O wielkiej sile małych stworzeń, czyli jak raj zamienia się w piekło

admin Boliwia 0 Comments

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Chapare, boliwijski tropik. Mango spadające z drzew, pomarańcze na wyciągnięcie ręki, a wokół pełno rzek, w których można pływać.
Tam właśnie pojechałyśmy na wakacje razem z dziewczynkami z domu dziecka, w którym byłam wolontariuszką. Wyśniony raj okazał się dla mnie istnym piekłem. Wszystko za sprawą małych bestii – muszek polverino.
Niegroźne dla Boliwijczyków, okrutne dla przyjezdnych. W ciągu dwóch dni przemieniłam się w wielki, swędzący bąbel. Przez ciągłe drapanie nie mogłam zasnąć, a gdy to się udało, po chwili budził mnie denerwujący dźwięk drapiących ciało paznokci. Gdy otwierałam oczy, z mroku wyłaniała się stercząca w górze noga – moja noga – którą bezwiednie drapałam.
 OLYMPUS DIGITAL CAMERA
 Rozdrażnienie sięgało zenitu. Szczęściem, dziewczynki zajęte były wakacyjnymi rozrywkami – zrywaniem i pożeraniem ton mango, kąpielą w rzekach i oglądaniem telewizji. Dlatego w tych dniach moja cierpliwość nie była poddawana testom. Prawdopodobnie nie przeszłaby nawet fazy wstępnej.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Główną atrakcją w tropiku były kąpiele w rzekach. W tej kwestii warto zdać się na doświadczenie miejscowych. Wiedzą, w których rzekach pojawiają się węże, a w których – RACZEJ nie.
– Siostro Guada, skąd wiesz, że tu możemy pływać, a w tamtej rzeczce nie? – dopytywałyśmy siostry Guadalupe, która wychowała się w tej okolicy.
– Jak tak chcecie pływać, to muszę wam coś powiedzieć – śmiała się siostra Guada. – Po prostu mówię wam, że tu nie ma węży i sobie pływajcie.
– Nie, to nieprawda – piszczały dziewczyny. Niektóre weszły już po kolana do wody i udając nagłe zainteresowanie czymś na brzegu, dyskretnie się cofały.
– Prawda – naigrywała się siostra.
– Niech nam siostra powie, jak to jest – prosiły dziewczynki.
– Dobrze – zrobiła minę mądrali i przeszła do sedna sprawy. – Chodzi o ilość zarośli; im ich mniej, tym kąpiel bezpieczniejsza. I najlepiej, żeby woda była w miarę przejrzysta.
Zdawało się, że wybrana przez nią rzeczka spełniała powyższe kryteria.
– Napewno możemy tu pływać? – upewniały się co strachliwsze.
– Śmiało, wskakujcie.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Tak, kąpałyśmy się w sprawdzonych rzekach. Raz tylko widziałam przepływającego obok węża. Nic sobie nie robił z naszej obecności. I ja wolałam szybko o nim zapomnieć, bo siedzenie w wodzie łagodziło swędzenie. A gdybym za długo o nim myślała, z pewnością musiałabym się trzymać z dala od rzeki.
Siostra Guadalupe zabrała nas na plantację bananów, należącą do jej rodziców. Owoce są zbierane całkiem zielone. Potem długo moczone w roztworze zapobiegającym psuciu. Ręcznie pakowane i wysyłane we wszystkie kierunki świata. Pracujący na plantacji dodawali sobie energii żuciem liści koki. Do zwożenia kiści bananów z plantacji wykorzystywali mały wyciąg, podobny do narciarskiego, choć poruszający się po płaskim terenie i dużo niżej ulokowany. Zamiast drążków ma haki, służące do zawieszania kiści owoców.
OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA
Trasa jednego z wyciągów prowadziła ponad rzeką. Pracujący na plantacji chłopak, widząc kąpiące się w hurtowych ilościach dziewczyny, bardzo chciał zabłysnąć. Uchwycił się więc przesuwającej liny i niczym Tarzan zamierzał przelecieć nad głowami niewiastek. Numer wyszedł lepiej, niż mógł przypuszczć, bo gdy znajdował się nad wodą, spadły mu z nóg kalosze. Zmieszany Tarzan stracił pewny uchwyt i sam – chlup – wpadł do wody. Dziewczyny śmiały się z niego tak głośno, że biedak uciekał z rzeki, porzucając na zawsze tonące buty.
Oprócz dolegliwości związanych z polverino, dokuczała wilgotność powietrza z jaką wcześniej się nie zetknęłam (bateria telefonu, która wytrzymywała tydzień, tu padała po dwóch godzinach). Mieszkańcy tropików zabezpieczają cukier stawiając pojemnik w misce wypełnionej wodą. To skuteczny sposób, by zapobiec wizytom mrówek. Inne przyjemniaczki to barwne motyle. Gdy usiądą na głowie człowieka, mogą wydalić z siebie płyn wraz z jajami. Jaja wnikają pod skórę, gdzie rozwijają się larwy motyle, które wędrując łatwo doprowadzają do zakażenia. Dlatego bardzo ważne jest, by mieć nakrycie głowy.
Są tu również niebezpieczne pumy, tych jednak nie widziałam na wolności. No i rzecz jasna – polverino.
Z powodu nieprzerwanych opadów, z dnia na dzień przekładaliśmy powrót.
– Musimy w końcu jechać. W wiadomościach nie zapowiadają rychłego końca ulewy – powiedziała wieczorem siostra Ania, dyrektorka sierocińca.
Następnego dnia deszcz odrobinę zelżał, zapakowałyśmy się do aut i w drogę.
Zaraz, zaraz – w jaką drogę? Drogi nie ma! Ulewne deszcze zmyły część trasy.
– Mamy pecha – powiedział don Lucio, który wiózł mnie i trzy dziewczynki do domu.
– To widzę – powiedziałam. – Ale jest też coś pozytywnego – starałam się nie tracić ducha. – Uszkodzenie jest niewielkie. Zaraz to naprawią.
– I tu, niestety, się mylisz. Dziś niedziela. Znając życie trudno będzie znaleźć chętnych do pracy.
O jakże dobrze znał boliwijskie realia don Lucio, który w końcu od pięćdziesięciu przeszło lat był Boliwijczykiem.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Strugi deszczu waliły w szybę, a my  – zamknięci w samochodzie, zaparowani i spoceni – czekaliśmy na coś, co skłonna byłam nazwać „cudem“. Po siedmiogodzinnym oczekiwaniu, cud się wydarzył. Zjawiła się ekipa naprawcza, której pobieżny remont drogi zajął czterdzieści minut.
Sposób naprawy dróg do złudzenia przypomina system polski – dziurę w asfalcie łata się byle jak, po miesiącu świeży asfalt wypada, po dwóch dziura staje się większa niż poprzednio. W Boliwii jezdnie często znajdują się w dość ekstremalnych warunkach. Dlatego niechlujne naprawy grożą czymś więcej, niż uszkodzeniem koła. Choć drogi są kręte, a kierowcy jeżdżą jak szaleni, wielu z nich, bardziej niż wypadku, boi się obsuwających się w przepaść poboczy.
Po szesnastu godzinach w końcu udało nam się dotrzeć do Cochabamby, gdzie mieszkałyśmy. Dopiero wtedy odetchnęłam z ulgą, wiedząc, że moc wściekłych polverino nie sięga tak daleko.
Poczułam się szczęśliwa. Chyba pierwszy raz w życiu powrót z wakacji stał się dla  mnie powodem do radości.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *