Wyspa Iguana: dzień pełen wrażeń

Katarzyna Bez dzieci, Kuba

W biurze podróży powiedziano nam, że z La Boca, gdzie nocujemy, do La Marina przy plaży Ancon, skąd odpływa katamaran, jest godzina drogi pieszo. Cóż to dla nas? Przyjemny spacerek, w dodatku o siódmej rano nie ma jeszcze upałów. Zamiast płacić za taksówkę, postanawiamy się przejść. O dziewiątej rano wypływa katamaran, którym mamy dopłynąć na Wyspę Iguan. To trochę bananowy dzień i jego bananowość zamierzamy złagodzić właśnie spacerem, bo kosztów samej wycieczki obniżyć się nie da. Nieważne, czy wykupuje się ją u organizatora, czy w biurze pośredniczącym, jej cena jest niezmienna i nienegocjowalna. Cena państwowa.
Czasu mamy aż nadto, bo przecież idzie się tam godzinę, a my mamy dwie. Ruszamy więc ochoczo, żartujemy, jemy suszone owoce, które przywieźliśmy z Polski, a nas jedzą komary. Mamy jeszcze trochę repelentu, więc psikamy się i jako tako jesteśmy chronieni. Droga z asfaltu wiedzie wzdłuż morza. Leniwie mija nas skuter napędzany prądem, potem ciężarówka mknie na jakąś budowę. Ale poza nielicznymi pojazdami są jeszcze inni uczestnicy ruchu drogowego.

To kraby, które z nieznanych mi powodów wyłażą z morza i koniecznie chcą się dostać na drugą stronę jezdni. Skradają się jak szpiedzy, nerwowymi ruchami rozglądają na boki i gdy tylko usłyszą hałas, spiesznie zawracają. Krok mają chybotliwy, idą z delikatnym stukotem. Udają niewidzialne, co zupełnie im nie wychodzi. Jezdnia usłana jest ich trupkami. Na świeżych ofiarach kolizji drogowych przesiadują chmary much, te które leżą w słońcu od przynajmniej kilku godzin są wyschnięte i tylko rozciągają swoje rozpłaszczone odnóża w dwie strony świata: tę, z której przyszły i tę, do której zmierzały.
Mijamy je, idziemy już dobre 40 minut. Przyjemny spacerek staje się nieco mniej przyjemny z powodu co raz mocniej grzejącego słońca i co raz dotkliwszej świadomości, że do celu jest raczej wciąż daleko. Przy jednym z nielicznych przydrożnych barów pytamy o La Marinę.
– Jakieś 30 minut pieszo – gruby kelner o śniadej cerze pokazuje ręką dalszą drogę.
30 minut? Ok. Spokojnie zdążymy, bo jest ósma. Idziemy może mniej ochoczo, ale naprzód. Idziemy 10 minut i kolejnych 10. I jeszcze 10 następnych. I nic, końca drogi nie widać.
– Chciałbym zobaczyć tego gościa, jak zapieprza tą drogą w pół godziny – Kuba traci powoli cierpliwość. Nie idziemy powoli, a jednak „godzinna” wędrówka zajmuje nam już 1,5 godziny, a cel ledwo majaczy nam w oddali. Iść możemy dalej, tylko, że katamaran odpływa o 9.00 i nikt na nas czekać nie będzie.

Wspomniałam wam już o moim marzeniu – że rano wstajemy z Kubą i biegamy wzdłuż plaży. I marzenie się spełnia, prawie. Wstaliśmy rano i zaczynamy biec, choć nie po plaży, a wzdłuż jezdni i chyba nie jest tak przyjemnie, jak myślałam. Dziewiąta zbliża się nieubłaganie, a my biegniemy, żeby się nie spóźnić. Przejeżdża taksówka, łapiemy ją i podjeżdżamy ostatni odcinek. W aucie dostaję ataku śmiechu, kierowca patrzy na mnie w lusterku wstecznym, nie wie o co chodzi, a ja nawet nie mam jak mu wytłumaczyć, dusząc się ze śmiechu. Jesteśmy na przystani punktualnie, czego nie można powiedzieć o załodze katamarana. To dobrze, mamy czas napić się kawy. Tutaj nawróciłam się na czarną kawę, zamiast z mlekiem. Kubańska kawa z kubańskim cukrem jest świetna.
I wreszcie jest nasz rejs.

Słońce otula promieniami, woda szumi, ryby pływają, a nawet latają (katamaran przestraszył kilka ryb, które przez 200 metrów odbijały się od powierzchni morza jak kaczki puszczane przez sprawne ręce). Zatrzymujemy się przy rafie, nurkujemy; życie rafy przypomina mi bajkę Gdzie jest Nemo, tyle się tam dzieje, kolory ryb jak magnes przyciągają wzrok i nie pozwalają go oderwać do czasu, aż pojawi się inne stworzenie. Woda jest niewiarygodnie przejrzysta.

Po dwóch godzinach docieramy na wyspę, pełną iguan, a także hutias*, takich szczurowato-nutriowatych stworzeń.

Zwierzęta interesują się przyjezdnymi, może dlatego że zawsze dojadają po nich resztki obiadu serwowanego przez załogę, albo jeszcze z innego powodu – na wyspie za wiele się nie dzieje. W każdym razie żucają się na ryż jak zwierzęta 😉 Iguany nie są groźne, ale powiedzieć, że przyjazne byłoby za wiele. Za to hutias bardzo chcą się zaprzyjaźnić. Fajne są, ale jak jedna przebiega mi po stopie i czuję szorstkie futro, bezwiednie wydaję piskliwy dźwięk.

Wyspa jest urocza, palmy dają cień, piwo dość zimne. Nie narzekamy.

Po odpoczynku na wyspie wracamy odpoczywać na pokład. Załoga od dawna raczy się rumem (zdaje się w ramach naszego „all inclusive” ), a my  suniemy po przezroczystych falach, z rozwianym włosem i skórą nagrzaną karaibskim słońcem.

 

*Hutia kubańska – endemiczny gatunek gryzoni z rodziny hutiowatych. Występuje na Kubie oraz jedynie na kilku z otaczających ją znacznie mniejszych wysp (za wikipedia.pl).

***

Jeśli tekst wydaje Ci się interesujący, daj mi o tym znać.

Możesz to zrobić:

dzieląc się swoimi przemyśleniami w komentarzu

udostępniając wpis znajomym

A jeśli lubisz czytać naszego bloga, polub nasz fanpage tutaj

***