O kubańskich taksówkarzach, polskich spotkaniach i rumie

Katarzyna Bez dzieci, Kuba

Całymi dniami taksówkarze w Hawanie oferowali podwózkę. Więc gdy rano w sobotę wyszliśmy na ulicę, by dojechać na dworzec autobusowy (było przed 6 rano) nie spodziewaliśmy się takiej pustki na mieście. Po pięciu minutach minęła nas jedna taksówka, a jej kierowca krzyknął 20 CUC za kurs (80 zł). Wiedziałam, że ten przejazd kosztować powinien 7 CUC, lecz kiedy podzieliłam się tą wiedzą z taksówkarzem, ten odjechał (powiedzieć, że z piskiem opon byłoby za wiele, bo samochód był stary, opony zdarte; ale odjechał, to fakt). Zrobiło się nerwowo, bo choć do odjazdu autobusu pozostała jeszcze prawie godzina, powiedziano nam, że mamy być na dworcu 45 minut wcześniej. Po kolejnych 10 minutach podjechała stara Łada i za 10 CUC dojechaliśmy na miejsce.

Nie było problemu, że byliśmy później, niż na 45 minut przed odjazdem, choć procedura przypominała odprawę na lotnisku, łącznie z oddawaniem bagażu i jego metkowaniem. Po 5 godzinach (bilet Hawana – Cienfuegos kosztuje 20 CUC, ok 80 zł), wysiedliśmy na dworcu, gdzie oferujący noclegi polowali na świeżo przybyłych. Nasze zdecydowane, choć przyjazne „nie, dzięki”, wystarczyło, by się oswobodzić i szybko sami znaleźlismy fajny nocleg niedaleko dworca i również dość blisko centrum, bo Cienfuegos nie jest dużą miejscowością (20 CUC za pokój+5 CUC za śniadanie od osoby). Cienfuegos słynie z francuskiej architektury, wycieczka po centrum i wokół placu, przy którym znajduje się wiele perełek architektonicznych, zajmuje nam chwilę. Punkt centralny miasteczka stanowi Parque Marti. Przy placu znajduje się Catedral de La Purisima Concepción i jedyny łuk triumfalny na Kubie.

Ojcowie miasta, pewnie z tęsknoty za ojczyzną, sprowadzali materiały budowlane i dekoracje z Francji, naśladując francuskie trendy. Przy placu znajduje się też teatr, który na cześć Wenezuelczyka, Tomàsa Terry, handlarza niewolnikami, nosi jego imię. Niespiesznie spacerujemy i wydaje mi się, że właśnie odkrywam i przejmuję ten kubański styl: bez pośpiechu. Tu naprawdę można się odprężyć, przemierzając uliczki otoczone kolorowymi kamienicami, siedząc na molo, czy odpoczywając na ławce pod palmą.

Gdziekolwiek jesteś nic cię nie pogania i tak właśnie żyją miejscowi. A że w telewizji jest tylko jeden program, a internet kosztuje fortunę (ok. 16 zł za godzinę), to ludzie mają czas dla siebie. Zamiast pokazywać sobie filmiki na YouTube, dzielą się sąsiedzkimi opowiastkami, śmieją się, lub po prostu siedzą obok siebie przed domostwami niespiesznie kontemplując rzeczywistość. Życie doświadcza ich bez litości, a oni zdają się przyjmować ciosy z dumą. Czasem widzę rezygnację, bo niewiele więcej pozostaje 80-letniej osobie, która nie ma już sił, by korzystać z okazji, jakie niesie ze sobą turystyka. Czasem możliwość zarobienia dodatkowych pieniędzy jest wyciskana jak cytryna, do ostatniej kropli – mężczyźni zaczepiają każdego obcokrajowca oferując przejazd taksówką, albo posiłek w restauracji. Ale nie spotykamy się z uciążliwą natarczywością.
W czasie spaceru po Cienfuegos spotykamy parę Polaków. Oczywiście gadka zaczyna się od tego, gdzie można tanio zjeść 😉 Znajdujemy bar, w którym dyskusje nad menu i ceną trwają dobre 15 minut, ale jest zabawnie. Jemy bardzo tanio i zupełnie niesmacznie. Do tego wypijamy razem butelkę rumu i ruszamy na cypel Punta Gorda, do miejsca, gdzie swoje rezydencje stawiali baroni cukrowi.

Jeden z nich, człowiek pochodzący z Andaluzji, wybudował willę Palacio del Valle, która błyszczy na tle innych. Spora rezydencja, mieszanina stylu Maurów, gotyku, weneckiego renesansu i baroku, z wieżyczkami i tarasami znajduje się przy prywatnej przystani i cieszy oko bieląc się na tle spokojnego morza w kolorze butelkowej zieleni. Obecnie znajduje się w niej restauracja, gdzie oprócz kelnerów nie ma nikogo. Nie widać piratów, z powodu których na Kubie zbudowano wiele nadmorskich warowni. Za to widać rozochocone towarzystwo w posiadłości obok, gdzie znajduje się basen. Miejscowi i przyjezdni schładzają w wodzie rozgrzane słońcem ciała, a gardła schładzają piwem. Atmosfera radosna, śmiechy unoszą się wraz z pluskiem wody.
W drodze powrotnej łapie nas deszcz, ale nim nikt się nie przejmuje, krople przynoszą ochłodę.

Następnego dnia, w drodze do Trinidad (bilet Cienfuegos – Trinidad kosztuje 6CUC, czyli jakieś 24 zł) znów spotykamy naszych polskich znajomych. Maciej zabawia nas opowieściami o tym, jak podróżowało się w latach 80-tych, o przeprawie do Chin, oczekiwaniach na wolne miejsca w pociągu, deportacjach i nieplanowanych połączeniach lotniczych. Było napewno trudniej i z pewnością ciekawej. Teraz, gdy świat jest dostępny dla każdego, kto ma trochę kasy i fantazję, by wyjechać, nie ma już przygód jak kiedyś. Jest łatwizna i turystyczna komercja, która powoli otula cały świat. Trzeba brać co jest, ciesząc się skrawkami autentyczności.
W Trinidad rozstajemy się na dworcu, gdzie miejscowi naganiacze tworzą kordon, każdy chce złowić swojego turystę.


My dajemy się złowić Alberto, starszemu panu , który swoją Ładą wiezie nas do La Boca. W mojej wyobraźni znajdziemy tam plażę, po której o poranku będziemy biegać z Kubą. Tym czasem La Boca to wioska, w której plaże są małe i w piasek raczej ubogie. Za to bogate w miejscowych, z których co najmniej połowa nawalona jest rumem. Są lokalne bary, w jednym kobieta wyciąga angielskie menu chcąc nas skasować a La turysta. Za danie ryż z fasolą, kurczak i sałatka babka chce od nas 5 CUC (ok 20 zł). Dlatego jemy obok, gdzie całe menu z cenami wypisane jest na tablicy i za to samo jedzenie płacimy 30 CUP, czyli jakieś 5zł.

Śpimy w pokoiku wielkości łazienki, na łóżku lśni różowa narzuta ze śliskiego materiału obrąbiona różowym tiulem, na niej poduszeczka w kształcie serca w ten sam deseń. Gorąco jak w piekle, wentylator rozprasza gorące powietrze. Zostajemy tam dwie noce, prawie nie da się spać z powodu gorąca i łóżka, które spokojnie mogłoby startować w konkursie na najmniej wygodne wyrko. Wybór Casas jest duży, ale że już powiedzieliśmy właścicielce, że zostaniemy dwie noce, nie mieszamy, nie zmieniamy, tylko dzielnie znosimy niewygody znieczulając się rumem.
Idziemy na plażyczkę znajdującą się 20 minut pieszo od nas. No i wreszcie robi się karaibsko. Parasole skonstruowane z liści palm (1 CUC, czyli 4 zł za skorzystanie), piasek i woda czysta jak łza zachęcają do relaksu i kąpieli. Do nurkowania wystarczają zwykłe okularki do pływania: widać kolorowe rybki, rafę, podwodne rośliny. Widoczność taka, jakby człowiek zanurzył głowę w zadbanym domowym akwarium.


Dzień kończymy na dachu casy, ze szklanką rumu (jak mówiłam, znieczulenie było konieczne). Czuję się jak w baśni. Perski książę (w tej roli występuje Jakub, włos rozwiany) siedzi obok, spoglądamy na życie La Boca, widzimy dachy domów, nieco dalej słońce topi się w morzu.

Miejscowi gromadzą się w domach jeszcze tłumniej, niż w ciągu dnia. Rozmawiają, jedzą, spędzają razem czas. Rzeka rumu znów przetacza się przez wioskę. Jego fale i nas kołyszą do snu.