Portugalia z plecakiem, z dzieciakiem

Katarzyna Podróże z dziećmi, Portugalia 2 Comments

DROGA WIODŁA NA PÓŁNOC

DSCN0097

Naszą rodzinną wycieczkę rozpoczęliśmy od Lizbony, gdzie mieszkaliśmy przy jednym z głównych placów – Rossio. Z okna pokoju roztaczał się fantastyczny widok na miasto. Oprócz wciągających obserwacji ludzi, mogliśmy podziwiać rozpościerający się na wzgórzu zamek Saõ Jorge, efektownie oświetlony nocą.

Równie niezapomniana była wspinaczka na IV-te piętro wąską klatką schodową starej kamienicy, w której znajduje się residencial. Wspinaczka ze śpiącym w wózku dzieckiem i naszymi bagażami. A po tym wysiłku przywitanie przez nieco gburowatego jegomościa, najwyraźniej niezadowolonego z nocnej pobudki.

Co rano chodziliśmy na  kawę z croisantem (i miskę kaszki) do kawiarni obsługiwanej przez starych kelnerów. Kojarzycie ten klimat ze starszymi kelnerami? Nie narzucają się, nie szczerzą zębów (czasem pewnie nie mają już czego szczerzyć) i za to ich uwielbiam. Choć z nimi też trzeba uważać – znają wiele trików, żeby oszukać klienta.

W Lizbonie spędziliśmy trzy dni, włócząc się po labiryntach uliczek i zwiedzając zabytki (niezbyt stare, bo w większości odbudowane po trzęsieniu ziemi, które nawiedziło miasto w XVIII wieku). Gdy Kaja podskakiwała w wózku na kocich łbach, które upodobali sobie lizbońscy architekci, trochę się martwiłam, czy jej to nie zaszkodzi (to nasze pierwsze dziecko; przy trzecim człowiek takich pytań już sobie nie stawia). Ale zadowolona mina córki rozwiewała moje niepokoje.

DSCN0136

Bardzo spodobała nam się Alfama, niewielka dzielnica pełna autorskich sklepów projektantów mody, restauracji, knajpek. Pełna klimatu, zachęcająca do spędzenia imprezowo nocy. Nasza  „imprezka“ ograniczyła się do pysznej kolacji w maleńkiej restauracji zakończonej nocnym spacerem. Kaja nie pierwszy raz pokazała nam, że zabranie jej na wakacje to był dobry pomysł – podczas gdy wciągaliśmy macki ośmiornicy w maślanym sosie popijając winem, dziewczynka słodko spała w wózku. Aktywowała się dopiero, gdy opuściliśmy lokal, serwując uśmiechy wszystkim napotkanym przechodniom.

W Barrio Alto urzekło mnie harmonijne współistnienie z lekka wystylizowanych kamienic, z tymi nie odnowionymi. I oczywiście pranie, pranie, pranie, powiewające przy niemal każdym oknie. Prześcieradła i pościele, spodnie i koszulki, czerwona bielizna i galoty babci.

Trzeciego dnia udaliśmy się pociągiem do Sintry (pociągi odjeżdżają co pół godziny), by zobaczyć Palacio da Pena.

DSCN9610

 

Ta dość niecodzienna budowla otoczona jest tajemniczym, mrocznym parkiem. Zaskakuje ekstrawagancką mieszaniną barw i stylów. Suto okraszona jest masońską symboliką. Komnaty urządzone tak, jak w czasach gdy kroczyły po nich stopy króla Ferdynanda II i jego małżonki (XIX wiek). Z tarasów rozpościera się piękny widok na cały region, od wybrzeża Atlantyku po Tag.

 

Zastanawialiśmy się, czy warto odwiedzić lizbońskie oceanarium, największe w Europie. Zdecydowaliśmy, że tak. I mieliśmy racje. Nie trzeba być zamiłowanym akwarystą, by zachwycić się pływającymi w nim rybami. Kaja ze swoim 8-miesięcznym stażem za ziemi z podziwem obserwowała ruch za szybą. Przecudne są smoki morskie, istoty o wyglądzie roślin, jednak z „twarzy“ przypominające koniki morskie. Mają w sobie coś tak nieziemskiego, że trudno było oderwać od nich wzrok. Wrażenie robią również rekiny oraz ryby znane dzieciom i laikom z bajki „Gdzie jest Nemo“. Jeden z rekinów pływał wciąż z na wpół rozdziawioną paszczą. Sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał atakować, ale tego nie robił. Gdy opowiadałam o tym mojej 8-letniej bratanicy, mówiłam, że wyglądał, jakby suszył zęby. A mała spryciula szybko spytała – Jak można suszyć zęby w wodzie?

DSCN0189

 

Choć zakochani w Lizbonie, musieliśmy ruszyć dalej. Nasz plan – to spędzić noc w Tomar, by z rana zobaczyć klasztor, a później odwiedzić Fatimę. By go zrealizować, wsiedliśmy w wypożyczony samochodzik (nissan micra) i ruszyliśmy prawym pasem autostrady. Pierwszy raz wypożyczyliśmy auto, to też zasługa Kai. Dawniej pchalibyśmy się na stopa.

W Tomar uroczym, sennym miasteczku, zjedliśmy na kolację miejscowy przysmak – kurze żołądki w ciężkiej cebulowej zasmażce. Ale zanim to nastąpiło, na naszym stole pojawił się talerz winniczków w maśle czosnkowym. Z trudem przełknęłam jednego, czując jak wolno spełza w kierunku żołądka. Za to Kuba zajadał się nimi ze smakiem. Kaja nie raczyła spojrzeć w stronę talerza – znów przespała czas naszego posiłku (kochana).

 

DSCN9720

 

Na wąskich uliczkach spotykaliśmy raczej miejscowych, niż podróżnych. Było rześko, spokojnie i pustawo. Niektóre kamienice bardzo zadbane. Inne sypiące się, czy już rozsypane – bez dachów, szyb i kondygnacji. Takie domy zawsze przyciągają mój wzrok i gdy na nie patrzę czuję, jakbym miała przed sobą starego człowieka. I tak jak po ludziach, tak i po domach widać, jakie było ich życie.

DSCN9693

 

Rano wyruszyliśmy w kierunku Convento de Cristo (klasztor Chrystusa Pana). Jego budowa ciągnęła się od XII do XVI wieku. Dlatego jest mieszaniną wielu stylów: romańskiego, gotyckiego, manuelińskiego i renesansowego. Z XII wieku zachowała się wzniesiona według modelu Grobu Świętego w Jerozolimi Charola dos Templários (Rotunda Templariuszy). Można zobaczyć ubogie cele mnichów oraz kuchnię wraz z jej wiekowym wyposażeniem. Dla szukających smaczków sztukatorskich – w klasztorze znajduje się okno autorstwa Diogo de Arruda, posiadające najbardziej niezwykłe w całej Portugalii zdobienia manuelińskie.

DSCN9728

 

Po wyciszającym zwiedzaniu klasztoru ruszyliśmy w kierunku Fatimy. Spotkałam gdzieś na internetowym forum opinie, że jest to jedno wielkie targowisko z dewocjonaliami. Moje odczucia są inne. Owszem, są i pamiątki, ale to zupełnie w tle. To, co najgłębiej zapadło mi w pamięć to niepełnosprawni pielgrzymi i wielu rodziców z ciężko chorymi dziećmi. Przychodzą po cud. Ten widok wzmógł uczucie wdzięczności za naszą córeczkę.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po nasyceniu ducha, przyszła kolej na radości cielesne. Z Fatimy udaliśmy się więc nad ocean, do miejscowości Nazaré. Tu liczba osób na metr kwadratowy trochę mnie przytłoczyła. Nie tak wyobrażałam sobie pobyt w niewielkiej, nadmorskiej miejscowości. Ale wody w oceanie nie brakowało. Ani miejsc w restauracjach. Czego więcej chcieć? Relaksowaliśmy się przez 3 dni. Na plaże chodziliśmy po południu, kiedy upał już trochę zelżał. Woda w oceanie lodowata.

Następny punkt programu to Porto, gdzie mieliśmy odstawić samochód. I tu pogodowa niespodzianka – temperatury najwyższe od wielu, wielu lat. Dały się i nam we znaki.  W prażące słońce nie odważyliśmy się iść z Kają.

Miasto interesujące, ale zapijaczone. Tak właśnie sobie wyobrażałam prawdziwe, portowe miasto. Wiecie, z wytatuowanymi marynarzami i spelunkami, do których strach jest wejść. Z prostytutkami cwanymi jak lisice i oprychami szwędającymi się w wąskich uliczkach. W pewnym momencie, zostawiając ferajnę, wypuściłam się właśnie w jedną z nich. I szybko się wycofałam. Oprócz zapachu rozlanego wina i innych płynów, zniechęciły mnie zbłąkane spojrzenia starych marynarzy i ćpunów. Poczułam się jakbym trafiła do faweli w Rio. Wszystko to w samym sercu miasta. Z resztą zapach porto (wina) unosił się wszędzie.

Zwiedziliśmy katedrę, kilka kościołów i jak zwykle robiliśmy kilometry spacerując po mieście. Jednak zrezygnowaliśmy ze zwiedzenia dzielnicy Vila Nova de Gaia, od której dzielił nas długi most i dobre 15 minut marszu w słońcu.

 

Z Porto udaliśmy się do Figueira da Foz, by jeszcze troche poleniuchować na plaży. Jechaliśmy pociągiem, odjeżdżającym z dworca São Bento. Hala dworca wyłożona azulejos przedstawiającymi sceny z życia codziennego mieszkańców miasta w początkach XX wieku, a także sceny historyczne – warta zobaczenia.

DSCN9869

Po dwóch przesiadkach dotarliśmy na miejsce. Trochę zajęło nam czasu, zanim znaleźliśmy nocleg – jednak na spokojnie – jedno z nas piło kawęi zajmowało się małą, a drugie poszło na poszukiwania. Było dużo wolnych miejsc, ale ceny dość wyśrubowane. W końcu znalazłam residencial, bardzo blisko plaży, a ponieważ zupełnie nie było tam gości, udało mi się jeszcze urwać z i tak niezbyt wygórowanej ceny (jestem z Krakowa i lubię się targować;). Residencial znajdował się w co najmniej 100-letniej, stylowo urządzonej kamienicy.

W życiu nie widziałam tak szerokiej plaży. Dojście do wody zajmuje dobre 10 minut. Na szczęście zbudowano drewniane pomosty. Inaczej byłoby bardzo ciężko dostać się z wózkiem nad ocean. Figueira da Foz to duży, ale nie zatłoczony kurort. Z wodnych rozrywek mogę polecić znajdujący się przy plaży basen z morską wodą. Co prawda trzeba zapłacić za wejście, ale w środku czekają wygodne leżaki i miła obsługa roznosząca kolorowe drinki.

DSCN9970

Opaleni wróciliśmy do Lizbony, skąd mieliśmy samolot powrotny. Byliśmy zadowoleni z podróży i dumni z naszej Kai, która pracuje na odznakę małego podróżnika.

p.s. Kaja była zadowolona całą wyprawę, nawet, gdy dostała 3-dniówkę (wysoka gorączka, a po trzech dobach wysypka). Pojechaliśmy do szpitala sprawdzić, co jej jest i tak Kaja została Kazią (pielęgniarka czytając jej imię po portugalsku to wymyśliła:). Dla małych dzieci fakt bycia 24 godziny na dobę z obojgiem rodziców to największe szczęście. A kiedy jest to możliwe, jak nie w czasie wspólnej podróży?

 

NOCLEGI

Przygotowania do wyjazdu, oprócz planowania tras i decyzji, co chcemy, czy raczej zdążymy, zobaczyć, obejmowały rezerwację noclegów. Z jednej strony czuliśmy się nieswojo, planując wszystko aż tak dokładnie i dopinając na „ostatni guzik“, bo jednak wielki urok tkwi w spontanicznych zmianach kierunków i tempa podróży. Jednak baliśmy się sytuacji, w której przyjedżamy do miejscowości i pół dnia spędzamy szukając noclegu. Zdarzyło nam się to kilkakrotnie, gdy podróżowaliśmy we dwójkę. Bieganie z plecakami po całonocnej podróży autokarem bardzo nas zmęczyło. Biegania z tymi samymi plecakami oraz dzieckiem w wózku chcieliśmy uniknąć. I tu UWAGA. W Portugalii, nawet w sezonie (sierpień), nie ma konieczności wcześniejszej rezerwacji noclegów. Rezerwowaliśmy przez stronę www.booking.com i w większości przypadków przepłaciliśmy od kilku do kilkunastu euro za noc (szukaliśmy raczej tańszych pokoi, ale w jak najlepszej lokalizacji). Co prawda autorzy strony zapewniają, że nie pobierają od rezerwujących opłat. Hmm, zgoda, tyle że pobierają je od hoteli, a one zawierają tę opłatę w cenie noclegu.

Nauczeni tym doświadczeniem postanowiliśmy następnym razem rezerwować noclegi na dni zaraz po przylocie i przed lotem powrotnym. A już na pewno nie warto rezerwować miejsc w nadmorskich miejscowościach (my byliśmy w Nazaré oraz Figueira da Foz), kipiących od naganiaczy prywatnych kwater.

 

ŚRODKI LOKOMOCJI

Aby dotrzeć do niektórych z interesujących nas miejsc, wynajęliśmy na kilka dni samochód. W tym przypadku rzeczywiście przydała się wcześniejsza rezerwacja (skorzystaliśmy ze strony www.portugal-auto-rentals.com). Jeździliśmy również pociągami – całkiem wygodnie, a przede wszystkim z klimatyzacją. Rozkłady jazdy – pociągów, metra – wydawane są w formie małych mapek, które bardzo ułatwiają planowanie podróży. I potwierdzamy krążące w internecie opinie o tanich taksówkach. Zaraz po przylocie do Lizbony, a było to koło północy, ustawiliśmy się w kolejce po taksówkę (tak to właśnie tam wygląda). Trafił nam się lekko pijany kierowca, prowadzący „oldschoolowego“ mercedesa (miał pewnie z 25 lat – mercedes, kierowca dwa razy tyle). I mimo nocnej taryfy i jazdy do centrum miasta dość okrężną drogą – taksówkarz poinformował nas, że pojedzie trochę naokoło, żeby „uniknąć korków“ – hehe, o dwunastej w nocy – zapłaciliśmy za kurs ok.10 euro.

 

KLIMAT

Ze względu na Kaję zdecydowaliśmy zacząć zwiedzanie od Lizbonyi kierować się na północ. Leżące na południu regiony – Alentejo i Algarve słyną z upałów. Nie mogliśmy przewidzieć, że w czasie naszego pobytu najgoręcej będzie w środkowej i północnej części kraju. Na szczęście podróżowaliśmy głównie wzdłuż wybrzeża i upały były tonowane oceaniczną bryzą. Więc oprócz lekkiego rozleniwienia, a w przypadku Kai – częstszych drzemek, nie czuliśmy większych dolegliwości. Choć, gdy dotarliśmy do Porto, 43-stopniowy upał zmęczył nas do tego stopnia, że zaniechaliśmy zwiedzania dzielnic leżących na lewym brzegu rzeki Duero. Za to cudownie było odpocząć w cieniu wznoszącej się na wzgórzu romańskiej katedry.

Przez dwa pierwsze tygodnie sierpnia nie było ani jednego pochmurnego dnia, choć zdażyły się dwa nieco chłodniejsze.

W tym miejscu, być może banalne, przypomnienie dla rodziców podróżujących z małymi dziećmi w wózku – koniecznie weźcie ze sobą parasolkę do wózka. Niby to oczywiste, ale widzieliśmy sporo dzieciaków osłanianych przed prażącym słońcem kocykami narzuconymi na budę wózka.

Mieliśmy ze sobą również chustę do noszenia. Jednak na samą myśl o dodatkowym cieple w tym skwarze robiło mi się słabo. Pozostała jej więc funkcja balastu.

LUDZIE

Portugalczycy są bardzo przyjaźni. Niezbyt wylewni, ale serdeczni. Pomocni we wskazywaniu drogi, gotowi zawrócić z własnego kursu, by odprowadzić zbłąkanych we właściwe miejsce. I uwielbiają dzieci. Kaja była w siódmym niebie, bo wciąż ktoś się do niej uśmiechał, zagadywał, łapał za małe nóżki i głaskał. Odniosłam wręcz wrażenie, że traktują dzieci jak talizmany, jakieś magiczne istoty, których dotknięcie zapewnia szczęście i dobrobyt.

Comments 2

    1. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *