Proste jak szczęście

Katarzyna Styl życia Leave a Comment

Kiedyś myślałam, że szczęście to jest coś tak wielkiego i tak ulotnego, że tylko w piątek na imprezie umiałam je poczuć ;). Wiadomo, były takie momenty, kiedy wręcz parowało z uszu. Lecz po nich smutek spadał z nieba jak stado gawronów i po euforii nie było śladu. Ekstremalne przeżycie szczęścia zawsze znajdowało swoje odbicie w krzywym zwierciadle życia, a po drugiej jego stronie panowała rozpacz. Nie, nie byłam wtedy szczęśliwa. Bywałam, odnajdując wzniosłe i niecodzienne. A potem bywałam nieszczęśliwa. Tak bez końca. Trudno było mi znaleźć równowagę. Właściwie uważałam, że jej drugie imię to „nuda”. Nie chiałam nudnego życia. Wolałam już wystawiać się na cierpienie, by w zamian od czasu do czasu czuć szczęście.

Od tego czasu minęło naście lat i widzę wyraźnie, że każdy wiek rządzi się swoimi prawami. Być może dla tej dziewczyny, którą byłam, moje obecne życie byłoby nudne. Być może kręciłaby z dezaprobatą głową patrząc na moje obecne wybory. Ja na mnie z przeszłości patrzę z sympatią i pobłażaniem. Mało która nastolatka popełniała tyle błędów, co ja. Mało która, by udowodnić coś światu łamała sobie nogę. Ale rozumiem, dlaczego tak się działo. I w sumie cieszę się, że tak było, bo ta historia znalazła szczęśliwą kontynuację.

Już nie patrzę na szczęście jak kiedyś. I bez przekonania słucham dziś, że „szczęśliwe chwile to motyle”. Te słowa wydawały mi się jak wyrocznia. Kiedyś. Teraz wkładam między bajki opowieści o szczęściu, które poukładałam w młodzieńczym łebku.

Szczęście, które spotkałam jest zupełnie inne, niż to z wyobrażeń. Uśmiechnięte. I niedoskonałe. Ale ma w sobie coś szczególnego. Potrafi trwać na przekór. Nie chodzi, tak jak kiedyś o „ochy” i „achy”, które uważałam za źródło wszelkiej szczęśliwości. To codzienność o dziwo staje się wystarczającym powodem. Nawet wtedy, gdy trzeba iść pod górkę. O ile sama nie zacznę komplikować i koncentrować się rozpaczliwie na tym, czego nie mam, wszystko okazuje się proste. Proste jak szczęście.

p.s. Córki niektórych koleżanek mojej mamy robią kariery w międzynarodowych firmach, sporo zarabiają i żyją na „światowym poziome”. Kiedyś pomyślałam, że moja mama mogła pokładać we mnie większe nadzieje, że będę „kimś”. Zasmuciło mnie, że może z tego powodu czuć zawód. Gdy ją o to spytałam, zaśmiała się i powiedziała:

– Najważniejsze dla mnie, że widzę cię szczęśliwą.

I tak chyba już jest, że sukces zawodowy bez szczęścia smakuje gorzej, niż szczęście bez sukcesu. A jeśli obie rzeczy idą w parze, to cudownie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *