Siódemka wełniana, czy miedziana? (Nasz boliwijski ślub)

Katarzyna Boliwia, Styl życia Leave a Comment

zdjęcie Raj Mund

7 jak wełna albo miedź. O co chodzi? O rocznicę chodzi. Siódmą rocznicę ślubu. Dlatego wzięło mnie na wspominki.

TEN dzień musi być wyjątkowy. Marzy o tym większość panien młodych. I ja tak sobie marzyłam.

Oto co wymarzyłam:

Ameryka Południowa, Boliwia, Cochabamba. Wokół ciągną się pasma Andów. W moim sercu trochę niepewności, do ostatniego dnia zastanawiałam się, czy Kuba to TEN na całe życie. Ale stało się. I od 7 lat cieszę się z tego, z każdym dniem coraz bardziej. Jednak wróćmy tam, do Cochabamby. Jest sierpień, czyli środek tamtejszej zimy. Śnieg? Nie ma śniegu. Jest bardzo ciepło w ciągu dnia, lecz wieczorem, gdy słońce zachodzi (na tej szerokości geograficznej przez cały rok o tej samej porze, koło 19.00) robi się lodowato. Złożyło się jednak tak, że mogliśmy wziąć ślub dopiero o 17.00. Więc wesele rozpoczęło się przy zachodzącym słońcu (brzmi romantycznie, lecz w strefie podrównikowej słońce zachodzi w okamgnieniu, jakby ktoś nagle zgasił światło).

Ślub celebrowało 5 polskich księży misjonarzy (w większości franciszkanów), z którymi zaprzyjaźniliśmy się w Boliwii. Naszymi dróżkami było 5 dziewczynek z Hogar de Niñas San Francisco, gdzie pracowałam jako wolontariuszka. Msza była po hiszpańsku, z polskimi akcentami. Byłam nieziemsko spokojna i szczęśliwa. Za to Kuba cały czas  wiercił się niespokojnie. Dziwne, myślałam, bo to on był tym zdecydowanym na wszystko rycerzem, który nie wahał się pojechać za mną aż na koniec świata. Czyżby wątpliwości, które tego dnia opuściły mnie raz na zawsze, cichaczem wpełzły do jego głowy?

Dla miejscowych ceremonia była nie lada atrakcją – dwóch gringos pobiera się w ich mieście. Kościół przystroiliśmy biało-czerwonymi kwiatami. Obcy pstrykali nam zdjęcia, tacy paparazzi, tylko z telefonami zamiast Nikona D300. Po mszy odbieraliśmy gratulacje od zupełnie nieznajomych osób. I oczywiście od naszych gości – dwóch mam (jedynych przedstawicielek naszych rodzin), garstki ziomków z Polski, sióstr zakonnych i zakonników, dziewczynek z Hogar i kilku jeszcze znajomych poznanych w Boliwii.

IMG_4250(1) IMG_4248 IMG_4247 IMG_4253

Wesele odbyło się w ogrodzie haciendy Santa Maria pełnym egzotycznych kwiatów, dzbanów w różnych kolorach, z alejkami płynącymi pośród równo przystrzyżonych trawników. Jak z brazylijskiej telenoweli. Na murowanym podeście wyłożonym terakotą przygrywała andyjska kapela. Ale zanim znalazła się na scenie, z głośników popłynęła melodia Corazón de oro, a my tańczyliśmy waltza tango. Ćwiczyliśmy przez ostatni miesiąc i nie wypadliśmy chyba jak ostatnie gamonie. I tu pojawiła się odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Kuba, jeśli myślał o ucieczce sprzed ołtarza, to nie z mojego powodu, tylko z powodu pierwszego tańca. Jego strach przed nim to był ostatni smok, któremu musiał odciąć głowę. I wyszedł z boju zwycięsko.

Miejsca dla gości i pary młodej znajdowały się pod baldachimem, którego głównym zadaniem było chronić przed parzącymi promieniami słońca. Słońce jednak już dawno zaszło, a księżyc w tą mroźną, sierpniową noc oświetlał zmarznięte nosy przybyłych. Baldachim nie miał funkcji grzewczej, dlatego całe towarzystwo przeniosło się na parkiet. Po prostu z zimna nie dało się usiedzieć. I w ten sposób chłodna noc stała się naszym sprzymierzeńcem. A może była to zasługa talentu grajków? Choć chyba bardziej zaangażowania brata Łukasza, który dzielnie rozkręcał towarzystwo, pokazując nam, czym jest prawdziwa radość. W każdym razie wszyscy: młodzi i starzy, żonaci i panny, zamężne i w habitach tańcowali, że aż miło patrzeć. A wódka wcale nie lala się strumieniami. Zmrożone butelki Wyborowej błyszczały na stołach, a jednak nie uwiodły prawie nikogo. Chętnych do picia było niewielu. W tej kwestii mogłam liczyć jedynie na garstkę dobrych znajomych. Była Magda z Moniką, nieświadomie przymierzające się do porzucenia pracy i ponownego przyjazdu do Boliwii w roli wolontariuszek. Był Krystian z Asią – ludzie, którzy żyją podróżując. Akurat wtedy, będąc w rocznej podróży po Amerykach robili sobie wakacje od wakacji. Był Ariel, nasz nauczyciel tańca. I jeszcze kilka innych osób. Dla pozostałych butelki z wodą ognistą pozostały niewidzialne. Większość  gości stanowiły zresztą dziewczyny z naszego domu dziecka. One nie były częstowane niczym mocniejszym. Za to weselna wyżerka rozciągająca się na szwedzkim stole cieszyła je ogromnie. Zwłaszcza, że szwedzki stół to brak limitów. Co w języku Indian przekłada się na jedzenie na zapas. Jedyne złe wspomnienie z weselnego menu po dziś dzień budzi barszcz czerwony. La sopita roja to coś nieprzełykalnego dla, zdawałoby się, wszystkolubnych Boliwijczyków.

Zabawa była gorąca i wspomnienia, zwłaszcza w sercach dziewczyn z Hogar, pozostały na długo. Podobno każdą wolontariuszkę, która przyjeżdżała po mnie pytały – Czy weźmiesz ślub w Boliwii? Poprzeczka postawiona wysoko, ale owszem, pojawiła się Asia, która w ubiegłym roku wzięła tam ślub, ku wielkiej uciesze dziewczynek.

Dlaczego Boliwia? Nie mogło być chyba inaczej, bo musiało być inaczej, niż wszyscy ;P Poznaliśmy się z Kubą we Włoszech, ślub wzięliśmy w Boliwii, mieszkamy w Norwegii. Ot, cała miszmaszowa filozofia. Ale czy to wystarczająca odpowiedź? Nie! Ślub wzięliśmy w Boliwii, by rzeczywistość mogła prześcignąć marzenia. Pojechaliśmy w podróż poślubną, o której nawet nie śniłam. Przez trzy miesiące włóczyliśmy się po Ameryce Południowej, odwiedzając Peru, Chile, Argentynę, Urugwaj i Brazylię (kilka naszych przygód z tej podróży znajduje się tutaj, na blogu). Docieraliśmy się jako małżeństwo i strasznie zgrzytało. Ale chyba dzięki ekstremalnym sytuacjom i przygodom udało nam się dotrzeć na tyle dobrze, że jesteśmy zgranym duetem. Wiemy, że nawet w sytuacji, z której nie ma wyjścia – damy sobie radę. Jak nie sami, to na pewno zjawi się ktoś, kto przyjdzie z pomocą – we właściwym miejscu i czasie.

p.s. Organizacyjnie wyszło super. Na ślub dotarł Krystian, mój kolega z LO z Asią. Magda i Monika były w odwiedzinach u nas w sierocińcu i przez nieopatrzność bilet powrotny miały wykupiony na dzień naszego ślubu. Poszliśmy w czwórkę (razem z Kubą) do linii lotniczych, gdzie po wysłuchaniu naszej historii pani zmieniła bezpłatnie datę wylotu tak, że dziewczyny mogły zostać na ślubie. Mamy przywiozły polskie mięsiwa. Były w Boliwii na 3 dni przed ślubem. A bagaż… zaginął. Jednak odnalazł się na czas. Polskie wędliny wszystkim smakowały. Znajoma siostra Marysia sprezentowala nam polskie wypieki (mistrzyni), mama Jola z kolei świetnie gotuje i w asyście Shirley, jednej z dziewczyn z Hogar, innych dziewczynek i sióstr, wyczarowała super dania. Siostra Ania, dyrektorka Hogar czuwała nad wszystkim, dbając o każdy szczegół. Wszystko złożyło się w bajeczną układankę.

bol2 bol3 DSCN0364

p.s’. Gdzie zdjęcia z wesela? Nie mam pojęcia. Jeśli kiedyś je znajdę, wstawię

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *