Zimne Hawaje

Katarzyna Dania, Podróże z dziećmi 0 Comments

Zamiast kwiecistych bikini – ciepłe kombinezony. Najmłodszy syn ma już dwa miesiące. Czas zatem ruszać. Pierwszy cel to „zimne Hawaje”, czyli duńskie Klitmøller. Tyle mają wspólnego z ciepłymi, że są mekką surferów. Niedaleko, możemy jechać autem (i promem), wynajmujemy domek w spokojnej miejscowości.

P1080667

Znajomi (Ania i Andrzej) jadą z dwójką swoich dzieci, my z naszą trójką.

Ruszamy. Fale na morzu najbardziej dały się we znaki mnie. Ale do brzegu dotarliśmy wszyscy z honorem. W drodze do Klitmøller szybko odbijamy z autostrady i jedziemy przez wioski, pełne pól i zagród z końmi. Farmerskie domy, całkiem różne od norweskich, bo nie drewniane, a z cegły. Po dwóch godzinach jazdy docieramy na miejsce. Wioska, licząca niespełna tysiąc mieszkańców, staje się coraz popularniejsza. Ze względu na wietrzną pogodę przyciąga surferów z różnych stron; dlatego zwana jest zimnymi Hawajami. Zimne owszem, Hawaje nie wiem. Ale obok wiatru naszym spacerom towarzyszy słońce, dzieciaki puszczają bańki mydlane. Po południu wskakujemy do basenu. Dla Samuela to pierwsza poważna kąpiel. Znosi ją ze spokojem. W ogóle zaskakuje mnie jego postawa. Pozytywnie. Nie marudzi, jest cierpliwy i dużo się uśmiecha.. Obawiałam się, że zmiana miejsca wywoła jego niepokój. Miałam go za gościa, który ceni ponad wszystko powtarzalność. Okazuje się, że jednak nie jest to warunek konieczny, by był spokojny.

P1080675 P1080668 P1080758 P1080773

Dzieci są zadowolone, choć trochę zmęczone marszem przez wydmy. Podoba im się morze, choć o  tej porze nie nadaje się do kąpieli. Traktują je jak wielką kałużę. W kombinezonach i gumiakach wbiegają do wody. Silny wiatr zrywa kaptury z głów i wywiewa gdzieś daleko smutne myśli. Pozostawia świeży umysł.

Domek znajduje się wśród innych daczy, ale prawie żadna z nich nie jest jeszcze zamieszkana. Latem musi być tu mnóstwo ludzi. Teraz nie spotykamy nikogo.  Podoba mi się ta cisza, podoba mi się słońce, które nieśmiało wychodzi zza chmur.

Odwiedziliśmy miejsce z jednym z najdłuższych fortecznych wybrzeży w Europie. Działa armatnie stoją nieopodal morza. Muzeum z eksponatami militarnymi z czasów II Wojny Światowej znajduje się w bunkrze . Ścieżki pomiędzy niskimi świerkami tworzą zielone tunele. Bańki mydlane znów znaczą naszą trasę. Idziemy bez pośpiechu. Dzieciaki zainteresowane bardziej bieganiem niż tematyką wojenną brykają wśród pojawiającej się zieleni.

 

P1080802

Czas spędzamy bez pośpiechu, delektując się chwilami spędzonymi we własnym towarzystwie, wygospodarowując go więcej, niż zwykle, dla dzieci. One są wniebowzięte. Do odkryć drugiego dnia należy plac zabaw w pobliżu naszego domku. Wieczorem kolejna rozrywka – idziemy na pizzę. Na szczęście w pizzeri nie ma innych klientów – dlatego wrzaski naszej gromadki nikomu szczególnie nie przeszkadzają. Samuel krzyczy z wózeczka, więc nie czekając na kolację wychodzę z nim na zewnątrz. Kieruję się w stronę pobliskiej plaży. Gdy się na niej zjawiam zbliża się zachód słońca. Po lewej w oddali dwóch serferów próbuje swoich sił na niewielkich falach. Po prawej jakaś para spaceruje z psem. Wyciągam Samuela z wózka i pokazuję mu morze. Nie wiem, czy mu się podoba, ale się uspokaja. Siadam na dużym kamieniu i karmię synka, wpatrując się w morską dal. Czuję, że to mój moment w czasie tej wycieczki. Bliskość kochanego maleństwa i piękno, które możemy odbierać razem, choć na różne sposoby, odkopuje pragnienie wyruszenia w drogę. Mam taką potrzebę i czuję, że jej realizacja przyniesie wiele dobrego nam wszystkim (to znaczy Kubie, dzieciakom i mnie). Słyszę zew serca, zew przygody i nie potrafię milczeć. Muszę odpowiedzieć. Mówię: TAK!

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *