Vøringsfossen, gwiazda wśród norweskich wodospadów?

Katarzyna Norwegia Leave a Comment

Obiło mi się o uszy, że wodospad Vøringsfossen postrzegany jest przez Norwegów jako narodowy symbol, jest też jedną z najczęściej odwiedzanych atrakcji w kraju. Czym tak wyróżnia się spośród setek norweskich wodospadów? Bo przecież, podobnie jak jezior, jest ich tu całe mrowie. Korzystając z tego, że przybliżyliśmy się znacznie do Vøringsfossen ruszamy. Szykuje się krótka przejażdżka, bo przecież z Odda to zaledwie 77 kilometrów. Za godzinę, no maksymalnie półtora, będziemy na miejscu.

Będziemy? Gdy wyruszamy sprawa sprawa przestaje być już tak oczywista, na wąskich drogach co i rusz mijać się muszą samochody kempingowe. Najgorzej się robi, gdy pojawia się cysterna Tine. Prawdziwy klops. Stoimy po kilkanaście minut czekając, aż kierowcy znajdą jakieś rozwiązanie. Cały ogonek musi cofać, lub wjeżdżać gdzieś w krzaki na poboczu. Nie rozwodząc się za bardzo – podróż trwa dwie i pół godziny. Mam więc nadzieję, że warto było się trudzić, by zobaczyć ten wodospad.

Najpierw stajemy na parkingu, który za sprawą budek z pamiątkami przypomina mi Krościenko, czy inne pamiątkarskie miejscowości. Zjeżdżają się tu autobusy z wycieczkami. Jest kilka ścieżek, z których można zobaczyć wodospad, a właściwie dwa, bo atrakcja jest tu podwójna, ponieważ z przeciwległych skał spływają dwa osobne wodospady, by połączyć swe wody na dole. Mnie tchu nie zapiera. Wodospady, owszem, są, jednak ich wyjątkowości nie dostrzegam. Może za długo tu jechaliśmy? A może właśnie za krótko? Kuba ma to samo wrażenie, choć z pewnością są ludzie, którym bardzo się podoba. Następnym miejscem, z którego można obserwować wodospad, są platformy zbudowane poniżej hotelu Fossil. Jesteśmy nieco wyżej i widok też jest pełniejszy. Chcemy zejść na dół, choć większość naszej ekipy nie przejawia zainteresowania takim spacerem. Głupio trochę znów zostawiać ich na długo samych. Zobowiązujemy się, że obrócimy w godzinę. Idzie Kuba, Mama i ja.

Zejście ma długość niespełna dwóch kilometrów. Parking znajduje się między Måbøtunnelen i Storegjeltunnelen, jest tuż przy głównej trasie, trzeba więc zwolnić i rozglądać się za wolnym miejscem. Pierwsza część trasy to asfaltowa, szeroka droga dająca mi nadzieję, że wyrobimy się w ustalonym czasie. Mama mówi, że dojdzie tak daleko, jak da rady, żebyśmy poszli przodem. Nie idziemy, biegniemy! Dobrze jest, choć niewiele miejsca na mijanki. To już zwykły szlak z większymi skałami o niezbyt dużych przewyższeniach. Mijamy wiele rodzin z dziećmi i myślę, że to jest odpowiednia dla nich trasa (choć oceniany jest jako wymagający). Dochodzimy do wodospadu, chlapie i skały wokół są bardzo śliskie. Niektórzy spacerowicze są dobrze przygotowani i wyciągają peleryny. Nie mamy ani czasu ani peleryn, by pozostać na dłużej. Gdy wracamy widzimy Mamę, dosłownie pięć minut drogi za nami! Jednak to kozica, siedzi zadowolona wchłaniając krajobraz. Widać, jak jej twarz promienieje, kontakt z naturą i wysiłek na szlaku przynosi wspaniałe owoce. Jestem dumna z Mamy, że poszła i to w takim tempie! I z nas, że jesteśmy słowni i dotrzymaliśmy umowy. W ciągu godziny jesteśmy z powrotem.

Refleksja końcowa jest taka, że gdybyśmy mieli jechać tyle czasu, by spojrzeć na wodospad z góry, uznałabym to za niezbyt trafiony pomysł. Ale ponieważ mogliśmy się przejść na wycieczkę w dół i spowrotem, uznaję wyjazd za udany!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *