Trochę inna Wieliczka

admin Bez dzieci, Boliwia 0 Comments

Co to jest – białe i leży na ziemi? Gringo* na wakacjach? Czasem też, ale tym razem mowa o SOLI. Choć o pijaństwie również ciut (wiem, wiem, „podróże z dziećmi”, ale ta miała miejsce, zanim zostaliśmy rodzicami, więc mogliśmy sobie pozwolić na wielkiego kaca w podróży).

DSCN0515 DSCN0518

Trudno być w Salar de Uyuni** i nie napisać o tym ani słowa. To prawie jakby być na księżycu i o tym nie wspomnieć. Bo to solnisko wygląda jak nie z tej ziemi. Jeepem z czwórką innych podróżnych i kierowcą przez trzy dni przemierzaliśmy płaski jak stół obszar pokryty bialutką solą. Nad nami błękitne niebo i słońce, którego promienie odbijały się od białej tafli. Najlepszy czas, żeby tam pojechać to marzec. Wtedy kilkucentymetrowa warstwa wody zalega jeszcze w wielu miejscach, tworząc fantastyczne widowiska***.

Salar de Uyuni DSCN0620 DSCN0642Salar de Uyuni

DSCN0585 DSCN0584

Kiedyś Uyuni było ważnym węzłem kolejowym. Dziś pozostało po tym wspomnienie w postaci cmentarzyska pociągów, które stanowi pierwszy przystanek na trasie wgłąb Salar de Uyuni.

DSCN0485 tory Salar de Uyuni DSCN0488

Szefem naszej wycieczki był Juan – czterdziestodwuletni kierowca, przewodnik i kucharz w jednej osobie. Na pokładzie  jeepa panowała atmosfera raczej przyjazna. Podążając utartą trasą – cmentarzysko, porośnięta strzelistymi kaktusami wyspa Pescado, Laguna Colarada i Laguna Verde, okolice wulkanu Llicancahur, gejzery – spędzaliśmy ze sobą większość czasu.

DSCN0541 DSCN0559 DSCN0555DSCN0546

DSCN0736 DSCN0725 DSCN0707 DSCN0706 DSCN0705 DSCN0688

 

Mieszanka narodowości: Boliwijczyk, Hiszpanka, Kanadyjka, Niemiec i Polacy, w końcu okazała się wybuchowa.  A to za sprawą integracyjnej kolacji w pobliżu Kolorowej Laguny, a właściwie wina, które do i po kolacji lało się obficie. I ujawniły się dzikie natury. Słowiańska krew zawrzała, nastąpiło zbratanie z Niemcem i Boliwijczykiem (tak naprawdę z kierowcą od początku trzymaliśmy sztamę). Wspólne wesołości nie przypadły do gustu Amerykaninowi. Miał w tym trochę racji, bo nasze radosne świętowanie przedłużyło się do czwartej rano, a pobudka zaplanowana była na 5.30.

Możecie sobie wyobrazić z jakim bólem wstawaliśmy z łóżek. Było gorzej, niż źle. Zwłaszcza, że kac na wysokości prawie 4 tysięcy m npm nabiera zupełnie nowego wymiaru.

Po brutalnej pobudce, zapakowani do jeepa, udaliśmy się kierunku gejzerów. Niewyspani, mocno odczuwaliśmy skutki wczorajszej biesiady. W tych warunkach kojąca kąpiel w gorących wodach wytryskujących z ziemi przyniosła odwrotny od zamierzonego skutek – zamiast ulgi okropny ból głowy.

DSCN0787 DSCN0785 DSCN0784

 

W takim stanie wsiedliśmy do jeepa i w trasie byliśmy niemal dziesięć godzin. Ponieważ czwórka pozostałych pasażerów wysiadła przy granicy z Chile, Juan w ramach premii do pensji zabrał do samochodu dziadka i mnóstwo kartonowych pudeł. Staruszek należał do tych Boliwijczyków, którzy bez przerwy żują liście koki (sprawa całkowicie legalna w Boliwii, gdzie pije się również napar z jej liści i nie ma to narkotycznego działania, a jedynie pomaga w zwalczaniu choroby wysokościowej). Jadąc wyciągał co chwilę kilka listków z foliowego worka i pakował sobie do ust, nie pozbywając się starych.

DSCN0795 DSCN0796

DSCN0803

Pod koniec drogi miał już niezłą bombę… w buzi. Zerkając do tyłu, spostrzegł moją niedyspozycję.

– Weź kilka – zachęcał, podsuwając mi pod nos szeleszczący worek z liśćmi – to pomaga na wszystko.

– Ale ja mam kaca, chyba mi nie pomoże – pokręciłam głową.

– Na pewno pomoże – powiedział z oburzeniem. – Wspaniale pomaga na mdłości.

Sięgnęłam po parę listków. Długo nie musiałam czekać na rzekomą poprawę.

Parada por favor – zdławionym głosem poprosiłam o przystanek. Z resztą już nie pierwszy raz tego dnia.

I tak, z wieloma przerwami, dotarliśmy w końcu do Uyuni. Nasz kierowca, który poprzedniego wieczoru ochoczo partycypował w spotkaniu integracyjnym przy winie, na pożegnanie trochę nas zaskoczył.

– Dobrze, że jesteśmy na czas – przeciągnął się niczym kot na piecu, gdy już szczęśliwe dojechaliśmy do miasteczka. – Za godzinę mam autobus do La Paz.

– A jakbyśmy nie zdążyli, to musiałbyś nocować w Uyuni? Nie ma późniejszego? – spytałam, bo wiedziałam, że w La Paz czeka na niego żona i cała rodzina.

– Jest – powiedział. – Ale muszę pojechać właśnie tym. Bo go prowadzę.

Chyba  nie ma pośród Was wielu chętnych, którzy po 1,5 -godzinnym śnie w ciągu ostatniej doby i długiej jeździe, podjęliby się prowadzenia autokaru nocą przez kolejne 500 km po krętych drogach. Zwariowany kierowca! Zwariowany kraj! Więcej o rzeczach niemożliwych, które w Boliwii jednak mają miejsce, już niedługo.

*cudzoziemiec, blondas, jankes

**Salar de Uyuni znajduje się w departamencie Potosí (południowo-zachodnia Boliwia), na wysokości 3653 m

npm. Solnisko jest pozostałością po wyschniętym słonym jeziorze, zajmuje powierznię 10 582 km2

i stanowi jedno z najbardziej płaskich obszarów na świecie – różnica wzniesień na tym obszarze wynosi zaledwie

41 centymetrów.

***w porze deszczowej, trwającej od grudnia do lutego, solnisko jest niedostępne

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *