Z Kubą na Kubę

Katarzyna Bez dzieci, Kuba 6 Comments

Jakub i ja jesteśmy razem już kilka ładnych lat. Muszę wyznać, że po dziewięciu latach małżeństwa lecę na Kubę. Z Kubą!
Wsiadamy do pierwszego samolotu, jest wcześnie rano i dziwnie spokojnie. Dzieci zostały z Babcią i na lotnisku mogliśmy po prostu napić się kawy i spokojnie czekać, siedząc prawie nieruchomo.
Czekają nas dwie przesiadki i ośmiogodzinny pobyt na lotnisku w Toronto, a jeszcze dalej czekają Karaiby i zetknięcie z prawdziwą biedą. Bo Kuba to nie tylko plaże i stare samochody, to świat ludzi, którzy żyją jak Polacy za Gomułki, tylko że mówią w innym języku i lepiej tańczą. Taki obraz wyłonił się w trakcie naszych przygotowań do wyjazdu. Wiele osób pisze o swoim rozczarowaniu Kubą – że wszędzie tylko naciągacze, że drogo, że nie mówią po angielsku. Są też osoby, które Kubę pokochały, a pokochać można przecież to, co się poznało. Wiem, że łatwo popaść w pułapkę osądów, które czasem wynikają z niewiedzy. Tak stało się, gdy zetknęłam się z „Małymi Indiami” w Malezji, a kontakt ten zniechęcił mnie do poznania prawdziwych Indii, może całkiem niesłusznie. W każdym razie wybierając się na Kubę wiem, że nie lecimy do raju, tylko do ludzi, którzy mierzą się w nierównej walce z losem, czym łatwo wytłumaczyć wiele zachowań. W każdym razie widokówkowe wyobrażenia, jakie można mieć o Kubie, gdy ogląda się zdjęcia klimatycznych samochodów, kolorowych, choć obdrapanych kamienic i plaż, na których delikatny piasek i lazurowa woda zapraszają i kuszą to półprawdy, za którymi kryje się inne oblicze wyspy.
Jest możliwe, by wybrać się na Kubę i o życiu, które tam się toczy nie mieć pojęcia, bo są kurorty przeznaczone wyłącznie dla turystów, gdzie za spore pieniądze można karmić się wykwintnymi daniami i złudzeniami, sącząc drinka na plaży przy hotelu. A życie większości Kubańczyków wykwintne nie jest.
Oprócz drogich hoteli są też prywatne domy osób zajmujących się turystyką, czyli casas particulares. By przyjmować turystów trzeba mieć licencję państwową i odprowadzać spore pieniądze do państwowej kasy. Stąd ceny też wcale do niskich nie należą, ale w zamian za to casa particular ma różne przywileje, w tym specjalne przydziały na papier toaletowy. Jak za starych niedobrych w Polsce, tak i na Kubie jest z nim problem, podobnie jak z żywnością, która jest na kartki. Ale mimo tych okoliczności podobno łatwo znaleźć radość, o mojito, cygarach już nie wspominając.

Teraz już kolejny lot, tym razem z Frankfurtu do Toronto. Przed nami osiem godzin w klimatyzowanej kabinie Boinga 777, tuż obok gromadki nie naszych dzieci. Jedno z nich wyje dopiero od dziesięciu minut, a już połowa pasażerów mocno okazuje zniecierpliwienie. Na naszych twarzach nie dojrzysz nic, poza wyrazem błogości, jesteśmy znieczuleni na takie krzyki, które nie przeszkadzają bardziej, niż szum silników.
Jestem bardzo ciekawa wrażeń, jakie na nas zrobi Perła Karaibów. Będziemy się nimi dzielić w miarę możliwości, bo na Kubie z internetem jest dość krucho.
Hasta la vista!

Comments 6

    1. Post
      Author

      Dzięki. Świat jest duży i pewnie lista miejsc długa :). My jeszcze na lotnisku tkwimy i bardzo jestem ciekawa tego co przed nami. Dodamy zdjęcia kiedy tylko będzie możliwość. Pozdrowienia

    1. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *