Wróżki i Czerwony Kapturek. Wyznanie

Katarzyna Styl życia

Gdyby przyszła do mnie wróżka, choćby wtedy gdy siedziałam w pracy przyglądając się półkom ze słodyczami i spytała:
„Co chcesz, żebym zrobiła? Możesz mieć tylko jedno życzenie”.
Co bym powiedziała wpatrując się w jej błyszczące skrzydła (wróżki mają chyba skrzydła)?
Z pewnością poprosiłabym ją o zdrowie dla naszego synka (miał przyjść na świat za kilka tygodni; cierpiał na śmiertelną chorobę genetyczną). Żeby przyszedł na świat tak jak większość dzieci, z szansą na długie i aktywne życie.
Ale wróżka nie przyszła. I nie przyjdzie. Wiem to.

Myślę, że modlitwy, które ślemy wysoko w górę też nie spełnią każdego życzenia. To nie działa jak automat, że wystarczy się pomodlić, by z „automatu” wyleciał pożądany prezent.
To po co się modlę? Po co „tracę czas”?
Bo dostrzegam różnicę między wróżką, a Tym, który jest na górze.
Wróżka, gdyby istniała, spełniłaby moje życzenie. Ale jej nie ma.
A Bóg, który wierzę, że istnieje, choć nie spełnia wszystkiego, czego zapragnę i czasem nie zmienia rzeczywistości w taki sposób, jakbym chciała, zmienia mnie.

Tak, naprawdę zmienia. Lub, jak kto woli, to iluzja mojego umysłu. Każdy może nazwać to jak chce. Wiarą,  zabobonem, duchowością, czy ograniczeniem. Nie przeszkadza mi to. Bo sama wiem, jak to na mnie oddziałuje. Zmieniam się i odczuwam siłę, która nie pochodzi od mnie. Jestem pełna nadziei. I wdzięczności za to, co spotyka mnie w życiu. Wiem, że nie jest to zasługą wróżki. Ani moją zasługą. Wiem, że bez Boga nie umiałabym sobie poradzić, wypadając z toru na zakrętach. Tak było, gdy nie wpuszczałam Boga do mojego życia. Oj wypadałam na zakrętach, wypadałam. Wykolejałam się jak rozpędzony pociąg.

Ta zmiana sposobu myślenia umożliwia dostrzeżenie światła tam, gdzie dość ciemno. I radości w tym, co wydaje się smutne.

DSCN3150

Wiem, że dla wielu osób wyznania o Bogu wydają się niepotrzebne. Naiwne i staroświeckie. Są zupełnie niemodne.

Też nie jestem modna. I nigdy nie byłam. Za to od dziecka jestem przekorna. Lubiłam iść pod prąd,  choć czasem było to głupie. A czasem niepotrzebne.

Nadal lubię. Tylko, że obecnie iść pod prąd oznacza zupełnie co innego. Choć wciąż wymaga odwagi.
Wiem, jak było „przed” i jak jest „po” tym, gdy spotkałam Go kiedyś w górach. Było to w IV klasie LO, na rekolekcjach, na które trafiłam „przypadkiem”, bo jako jedyna w klasie wypisałam się z religii już w klasie I. Był tam ksiądz, który łowił dusze. Złowił i moją. Pierwszego wieczoru, przed mszą, mój fajny kolega (który bardzo mi imponował, bo był „równy”, nie jakiś laluś, a jednocześnie, co uważałam za niezwykłe, był wierzący-praktykujący) trafił mnie śnieżką w oko w taki sposób, że do wieczora nic na to oko nie widziałam, szczypało, łzawiło i drugie oko też chyba oberwało. Dzięki temu pewnie mogłam otworzyć wreszcie uszy, by usłyszeć Ten głos.

Więc „przed” nie ufałam ludziom i liczyłam wyłącznie na siebie. Nie miałam prawdziwego wsparcia i bezsilność czasem rozdzierała mi gardło. Czułam się samotna, a czasem niekochana. Byłam zagubiona, a wydawało mi się, że jestem bardzo sprytna i mądra.
A gdy spotkałam Boga, gdy zgodziłam się, by przyszedł do mnie, by mnie pocieszył i oczyścił, wiele z tego, co było we mnie kłamstwem zobaczyłam właśnie jako kłamstwo. Piszę „wiele”, bo jeszcze sporo śmieci we mnie. Sporo tego, kim nie jestem, sporo ciemności i złości. Nie stałam się człowiekiem doskonałym, ale poznanie tego, który właśnie taki był, gdy chodził po ziemi sprawiło, że świadomie zmieniłam kierunek, w którym podążam. Jestem jak czerwony Kapturek, który nie słucha mamy i ciągle schodzi ze ścieżki. Jestem jak doroślejsza wersja Czerwonego Kapturka, bo na ścieżkę wracam wiedząc, kim jest wilk.

DSCN3128

Nieraz wyraźnie widzę tą wąską ścieżkę, po której czasem idzie się z wielką radością, ale innym razem jest tak ciężko, że wydaje mi się, że nie podołam. I wtedy właśnie otrzymuję pomoc. Bez niej nie dałabym rady dalej iść. Nie tą drogą, bo wymaga czasem ogromnego wysiłku, któremu zwyczajnie nie potrafię sprostać.

DSCN2956

Ale po spotkaniu w górach wiem, że choć jest trudna, jest jedyną, którą chcę iść.

Jest dużo ścieżek w życiu. Nie będę się upierać, że tylko jedna prowadzi do prawdziwej szczęśliwości. Ale pewna jestem, że te łatwe i przyjemne tam nie prowadzą. Że chwilowe przyjemności, związane z wygodnym życiem są niewiele warte. Ot, taki pokaz fajerwerków, po których pozostaje jeno dym.