Siup do Gdańska

Katarzyna Styl życia

Dobrze mieszkać w Kristiansand z kilku powodów. Jednym z nich jest bezpośredni lot do Gdańska. I choć z miastem tym łączy mnie tyle, że leży w Polsce, to i tak chętnie się tam wybieram.

Tym razem na krótki wypad poleciałyśmy z psiapsiółką. Połączenie pożytecznego z przyjemnym  wzmacnia poczucie, że warto ruszyć z domu i usprawiedliwia, że to przecież nie tylko dla zabawy.

Trzy dni poza domem brzmi całkiem nieźle. Tęsknota nikogo nie zdąży zjeść, a czasu dość, by zrobić coś.

Nasze „coś” zaczynało się 40 minut po lądowaniu w Gdańsku. Zatem nie tracąc czasu dałyśmy nura do taksówki (tak, wiem, jest SKM, która dość szybko i za niewielkie pieniądze dowozi do Dworca Głównego). Gdy dojechałyśmy na miejsce dostrzegłam, że w tym sezonie chyba wciąż modne są duże torby, więc całkiem dobrze wpisywałyśmy się w tło publiki Filharmonii Bałtyckiej z naszymi ciut wielkawymi bagażami podręcznymi. Rozsiadłyśmy się wygodnie w fotelach i uff: wreszcie, pierwszy raz od sama-nie wiem-ilu dni, poczułam się zrelaksowana. Zeszło ze mnie napięcie, na pewno wyższe niż zwykłe 230 V. Bo w domu, z trójką kochanych dzieciaków i mężem równie kochanym jest fajnie, ale ciągle „coś” się dzieje. Przeróżne „coś” sprawia, że siedzenie to pozycja, którą przyjmuję raczej rzadko (tak, zdarza mi się w WC królestwie, choć i tam dobiegają do mnie głosy „Mamo, możesz przyjść?” nieco częściej, niż bym chciała). A tu, w sali filharmonii, nikt mnie nie wołał, nikt ode mnie niczego nie chciał, fotel był wygodny, światło przyciemnione. A na  scenie muzycy zespołu Raz dwa trzy dzielili się tym, co potrafią najlepiej.  Koncert – miód, malina poruszył dawno nie używane struny duszy.

Spacerkiem przeszłyśmy do mieszkania znajdującego się obok Bramy Zielonej, tuż przy głównej ulicy Gdańska. Z okien apartamenciku rozpościerał się widok na Mołtawę i na diabelskie koło mrugające na zielono, i na wędkarza, co to przycupnął nad brzegiem rzeki, i na parę, która przysiadła na chwilę obok. I tu praktyczna uwaga – rezerwując nocleg przez booking.com po ustawieniu interesujących nas parametrów (dla mnie to zwykle centralna lokalizacja) warto kliknąć w lewym bocznym pasku filtr „ocena gości”: znakomity, a gdy wyświetlą się wyniki wtedy w górnym pasku „sortuj według”: najniższa cena.

Lekarze i inne formy  drenażu portfela też miały miejsce, to właśnie praktyczna strona wypadu do ojczyzny. I choć wizyty u dentystów i innych specjalistów i w Polsce trochę kosztują, jednak patrząc na sprawę z perspektywy cen norweskich (zwłaszcza dentyści szaleją tu z cennikiem) – wciąż można nazwać to oszczędnością (choć chyba tylko wtedy, gdyby ktoś mnie związał i nie pozwolił na zakupy różnej maści, które skutecznie wyrównują bilans;).

Tak właśnie minął nam drugi dzień, zakończony późną kolacją (dawno nie jadłam po 23. 00) w jednej z licznych gdańskich reatauracji. Mniam, a piwo jakie tanie!*

Ostatniego dnia naszego pobytu zaczynał się w Gdyni Festiwal Wrażliwy. I tam nas nie zabrakło na widowni. W Gdyńskim Centrum Filmowym o swoich reportażach i wrażliwości dyskutowali: Mariusz Szczygieł, Magdalena Grzebałkowska i Justyna Kopińska. Pewnie większości najłatwiej skojarzyć postać Szczygła (choć niekoniecznie jako reportera), a jednak każdy z autorów pisze tak, że chce się czytać i opowiada interesująco o swoich bohaterach oraz rzemiośle.

Obładowane emocjonalnie, kulturalnie i bagażowo mogłyśmy następnego dnia spokojnie dojechać SKM-ką na lotnisko. W myślach przewijały mi się postaci ludzi, których spotkałam  iz którymi udało mi się nawiązać choćby krótki kontakt. Z tych rozmów wyłonił się całkiem pozytywny obraz mojego kraju, w którym coraz więcej ludzi chodzi uśmiechniętych i da się usłyszeć, że jest dobrze, nie ma na co narzekać.

Ale żeby nie było za słodko, a relaksu zbyt wiele, nie wszystko poszło tak gładko. Bo na koniec, gdy po godzinnym locie miałyśmy już lądować nieopodal naszych domów, wiatr zaczął potrząsać samolotem tuż nad pasem startowym – przy dwóch podejściach do lądowania w Kristiansand tylko zatrzęsło, zabujało, a tym nieprzyjemnym zjawiskom towarzyszyły dość  paniczne reakcje pasażerów, były chwile, gdy mogło się wydawać, że na tamtą stronę niedaleko. Samolot po 20 minutach wylądował w Stavanger. Więc zamiast po 15.00 wróciłyśmy do domów po 22.00, pokonując 3,5 -godziną trasę autobusem, ale szczęśliwie w jednym, zadowolonym kawałku.

 

*wybaczcie wszyscy myślący inaczej, ale w Norwegii w knajpie płaci się za kufel 40 pln

p.s. zdjęcia Sylwii