Tajlandia z dzieckiem

admin Podróże z dziećmi, Tajlandia 6 Comments

Podróżując przez Tajlandię z trójką dzieci czułam się  jak mama gwiazd. Małych, a o wielkiej sławie. Nie było kwadransu, żeby ktoś nie pogłaskał, nie zagadał, albo nie przybił piątki. Początkowo byliśmy tym zmęczeni, ale do wszystkiego można przywyknąć. W pierwszych dniach dzieci były  spłoszone, później przyzwyczaiły się do zainteresowania ich osobami i chętnie odpowiadały na pozdrowienia. Co więcej, gdy przekroczyliśmy malezyjską granicę, gdzie sława małych dzieci nie sięga, Kaja była zdziwiona.

– Czemu nikt się do nas nie uśmiecha? – zastanawiała się.

W Tajlandii dzieci są przepustką do lepszego świata. Wyobraźcie sobie – po 12- godzinnym locie na lotnisku w Bangkoku naszym oczom ukazał się tłum przyjezdnych z całego świata. Nieprzebrany tłum. A gdzieś za nim kilka okienek odprawy. Poczułam, jak uchodzi ze mnie powietrze (dzieciaki były już mocno zniecierpliwione). Tymczasem z tłumu wyłowiła nas tajska urzędniczka i poprosiła do liczącej zaledwie kilka osób kolejki specjalnej. Przeznaczona jest dla seniorów, inwalidów, ciężarnych i rodzin z dziećmi. Do grupy uprzywilejowanych, choć nieoznaczonych na tablicach należą też mnisi, niezależnie od wieku.

Widok dzieci wywołuje u Tajów szeroki uśmiech. A kiedy są to dzieci o białej skórze,  uśmiechowi towarzyszy nieodparta chęć nawiązania kontaktu.

Dzięki maluchom nasze życie w Tajlandii stało się bardzo wygodne. Gdy w Bangkoku udaliśmy się do restauracji wypełnionej po brzegi, z ławkami pełnymi klientów oczekujących na wolny stolik, dostaliśmy pierwszy, który się zwolnił. Nie wiem, czy to reguła, chyba raczej zadziałała nasza egzotyka.

W stosunkowo niewielu restauracjach dostępne są krzesełka dla dzieci (albo są takie, z których 11- miesięczne dziecko z łatwością może wyjść/wypaść). Widząc naszą gromadkę kelnerki, albo kucharki same wyciągały ręce po najmłodszego Samuela. Dzięki nim miałam jedną z nielicznych okazji, by spokojnie zjeść.

JEDZENIE DLA NAJMŁODSZYCH

Ani w zwykłych sklepach spożywczych, ani w 7-eleven nie znalazłam słoiczków dla niemowlaków. Jest mleko w proszku (inne marki niż w Polsce, ale duży wybór), jakieś ciasteczka i na tym kończy się niemowlęcy asortyment. Kupowałam jogurty naturalne, deserki z mleka kokosowego z dynią (to jedzenie na słodko, z dodatkiem ryżu stanowiło lekki obiad). Przyznam, że starszym dzieciakom nie przypadła do gustu tajska kuchnia, więc przeżyły cały wyjazd na ryżu i kurczaku. Jadły też smakołyki na patyczkach – kawałki kurczaka, paluszki „krabowe”, parówki. Dla najmłodszych smakowitą przekąską jest sticky rice, pakowany do woreczków albo w tyczkę trzciny cukrowej.

Jedzenie jest bezpieczne. Wszyscy jedliśmy z ulicznych straganów i nikt nie miał sensacji żołądkowych.

PIELUCHY

W małych sklepikach dostępne są małe paczki pieluch (nawet pakowane po zaledwie 4 sztuki), co wychodzi drogo (ok. 5 pln za paczkę). Są też nieco większe, stosunkowo tańsze. W hipermarketach nie byliśmy, tam pewnie jest większy wybór.

TRANSPORT

W autobusach dalekobieżnych dziecko może siedzieć na kolanach rodzica nie płacąc za bilet. Jeśli zajmuje osobne miejsce, ma zniżkę. W busikach płaci za bilet zwykłą stawkę, jeśli siedzi na osobnym fotelu. W metrze dzieci nie płacą bodaj do szóstego roku życia.

WÓZEK CZY NOSIDŁO?

Gryzłam się tym tematem długo, a w przeddzień wyjazdu zdecydowałam – wózka nie bierzemy. I uważam, że to była trafna decyzja. Być może jeżdżąc z jednym dzieckiem zabralibyśmy dla niego pojazd, ale w naszej sytuacji logika i logistyka podpowiadały co innego.

Obawiałam się, że bez wózka Samuel nie będzie się wysypiał. Tymczasem w nosidle wysypiał się wspaniale. Myślałam też o wygodzie w czasie posiłków i pewnie byłoby lepiej, gdyby siedział w tym czasie w wózku, tylko czy akurat miałby na to ochotę? Poza tym bliskość mamy sprawiała, że był najbardziej zadowolonym i bezproblemowym dzieciakiem (wiedzą chyba o tym wszyscy chustowi/nosidłowi rodzice).

Pod kątem tego wyjazdu kupiłam nosidło ergonomiczne. Wcześniej używałam chusty. Tym razem myśl o ciągłym kutaniu się w nią mnie zniechęcała. A nosidło to tylko „klik” „klik” i założone.

NOCLEGI

We wszystkich miejscach, gdzie nocowaliśmy nie było dodatkowych opłat za dzieci, jeśli spały w istniejących łóżkach (zdarzyło nam się zmieścić w piątkę w jednym łożu, w pokoju dwuosobowym). Nawet, gdy dzieci hałasowały trochę (nasze nie mówią szeptem i nie chodzą na paluszkach), spotykaliśmy się z sympatią. Nikt nie robił problemów.

OBAWY

Największa z obaw dotyczyła niewielkich istot – komarów. Malaria wcale nie jest dużym zagrożeniem w odwiedzanych przez nas rejonach. To wirus Denga wystraszył mnie najmocniej. Psikałam dzieci jak wariatka, ale mimo to miały po kilka ukąszeń, za wyjątkiem Samuela. A to właśnie on w ostatnich dniach pobytu dostał bardzo wysokiej gorączki. Zdenerwowana pojechałam z nim do szpitala, gdzie lekarz uspokoił mnie, mówiąc, że to prawdopodobnie niegroźny wirus. Dobrą oznaką było to, że synek miał katar i pokasływał. Denga zwykle objawia się wysoką gorączką i bólem mięśni. Poza tym PIERWSZE ZACHOROWANIE na dengę nie jest szczególnie groźne. Dopiero kolejne może być niebezpieczne. Problemem jest to, że można przechodzić chorobę bezobjawowo, więc przy dłuższym pobycie nie wiadomo, które to zachorowanie.

TIP polecany środek przeciw komarom do nabycia w Tajlandii to Skeletone, znaleźliśmy z 15% i 20% stężeniem DEET.

Drugi problem dotyczył wody. Na kilka tygodni przed wyjazdem zaczęłam szkolenia. W domu pijemy wodę z kranów, musiałam uczulić dzieci na to, że TAM można pić tylko wodę, którą podają rodzice. Dzieci myły zęby płucząc wodą mineralną i były przerażone, gdy sami moczyliśmy szczoteczkę kranówą.

Ostatni punkt na liście obaw – porwania… albo zagubienia. Przestraszona wizją olbrzymiego Bangkoku (niesłusznie) myślałam nawet o wzięciu sznureczka, żeby przywiązać do siebie dzieci. Obyło się bez tego. Kaja sama domagała się, żebym trzymała ją za rękę najmocniej, jak potrafię, Samuel był w nosidle, Mateusz też cały czas prowadzony za rączkę. A gdy jednego razu szedł dosłownie krok za mną po ulicy, przechodzień zwrócił mi uwagę, żeby pilnować dziecka. Czyli pewnie coś jest na rzeczy. W przypadku naszych dzieci nie tylko my pilnowaliśmy ich, one same trzymały się blisko.

Tajlandia okazała się dobrym miejscem dla dzieci. Chętnie tam kiedyś z nimi wrócimy (gdy już objedziemy cały świat:).

 

Więcej o podróżach po Tajlandii z dzieckiem:

http://trzyimy.pl/tuk-tukiem-przez-bangkok/

http://trzyimy.pl/zycie-slonia/

http://trzyimy.pl/kierunek-wyspa/

http://trzyimy.pl/byle-do-przodu/

http://trzyimy.pl/wisienka-na-bigosie/

http://trzyimy.pl/jak-w-domu/

http://trzyimy.pl/nakarmic-slonie/

http://trzyimy.pl/dzien-wielkich-rzeczy/

 

Comments 6

    1. Post
      Author
  1. Wspaniała strona, właśnie Was odkryłam, co za duża inspiracja. Sama zastanawiam się czy będziemy podróżować z jednym dzieckiem, bo wszyscy straszą, że „teraz dużo podróżujecie, ale później zobaczycie, ha”.
    A Wy z trójką, brawo! Zachęciłaś mnie bardzo do tej Tajlandii, myślimy o niej z narzeczonym, ale może warto poczekać, aż będzie dzidziuś.
    Byłam tylko 3 dni w Bangkoku – po drodze z z Wietnamu w tamtym roku – ale widzę, że byliśmy w tym samym czasie. Samej Wielkiej Świątyni nie wspominam za dobrze, co prawda była przepiękna, ale ten dziki tłum, upał i nakrywanie ciał z golizną. Dobrze, że odpuściliście.
    Jakimi liniami lecieliście?
    Pozdrowienia dla Waszej piątki!

    1. Post
      Author

      Cześć
      Myślę, że ludzie kochający podróże będą podróżować również z dziećmi, bo wiedzą że to skarb, którego nikt nie może ukraść. A przecież swoim dzieciom chcemy dawać to, co piękne 🙂
      O widzisz, trochę mnie pocieszylaś z Wielką Świątynią. Tak, tłumy tam były nieprzebrane. Lecieliśmy z Oslo liniami Norwegian. W sumie to była bardzo spontaniczna decyzja. I to całkiem dobre miejsce na pierwsze azjatyckie podróże z dzieckiem. Pozdrawiamy serdecznie

  2. korci mnie Tajlandia! jak przeczytalam Twoj wpis jeszcze bardzej 🙂 tylko mam obawy, chcialam poleciec tam w marcu, moj synek bedzie mial prawie 8 miesiecy i zastanawiam sie czy nie za wczesnie (chodzi mi o bezpieczenstwo). Przegladam internet i w sumie dalej nie wiem…a Twoim zdaniem?
    Tez bede polowac na bilet z Oslo 🙂
    podrawiam i sledze bloga 🙂

    1. Post
      Author

      Cześć 🙂 Wydaje mi się, że musisz zaufać swojej intuicji. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo typu porwania, czy zagrożenia ze strony ludzi, to tego bym się nie obawiała. Tym bardziej, że ośmiomiesięczny maluch jest cały czas przy rodzicach. Bardziej właśnie insekty. Dla mnie postrachem była denga roznoszona przez komary. Ale właściwie pierwsze zachorowanie jest łagodniejsze od grypy. Dopiero drugie i kolejne mogą okazać się groźne. A żeby dwa razy zachorować na dengę, to oprócz pecha trzeba też być na obszarach zagrożonych co najmniej z miesiąc. Rozumiem co czujesz, znam te rozterki, bo nikt nie chce wystawiać na niebezpieczeństwo tych, których kocha najmocniej. Więc bylam tam, w oczach miejscowych, nawiedzoną matką, która nic tylko psika i rozgląda się za komarami. Oni w końcu też mają tam małe dzieci, a w zasadzie ich wcale nie chronią przed komarami. Co by nie powiedzieć decyzja pozostaje Tobie. Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *