagi do dzienniczka itd. Super, że się zmienia i bardzo się cieszę, jeśli w najmniejszym choćby stopniu do tego się przyczyniam. Pozdrawiam serdecznie

  5. Twoj opis wiele mi mówi o tym co tam się dzieje. Zastanawiam się nad wyjazdem do Norwegii na stałe. Mam córkę w wieku 7 lat i nie bardzo wiem co myśleć o aklimatyzacji tam? Czytam fora i jakoś nie umiem znaleźć kilku istotnych dla mnie informacji. Np. ile czasu dziennie dzieci spędzają w szkole? Czy nauczyciele rozmawiają z rodzicami po angielsku? Czy jest jakieś wsparcie lokalne? Jestem też ciekawa, czy są jakieś miasta szczególnie zamieszkane przez Polaków? Będę wdzięczna za odpowiedzi.

    1. Post
      Author

      Dzieci w pierwszych latach nauki mają niewiele lekcji, może zależeć to od regionu, ale chyba nie więcej niż 5 lekcji. A w niektóre dni nawet tylko 3. Każdego dnia mają dłuższą przerwę, którą spędzają na zewnątrz. Nauczyciele rozmawiają z rodzicami po angielsku bez problemu, w niektórych szkołach rodzice mogą liczyć na tłumacza (w czasie wywiadówki na przykład). Z tego co wiem, dzieci, które nie mówią po norwesku idą do szkoły językowej, chyba rok wystarcza i potem zaczynają regularną naukę w szkole. Obcokrajowcy mogą liczyć w szkole na specjalną pomoc językową, choć to zależy od komuny. Polaków jest ogólnie dużo w Norwegii. My mieszkamy w Vest Agder i wiem, że tu jest nas naprawdę sporo (Arendal, Kristiansand i okolice). Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *