Tylko spokojnie

Katarzyna Norwegia 3 Comments

Nie wiem, naprawdę nie wiem czy nerwowość to specjalność Polaków? Przebywając w Norwegii i patrząc na tubylców czasem odnoszę takie wrażenie. Po pierwsze: spotykam kobietę po pięćdziesiątce, matkę czwórki dzieci. Pracuje w przedszkolu. Wyznaje, że nigdy nie krzyknęła na żadną ze swoich pociech. Nie zdarzyło jej się krzyknąć, a ma ich czwórkę. Wierzyć, nie wierzyć? Może to rzeczywiście normalne zjawisko, choć wydaje mi się bliskie niemożliwemu. W myślach robię przegląd znajomych, analizuję, rozważam; być może (bardzo być może) znalazłabym jedną osobę, która w życiu nie podniosła  głosu (a może coś nie tak z moimi znajomymi?).

A teraz sytuacja z pracy (to po drugie): pojawia się spięcie, jestem zdenerwowana. Albo nie, wkurzona, naprawdę wkurzona. Rozmawiam z koleżanką, z którą spotkała mnie przykra sytuacja. A ona do mnie : Jesteś zdenerwowana/ Pewnie, że jestem – mówię ja. To źle, nie stresuj się tak bardzo. A mi para jednym uchem wylatuje. Ale słucham, staram się, serio. I ona opowiada mi swoje spostrzeżenia, ja opowiadam jej swoje. I znów powtarza: Jesteś zdenerwowana. No jasne, że jestem, mam powód – mówię. Ona na to, że tak nie rozmawiajmy, bo nigdzie nie dojdziemy. Dziewczyna ma rację. Każdy ma swoje racje i warto znaleźć wspólnie rozwiązanie. Para już uszła z czajnika, w uszy mi gorąco, ale głęboko oddycham i rzeczywiście też chcę znaleźć to rozwiązanie. Gdyby ona również wskoczyła (a raczej spadła) na mój poziom wybuchających emocji to pewnie skończyłoby się nieprzyjemną wymianą zdań. A my w końcu rozmawiamy  całkiem spokojnie ( i to głównie jej zasługa). Przychodzi mi na myśl to, czego uczą tu w szkołach – są takie zajęcia, które mówią jak rozwiązywać problemy. Uczą dzieci, żeby głęboko oddychać, żeby przemyśleć sprawę i żeby szukać rozwiązania. Szczerze, to w młodości wcale się tego nie nauczyłam. Raczej wyciągania argumentów, które pozwolą na „zwycięstwo”. Dociera do mnie, że ta niechęć do ostrej wymiany słów naprawdę ma w sobie mądrość, której mnie czasem brakuje. Tak, zdecydowanie obnażam tutaj swoją słabość, wystawiając się być może na bicze wirtualnych Doskonałych. Ale przyznam, że w takim świecie rosłam: słuchałam jak klient awanturował się na poczcie, byłam świadkiem jak nauczyciel krzyczał na ucznia, a szef na pracownika, widziałam jak nerwowo wymachiwali rękami kierowcy, którzy właśnie mieli stłuczkę. Okazywanie negatywnych emocji nie jest niczym wyjątkowym w Polsce – co w sercu, to na języku. A w Norwegii  jest inaczej, raczej, bo oczywiście że i tu zdarzają się nerwusy, ale jakoś dużo mniej, przynajmniej w sferze publicznej. Wybuchowe reakcje, czy jawne okazywanie niezadowolenia to rzadkie przypadki, takie przynajmniej są moje doświadczenia z pracy sprzedawcy. I dobrze, tak przyjemniej żyć.  Sama nie potrafię, a nawet nie chcę się uśmiechać, gdy moje odczucia są mocno negatywne, odbieram to jako brak szczerości. Początkowo czułam wewnętrzny bunt na taki widok. Jednak zachowanie spokoju w chwilach kryzysowych to cenna umiejętność, ale oczywiście nie trzeba jechać do Norwegii, by się o tym przekonać, bo działa na każdej szerokości geograficznej.

***

Hej! Lubisz czytać nasze teksty? Daj znać:

  • podziel się swoimi przemyśleniami w komentarzu
  • udostępnij wpis znajomym
  • a przede wszystkim polub nasz fanpage tutaj

Pozdrawienia

Trzy i my

***

Comments 3

  1. Jestem „norweską” mamą w Polsce i często czuję się osamotniona. Moje dziecko ma ponad pięć lat – nigdy go nie uderzyłam, ani nań nie krzyknęłam. Bo po co. Uczę dziecka się uspokajać, przytulam, albo po prostu jestem obok. To wystarczy, naprawdę. Polskie matki podchodzą do dziecka jak do osobistej wygranej lub porażki, coś okropnego.

    1. Post
      Author

      Lavinka, super, że udaje Ci się nie podnosić głosu, nigdy, to naprawdę imponujące. Niewiele znam takich osób i fajnie wiedzieć, że się da. Pozdrawiam

      1. Byłam wychowywana bez klapsów, chociaż z nerwowymi krzykami. Mogło mi być łatwiej, pomaga też późne macierzyństwo (z wiekiem nabiera się cierpliwości). Dla mnie to jest łatwe, a nie trudne. Ja się nie zmuszam do nie-krzyku, ja się wieloma rzeczami nie denerwuję, bo w przeciwieństwie do 99% matek nie uważam je za złe. Kiedy moje dziecko włazi na drzewo, idę pomóc, albo jestem dumna, że to potrafi. A nie krzyczę „złaź”. Kiedy biega bez czapki, cieszę się, że jest odporne na zimno, a nie krzyczę „załóż czapkę!”. Ja z dzieckiem rozmawiam, a nie do niego mówię i to jest chyba podstawowy błąd polskich rodziców. Ile razy ja się nasłucham na placu zabaw „nie dyskutuj” do dziecka. No cóż, tam gdzie nie ma miejsca na rozmowę, tam jest już tylko krzyk i przemoc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *