Wartburg story

Katarzyna Podróże z dziećmi, Włochy 2 Comments

Mieliśmy Wartburga. Z silnikiem golfa. O k r o p n i e się go wstydziłam. Gdy wsiadaliśmy całą rodziną do auta, wciskałam się w tylny fotel chcąc schować się przed wzrokiem dzieciaków z podwórka. Z rozżaleniem wspominałam Skodę 105 w klasycznym pomarańczowym kolorze, a nawet małe fiaty, które przewinęły się przez naszą rodzinę.

W s z y s t k o było lepsze od tego pudła na kołach.

Pewnego dnia zdarzył się cud. Zapałałam do Wartburga sympatią (bo miłość to z pewnością nie była). Jego oryginalność powaliła mnie w końcu na kolana. Nie mnie jedną. Cały kraj!

Rodzinne wakacje z morałem

Pewnego lata nasza rodzina wyjechała na wakacje do Włoch. Do pojazdu w kolorze kawa z mlekiem wsiedli: Tata, Mama (to z przodu), Maciek, Wojtek i ja z tyłu. Byliśmy już podrośniętymi nastolatkami, ale jakoś się zmieściliśmy. Za nami toczyła się przyczepka DIY (dawniej powiedziałabym jak miał to w zwyczaju Adam Słodowy: ZTS) o równie niebywałym co nasz samochód wyglądzie.

Biorąc lekko zakręty między szczytami Alp (mieliśmy silnik Golfa, więc mknęliśmy po autostradzie jak strzała), znajdowaliśmy radość w napisach „Atenzione la curva”. Nikomu nie przeszkadzał brak kliamtyzacji, ani ciasnota. Gniotąc się jak szproty w puszce przemierzyliśmy Włochy z północy do Rzymu. Po drodze kierowcy trąbili na widok naszej bryki, czasem pozdrawiali machając, więc wszystkie trąbienia sklasyfikowałam jako przyjazne i tak też je zapamiętałam. Bez wątpienia nasz samochód budził sensację.

Była to powolna podróż. Zatrzymywaliśmy się na campingach, rozbijaliśmy namiot, a gdy wszystko w okolicy już zobaczyliśmy, ruszaliśmy dalej. Z dala od luksusu. I takie wakacje lubię najbardziej. Włochy każdemu mają coś interesującego do zaoferowania. Jak ktoś nie lubi zabytków, może pojeść pizzę. Jeśli ktoś jest raczej niejadkiem – nacieszy się plażą i morzem. My korzystaliśmy z wszystkich atrakcji, koncentrując się na zabytkach i słońcu. Rodzice osiągnęli spory sukces, bo byliśmy w wieku, w którym nie szukaliśmy już ich towarzystwa. A przecież w czasie tego wyjazdu spędzaliśmy ze sobą długie godziny. I było super.

Byliśmy w Rzymie 3 dni i Mama przeganiała nas od zabytku do zabytku w tempie, któremu trudno było sprostać. Chciała zobaczyć wszystkie miejsca opisane w grubym przewodniku. I chyba jej się udało. My po oglądnięciu Koloseum, Schodów Hiszpańskich i kilku innych „obowiązkowych” punktów, odłączyliśmy się od rodziców i zanurkowaliśmy w ulice pełne ludzi. Chyba wtedy odkryłam, że to właśnie wtopienie się w rytm miasta najlepiej pozwala mi je poznać. Zabytki bywają interesujące i piękne. Pełne są historii, ale brak w nich życia. Ono znajduje się pośród ludzi, którzy tworzą atmosferę.

Atmosferę w naszym aucie tworzyliśmy my. Gdy radio traciło zasięg, głośno śpiewaliśmy piosenki, opowiadaliśmy kawały. Jedliśmy arbuzy na postojach, zostawiając po sobie jeziora soku na asfalcie. Na trasie żywiliśmy się w barach przy parkingach.

W czasie jednego postoju kierowca TIRa z wysokiej szoferki zauważył, że Tata przed opuszczeniem samochodu włożył pedałówkę 😉 pod fotel kierowcy. I już po chwili, zanim jeszcze zdążyliśmy się zabrać za zamówioną pizzę, usłyszeliśmy autoalarm. Tak, nasz Wartburg miał autoalarm, co mocno musiało zaskoczyć włamywacza, bo nawet nie tknął cennej pedałówki (z pewnością doznał szoku). Jednak używając być  może spinki od mankietu, być może innego ostrego narzędzia, rozdłubał klamkę i nie dało się już  zamknąć drzwi samochodu. Musieliśmy jak najszybciej udać się do mechanika. Fachowiec przypatrywał się chwilę autu, dopytywał jak się nazywa, gdzie takie można kupić i czy naprawdę przyjechaliśmy nim aż z Polski. Ale pomóc nam nie umiał. Pojechaliśmy do następnego i historia się powtórzyła. Bo klamka Wartburga przypominała bardziej uchwyt do otwierania barku z alkoholem niż jakąkolwiek część samochodu.

Zdziwienie i zainteresowanie naszym autem sprawiło, że zaczęłam je doceniać za oryginalność. Kanciastość karoserii przemieniła się w moich oczach w masywność jeepa (prawie). Stwierdziłam, że kolor nie jest najgorszy i że najważniejsze, co w środku (a w środku przecież był silnik golfa). Wyleczyłam się z kompleksu samochodowego. Wartburg woził nas bezawaryjnie, jednoczył w ciasnocie i był świadkiem dobrych chwil, w których rodzina jest razem.

A morał?

Morał jest taki, że można polubić to, czego się nie znosi (trzeba tylko jeść dużo pizzy).

Aha i nie wsadzajcie pedałówek pod fotel.

Comments 2

  1. Już raz pod zdjęciem z Fiacikiem 125p napisałem , że możemy kiedyś pojechać do Bułgarii
    ( Fiat jest i czeka )
    Co do Wartburga 🙂
    Miałem z jakieś 10 lat temu i też z silnikiem golfa 🙂
    Pomijając fakt że brał więcej oleju niż paliwa to do dziś nie ma auta który oddaje taki komfort jazdy na tych sprężystych fotelach 🙂
    Pozdrowionka

    PS. Impreza w łykend ?

    1. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *