Ruiny i integracja

admin Armenia, Podróże z dziećmi 0 Comments

Pierwszą rzeczą, którą można przeczytać o Armenii jest to, że posiada wiele zabytkowych kościołów i ruin.

Drugą to, że Ormianie są ludźmi niespotykanie gościnnymi.

I już trzeciego dnia pobytu w tym kraju mogliśmy doświadczyć obu rzeczy jednocześnie.

Rankiem, dla nas tutaj to godzina 11.00, wybraliśmy się na dworzec Kilikia, a stamtąd autobusem do miejscowości Zwartnoc/Zvartnoc (200 dram za osobę, czyli niecałe 2 zł; nasza piątka była liczona jako 3 osoby).

imageimageimage

Tam znajdują się ruiny katedry z VII wieku, która została wzniesiona na miejscu pogańskiej świątyni (wejście 1000 dram, dzieci bezpłatnie).

image

Budowa Katedry pod wezwaniem św. Grzegorza (chrystianizator i pierwszy katolikos Armenii, którego działalność przyczyniła się do przyjęcia chrztu przez Armenię już w 301 roku, czyniąc z niej pierwszy chrześcijański kraj świata) była finansowana przez katolikosa (to jak ormiański papież) Nersesa II, zwanego Budowniczym. W 930 roku trzęsienie ziemi zniszyło budowlę, która miała kształt rotundy i była wysoka na 45 metrów. Jednak ruiny dają wyobrażenie o tym, co tam mogło być, a nawet więcej, bo pozostawiają dużą przestrzeń dla wyobraźni. Mateusz wszędzie widział rycerzy, bo to ostatnia jego fascynacja.

image

Są pozostałości rzeźbionych kolumn i potężne kamienne bloki.

imageimage

Obok znajduje się też niewielkie muzeum z zabytkowymi elementami zburzonej konstrukcji. Dzieciaki pytały o każdy eksponat, były zafascynowane, aż pani pracująca w muzeum zachwyciła się, jakie to fajne dzieciaki, zainteresowane. Będąc tu odnosimy wrażenie, że ich ruchliwość i ciekawość nie jest zbyt mile widziana, to pierwszy raz, kiedy spotkała się z pozytywną reakcją. Ale o tym napiszemy w osobnym wpisie, bo odczuwamy zderzenie „skandynawskiego”podejścia, którym z pewnością nasiąkliśmy mieszkając w Norwegii, z miejscowym.

Skwar lał się z nieba, zresztą umówiliśmy się, że po zwiedzaniu robimy piknik (mieliśmy tylko wodę, chleb i cukierki, no ale PRZEDE WSZYSTKIM mieliśmy nasz KOC PIKNIKOWY.

Udaliśmy się więc w kierunku niewielkiego sadu, żeby odpocząć trochę w cieniu drzew moreli. Okazało się, że siedzi już tam spora grupa dzieciaków; spytaliśmy tylko, czy nie będzie im przeszkadzać, że rozłożymy koc nieopodal.

– A nie chce wam się pić, tu niedaleko jest bardzo zimna, wyśmienita woda – zagadnęła nas kobieta wyglądająca na opiekunkę grupy.

Oczywiście, przytaknęliśmy ochoczo. Kto nie miałby ochoty na bardzo zimną, wyśmienitą wodę w upale?

Co niezbyt powszechne, kobieta mówiła płynną angielszczyzną. Jedna z dziewczynek zaoferowała po angielsku, że nas zaprowadzi do wodopoju.

I tak rozpoczęło się popołudnie w towarzystwie dzieci z letniej szkoły angielskiego oraz Alli, Albiny i Elizy, które ją prowadziły.

image

Popołudnie wypełnione luźnymi rozmowami, śmiechem dzieci, zabawami w gronie otwartych, przyjaznych osób. Kuba trochę pograł w piłę z chłopakami, mówiąc, że do Lewandowskiego mu niedaleko (prawie jak kuzyn), Samuel zachwycał swoimi włosami i anielskim usposobieniem, Kaja początkowo onieśmielona (to po tatusiu),  po chwili chętnie skakała na skakance z dziewczynkami, a Mateusz zapełniał swój nowy kapelusz morelami, które później rozdawał.

image

Alla zaprosiła nas do zjedzenia wspólnego obiadu, później zaproponowała powrót w ich klimatyzowanym busie. Przyjęliśmy wszystko z radością. Przyjemnie. W dodatku po raz pierwszy komunikacja nie była ograniczona językiem: Alla , nauczycielka angielskiego i dzieci w różnym wieku, w większości mówiące dość dobrze po angielsku, przybliżyły nam to, czym żyje Armenia i pomogły w poznawaniu świata w nasz ulubiony sposób: poprzez poznawanie ludzi.

Podobała mi się ich nienachalna gościnność. Łatwo było nam się poczuć swobodnie, bez natarczywości, jaką czasem obdarza się nowo poznanych ludzi More Help.

Ormianie, jak mówi Alla (i ja nie śmiem w to wątpić), ogromną wagę przykładają do edukacji swoich dzieci. To często mądrzy ludzie, wiele wybitnych nazwisk wywodzi się z tego dość nielicznego narodu.

I like Armenia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *