Patagonia, kraina wolności

admin Bez dzieci, Chile 0 Comments

Turkusowe jeziora, granitowe plaże i osławione Wieże. Chilijski park narodowy Torres del Paine to kwintesencja Patagonii. Z tym, co najlepsze – niesamowite przestrzenie i co najgorsze – słynny wiatr Ziemi Ognistej. Pierwsze rozgrzewa serce, drugie wychładza ciało, aż do kości.
Dla mnie Patagonia to wyraz czegoś pociągającego i nieosiągalnego jednocześnie. „Pierwszy kontakt” nawiązałam z Patagonią pod koniec liceum. Kupiłam bawełniany podkoszulek w kolorze lawendy. Żadnych ozdób, tylko małe logo „Patagonia”. To wystarczyło, by  skłonić mnie do szukania informacji. Siedziałam przed komputerem, drukowałam zdjęcia pięknych formacji skalnych i marzyłam wzdychając. Fajnie by było jechać kiedyś do Patagonii myślałam, kwitując od razu myśl krzywym uśmiechem. Nie wierzyłam, że taka podróż będzie kiedykolwiek możliwa.
Minęło z 10 lat. I w pewnym momencie otwarłam oczy, którym ukazały się bajeczne góry mitycznej krainy Patagonii. To mój mit, który wykułam w marzeniach i nosiłam w sercu. I w zasadzie nie planując i nie oczekując, znalazłam się w tym miejscu. Mała postać z plecakiem, u stóp majestatycznych szczytów. Obok mój mąż, wkraczaliśmy do chilijskiego parku narodowego Torres del Paine i w drugi miesiąc wspólnego życia, kontynuując naszą podróż poślubną.

torres del paine DSCN2856

Na samym początku, gdy w oddali widziałam dumnie wznoszące się wieże del Paine (od nich nazwę wziął cały park narodowy) czułam, jakbym wkraczała do jakiegoś nierealnego świata. Dlatego, że piękno Patagonii otaczające mnie ze wszystkich stron odbierało mi mowę. A przede wszystkim, ponieważ stanęłam naprzeciw nieosiągalnego, ziściło się wtedy coś,  w czego realizację nigdy nie wierzyłam. Wkraczałam do mojej mitologicznej krainy w poczuciu, że nie ma ograniczeń poza nami. Są tylko w nas. I tylko tam.
Na skraju patagońskiego parku przywitały nas dzikie konie. Dla mnie to symbol prawdziwej wolności. Gdy tylko je zobaczyłam powróciły wspomnienia dotyczące trudnej drogi do wolności. Wtedy już wiedziałam, że jestem na właściwej ścieżce. Konie były zapowiedzią tego, co czekało nas w najbliższych dniach. Przy opuszczaniu parku wyglądaliśmy równie dziko, zażywając przez czas wędrówki jedynie kąpieli w zimnych strumieniach. A wolność? Miałam wrażenie, że z każdym wdechem przenika całe moje ciało.
Wędrowaliśmy przez szlak nad doliną, w której zagłębieniu płynął strumień; szlak wznosił się, to znów opadał wprost do wody. Tak dotarliśmy do Base de Torres, gdzie zaczyna się strome podejście w kierunku osławionych Wież. Rzuciliśmy plecaki za jakąś skałą i ruszyliśmy pod górę.

DSCN2885-2DSCN3057DSCN3063-2

Od Wież oddzielała nas głęboka dolina z zamarzniętym jeziorem. Na jednym z wielkich głazów spędziliśmy ponad godzinę, kontemplując w ciszy majestat Torres del Paine.

torres del paine

Wieże Torres del Paine, wchodzące w skład górskiej grupy Cordillera del Paine, stanowią nie lada wyzwanie dla miłośników wspinaczki. Granitowe skały, których wysokość do tej pory nie została dokładnie zmierzona (Wieża Północna mierzy około 2260 m npm, Wieża Centralna – 2460 m npm, najwyższa – Wieża Południowa – około 2500 m npm), to pozostałość po lodowcu. Według legendy Indian Tehuelche, najstarszych mieszkańców Patagonii, są to wielcy wojownicy ludu Araucanian, zamienieni po tragicznej śmierci w potopie w skały. I tak, jak wielcy wojownicy, dają się pokonać tylko najwaleczniejszym.

Wędrowaliśmy pod srebrno-szarymi górami o przedziwnych kształtach. Kierując się w stronę Lodowca Francuskiego otoczenie uległo gwałtownej zmianie. Las zaatakowany chorobą, suche gałęzie i szare niebo przywiodło na myśl krainę Mordoru. Dla kontrastu, gdy odwracaliśmy głowy, pojawiały się bajeczne kolory Patagonii.

Los cuernosDSCN3128 DSCN3155

Szliśmy przez granitowe plaże, w które jak broszka wpięte były jeziora w kolorze turkusu. Te miejsca napełniały mnie radością, wymazując zmartwienia i prowokując zachwyt nad wszelkim stworzeniem. Nawet mała muszka, która niepostrzeżenie ugryzła mnie w powiekę, pozbawiając na dobę ostrości widzenia nie popsuła mi tej radości.

Patagonia DSCN3006

Nasza wędrówka odbywała się w samotności. Choć byliśmy obok siebie, rozmawialiśmy bardzo niewiele. Na szlakach spotkaliśmy zaledwie 3 osoby. To dlatego, że wrzesień w Ameryce Południowej to wczesna wiosna. Daleko jeszcze do wakacji, a pogoda w tych rejonach może być bardzo różna. Cieszyliśmy się niezmąconą ciszą,słońcem i błękitnym niebem niemal przez cały pobyt. Dopiero ostatniego dnia mogliśmy się przekonać na własnych skórach, co znaczy niełaskawa aura Patagonii.

Zamiast błękitnego nieba, chmurzyska i grad. Wicher, no właśnie, ten sławny wiatr ziemi ognistej to nie bajki. On jest niesamowity. Wywiał ze mnie w zaledwie pół godziny żelazne postanowienie, by na końcowym odcinku trasy nie korzystać z katamaranu, tylko z własnych nóg. A i tak mimo udogodnień jeszcze kilka godzin później siedziałam skulona z zimna w kurtce w ogrzewanym busie i czułam wiatr hulający po kościach. Nigdy wcześniej, ani później, czegoś takiego nie przeżyłam.

 

TIP

Namiot, a nawet śpiwór można wypożyczyć za niewielką opłatą w miejscowości Puerto Natales, miasteczku z którego wyrusza się do parku. Świetnie jest wędrować po Torres del Paine poza sezonem (schroniska są zamknięte i nie ma prawie nikogo). Ceny noclegów w schroniskach są wysokie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *