W głowie się nie mieści

admin Wychowanie 9 Comments

Czasem piszę o norweskiej podstawówce, bo odkąd córka poszła do szkoły w Norwegii kilka rzeczy mnie zaskakuje – niektóre pozytywnie, inne mniej. Ale chyba jeszcze bardziej zaskakuje mnie to, co słyszę o polskiej szkole. Dystans sprawia, że absurdy krzyczą prosto w twarz. Przecieram uszy z zakłopotania i zdziwienia, gdy szwagierka opowiada mi o przygodach jej syna w drugiej klasie szkoły podstawowej. Mam nadzieję, że takie podejście to już raczej wyjątki, nie reguła. A jeśli nie, to BŁAGAM nauczyciele, ministrowie, rodzice, zastanówmy się i zróbmy coś, bo to nie jest normalne, co się dzieje, a niewiele trzeba, by dzieci w szkole były po prostu szczęśliwsze (zamiast czuć się niegrzecznymi bachorami). Wystarczy zmienić trochę podejście, w końcu są wśród nas pedagodzy, którzy z pewnością wiedzą, co jest sprzymierzeńcem dobrych wyników w nauce.

Banałem jest pisać, że ruch fizyczny sprzyja przyswajaniu wiedzy: pomaga dotlenić wszystkie narządy (w tym mózg), łagodzi napięcie, pomaga zestresowanym (a nie wątpię, że dzieci w polskiej szkole są zestresowane już od pierwszej klasy). Ruch na świeżym powietrzu wpływa na umiejętność kojarzenia i zapamiętywania informacji. Z mojej pierwszej klasy pamiętam „ruch” na początku lekcji: trzy skłony i kręcenie ramionami – pięć obrotów w przód i pięć w tył, a potem 43 minuty siedzenia w ławce. I przerwa. Pamiętam też, że były straszne chryje, jeśli ktoś biegał po korytarzu w czasie pauzy (starszych ciągnięto za uszy, młodsze dzieci stawiano do kąta). Teraz nie ciągnie się za uszy. Ale dzieci nadal są „chuliganami”, bo biegają po korytarzu.

Wrócę do syna mojej szwagierki. Bawił się na przerwie z chłopcami w Star Wars. Machali wymyślonymi mieczami, nie wiem, co tam jeszcze wyprawiały te siedmioletnie urwiski, w każdym razie jej syn dostał uwagę „Na przerwie bawił się w Star Wars”.

Szwagierka wytłumaczyła dziecku, że to niewłaściwa zabawa, bo ktoś może się bać, komuś może się nie podobać.

– Dobra, mamo, nie będziemy się już w to bawić.

– Super synku – odpowiedziała.

– A czy możemy się bawić w berka? – zapytał.

– No pewnie, to dobry pomysł – odpowiedziała zadowolona.

Dobry? No, nie zupełnie. Bo następnego dnia syn dostał uwagę następującej treści: „Na przerwie bawił się w berka”.

O zgrozo. Rozumiem, że niebezpieczeństwo, wypadki, przeziębienia i nie wiem, co tam jeszcze każą mówić, że dzieci w szkole nie mogą biegać, fikać, skakać. Tak, na pewno jest wygodniej, gdy większość zabaw dzieci trafia na „czarną listę”, a do pożądanych należy pewnie czytanie książek na przerwie. Ale czy można wymagać od ptaków, by nie fruwały? I mieć do nich pretensję, gdy to robią? Tak samo jest w przypadku dzieci, których naturalnym zachowaniem jest aktywna zabawa. Zwłaszcza po 45 minutach siedzenia na krześle. Zwłaszcza gdy ma się 7, czy 8 lat. W Norwegii – i to podoba mi się bardzo – dzieci na długiej przerwie obowiązkowo wychodzą na zewnątrz, bez względu na pogodę. Oczywiście wymaga to zaangażowania ze strony opiekunów, bo również muszą się ubrać i wyjść na zewnątrz, by doglądać dzieci. Ale nie po to, by wypisywać bzdurne uwagi na temat tych strasznych zabaw, w które bawią się dzieci (wiecie: berek, chodzenie po drabinkach, skakanie na skakance i inne okropności), tylko by dzieci nie pozostawały bez opieki. W ogóle system uwag tu raczej nie funkcjonuje. Bo gdy nauczyciel widzi, że dziecko nieodpowiednio się zachowuje (lub bawi w niebezpieczną zabawę) – TŁUMACZY uczniowi dlaczego to zachowanie/zabawa nie jest właściwe. Nie krzyczy, bo to wcale nie zwiększa skuteczności przekazu. Nie upokarza przed innymi, bo to wzmaga tylko negatywne nastawienie, nie przynosząc skutków (chyba, że rzeczywiście komuś zależy, by stygmatyzować małego człowieka)

Poza tym powiedzcie mi, kiedy te dzieci mają biegać? Po lekcjach? Przecież muszą odrabiać zadania domowe (syn szwagierki ma kartkówki co najmniej dwa razy w tygodniu), a podobno godzina siedzenia nad lekcjami nie zawsze wystarcza siedmiolatkowi, by sprostać wymaganiom. Czy rzeczywiście wyrośnie niedługo pokolenie świetnie wykształconych Polaków? Bo przecież poświęcając tyle czasu na naukę, powinny być widoczne efekty. A może raczej czas na zmiany, by szkoła wreszcie była dla ucznia, a nie uczeń dla szkoły.

„Aby pomóc dziecku musimy zapewnić mu środowisko, które pozwoli mu swobodnie się rozwijać” twierdziła Maria Montessori.

***

Jeśli tekst wydaje Ci się interesujący, daj mi o tym znać.

Możesz to zrobić:

dzieląc się swoimi przemyśleniami w komentarzu

udostępniając wpis znajomym

A jeśli lubisz czytać naszego bloga, polub nasz fanpage tutaj

***

Comments 9

  1. Na dwoje babka wróżyła. Jak sobie dziecko rozbije głowę przez to bieganie, to oczywiście winny nauczyciel, że nie upilnował. W Polsce są za duże klasy, a raczej za dużo dzieci na jednego nauczyciela. To generuje problem, nie bieganie samo w sobie.

  2. Zgadzam się z Kasią, mój syn na dziedzińcu rozbił kolano i wcale nie uważałam tego za winę nauczyciela. Przy mnie też biega i zdarzają się wywrotki i wcale nie czuję się temu winna. W holu na piętrze dla pierwszych klas leżą wielkie klocki z gąbki i wszystkich rodziców ten widok bardziej cieszy niż przeraża. Przerwy powinny być od tego by dzieci się przewietrzyły i rozładowały energię.

  3. U mojego dziecka w szkole dzieci z klas 1-3 w ogóle nie mogą wychodzić na korytarz na przerwach… Cały dzień kiszą się w sali. Chciałam przepisać go do innej szkoły, ale okazało się, że tam jest dokładnie tak samo. Brak mi słów. Wyjeżdżam do Norwegii;)

    1. Post
      Author
  4. Wydaje mi się, że podstawowa różnica jest to, że dzieci w Norwegii są postrzegani jako pelnoprawni członkowie społeczeństwa. Należy im się szacunek i mają swoje prawa.
    Wiem, że norweskie szkoły są krytykowane za poziom nauczania. W szkole podstawowej równy nacisk kładzie się na naukę, integracje i doświadczenie w radzeniu sobie z problemami. Jest to szkoła srodowiskowo otwarta, a to oznacza, że rodzice mają obowiązek uczestniczyć aktywnie w życiu szkoły. I tu niestety większość rodziców z m.in. Polski jest niedoinformowana, biorąc za pewnik, że to co się dzieje w klasie zależy tylko od oswiaty

    1. Post
      Author

      Tak, szkoła norweska ma uczyć radzenia sobie z problemami codziennymi, i chyba w mniejszym stopniu z zagadnieniami naukowymi. Z tym aktywnym uczestnictwem rodziców to rzeczywiście bywa problem, jeśli chodzi o rodziców obcokrajowców. Aczkolwiek w klasie córki (27 uczniów, troje obcokrajowców) jest zaledwie garstka zaangażowanych w „życie szkoły” rodziców, powiem szczerze, że postawa większości bardzo podobna, czyli raczej bierna, bez względu na pochodzenie.

  5. W szkole mojej córki w tamtym roku dyrekcja wymyśliła że przez całą przerwę dzieci będą chodziły gęsiego dookoła korytarza, trwało to jakieś kilka dni i po interwencji rodziców zaprzestano tego. Byłam w szoku, ale ponoć w Bydgoszczy ( tutaj obecnie mieszkamy) to był kiedyś stały zwyczaj.
    Córka chodzi obecnie do 4 klasy to co się w niej dzieje to dopiero jest jazda, kartkówki codziennie, sprawdziany , w kl 1-3 tez nie było fajnie, prace domowe codziennie a w tym wycinanie, malowanie, liczenie i pisanie .
    Jak dla mnie podstawówka nie zmieniła się zbytnio od tego do której ja chodziłam a mam 39 lat.
    Jednym słowem jest gonitwa szczurów od początku, i nauka bzdur tak jak było kiedyś , typu w tamtym roku córka przystępując do 1 komunii musiała nauczyć się około dwudziestu modlitw.
    Żeby to jakoś przekładało się w wykształceniu społeczeństwa ale tak nie jest, za to od małego jest stres!

    1. Post
      Author

      Ciekawe dlaczego tak dużo próbują kłaść do głowy, a tak niewiele z tego zostaje. Poziom nauczania jest z dekady na dekadę niższy, a wysiłek który dzieci wkładają w naukę ogromny. Gdzie tu sens? Tak, stresujemy się od dziecka i rywalizujemy ze sobą zaciekle.

  6. A w przedszkolu synek został posadzony do stolika za to że za głośno bawił się z kolegą, także od przedszkola brak głosu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *