Przepoczwarzenie

Katarzyna Wychowanie 0 Comments

Jak to możliwe, że dawniej zawsze otwarta na przygodę, lubiąca ryzyko, pewnego dnia zaczęłam dygotać jak jesienny listek na myśl o tysiącach nieszczęść, które mogą czyhać na moich najbliższych? Kiedyś bardzo mnie śmieszyło, gdy mama koleżanki przy pożegnaniu z córką mówiła: „Jedź ostrożnie windą”. A dzisiaj może i sama pokusiłabym się o taki tekst, jednak przy domu mamy schody.

Pierwszy raz złapałam się na tej przemianie w samolocie. Dawniej (czytaj: zanim pojawiły się dzieci) za najbardziej zabawny moment lotu uważałam start i lądowanie. Bo coś się działo; reszta to nuda. Obecnie gdy wsiadam na pokład z dziećmi zawsze patrzę, które wyjście awaryjne jest najbliżej (choć i tak mam świadomość, że w przypadku katastrofy pasażerowie z dziećmi mają najmniejsze szanse). Starty i lądowania przeżywam bardziej intensywnie, niż kiedyś. Reaguję niepokojem na drobne zakłócenia lotu, na które dawniej nie zwróciłabym uwagi.

Podobnie jest zimą w czasie jazdy samochodem. Gdy byłam dzieckiem bawiły mnie kontrolowane poślizgi na pustym placu parkingowym. Teraz reaguję w ten sam sposób, który tak mnie śmieszył w wykonaniu mojej mamy, krzyczącej: „Przestań” i zabawnie machającej przy tym rękami, ku uciesze taty-kieorwcy i potomstwa.

Może nie jestem aż tak typowym przedstawicielem gatunku, bo w gronie moich znajomych w czasach szkolnych prawie wszyscy byli bardziej rozważni ode mnie. I bardziej odpowiedzialni. W mojej głowie było pstro. To jednak nie spowodowało, że również w dorosłości jestem lekkoduchem.

Co to się porobiło z moim życiem? Słowo klucz do tej metamorfozy to odpowiedzialność. Nie tylko za siebie, ale przede wszystkim za małych ludzi, których tak bardzo kocham. Ale to właśnie ich obecność sprawia, że dbam bardziej również o własne bezpieczeństwo. Dlatego znika beztroska i ubaw z lekko ryzykownych zdarzeń. W ich miejsce pojawiają się analizy i myśli, czasem na wyrost.

Dawniej, jak gąsienica, widziałam tylko to, co miałam tuż przed oczami. Nie wybiegałam szczególnie daleko w przyszłość. Nie myślałam wiele o konsekwencjach. Raczej o przyjemnościach. Nie potrzebowałam rozłożystych skrzydeł. Wystarczyło mi podgryzanie smakowitych kąsków życia. I gdy już najadłam się do syta, jak każda tłusta gąsienica zaczęłam się zmieniać. Wtedy uspokoiłam się i wyciszyłam.

I wreszcie wyrosły mi skrzydła.

Duże, rozłożyste. W nich zapisane są moje doświadczenia i wiedza o życiu. Zbudowane są z porażek i sukcesów. Dzięki nim wiem, co dobre.

Nimi osłaniam dzieciaki.

Ale chcę też pamiętać, do czego skrzydła służą przede wszystkim. To przecież dzięki nim jestem niezależnym bytem.

Wiem, że dzieci patrząc na swoich opiekunów, uczą się od nich życia. Nie chcę, by myślały, że skrzydła służą tylko do tego, by ograniczać przestrzeń życiową innych.

I nie chcę przegapiać momentów, w których moje dzieci w miejsce ochrony potrzebują wolności. Wtedy zamiast troskliwie rozkładać nad nimi skrzydła, powinnam jedynie pokazać im drogę do niezależności. Ufając ich możliwościom. Bo jeśli będę jedynie chronić je przed życiem, mimo 搬瓦工 najlepszych intencji mogę zrobić im krzywdę. Będą chudziutkimi gąsienicami. Bez  doświadczeń. I bez umiejętności radzenia sobie w życiu. Wtedy  skrzydła zamiast szansą, mogą stać się dla nich zagrożeniem. Nadmierna troska okalecza. To trudna prawda, o której chcę pamiętać.

***

Jeśli tekst wydaje Ci się interesujący, daj mi o tym znać. Twoja opinia jest dla mnie bardzo cenna.

Możesz to zrobić:

dzieląc się swoimi przemyśleniami w komentarzu

udostępniając wpis znajomym

A jeśli lubisz czytać naszego bloga, polub nasz fanpage

Dobrego dnia!

***

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *