O górach jak słonie i koniu pierdzioszku

Katarzyna Bez dzieci, Kuba

Gdy docieramy do Viñales już z autobusu widzimy dolinę, w której pośród bujnej zieleni i czerwieni ziemi wyrastają góry jak wyspy. To mogoty, pozostałości olbrzymich jaskiń. Mówią o nich śpiące słonie.
Wcześniej nie byliśmy zdecydowani, czy wybrać się do Viñales, ale już od pierwszych chwil jestem przekonana, że tak, że warto. To mega turystyczna miejscowość, w której chyba większość mieszkańców prowadzi casa particulares. Także nie ma najmniejszego problemu ze znalezieniem noclegu, choć podobno w sezonie, który przypada na styczeń, było tylu turystów, że spali na płycie ryneczku, bo w casach nie było wolnych miejsc.
Nam to nie grozi, teraz większość pokoi jest wolnych. Dajemy się złowić Afrokubance, która prowadzi nas do „domu swojej matki”. Po drodze wyznaje, że jej mąż jest Polakiem.
– Tak, jak ma na imię? – pytam zaciekawiona.
– Yyy, nie pamiętam. Bo to taki nie całkiem mąż.
I tak dalej. Dochodzimy do „domu mamy”, której skóra ma kolor mąki pszennej i nie przyznaje się do rodzinnych relacji z naszą przewodniczką. Ale nic to, już przywykliśmy do kubańskich kłamstewek. Cenę oczywiście zbijamy, właścicielka się zgadza, kobieta która nas przyprowadziła znika. Ledwo co zrzuciliśmy plecaki i rozpętuje się potężna burza, grzmi i błyska niemal jednocześnie, a to chyba znaczy, że jest tuż nad nami.
Siedząc na zadaszonej werandzie wsłuchujemy się w deszcz i grzmoty Typowa dla kubańskich domów jest obecność zwyczajnych pokoi i przestrzeni bez ścian, w których znajduje się na przykład salon, z telewizorem i meblami, odgrodzony od reszty podwórka jedynie kratą. Wiele domów nie ma też szyb, w oknach znajdują się co najwyżej solidne, metalowe żaluzje.
Gdy mija idziemy „na miasto”,  po drodze spotykając połowę pasażerów z autobusu, taka duża jest ta miejscowość. Knajpki jak grzyby po deszczu wyrosły w Viñales w obfitości. Z resztą nie tylko knajpki rosną tu wspaniale.
Dolina Valle de Viñales to miejsce gdzie rośnie najlepszy tytoń świata. Rdzawoczerwoną ziemię porastają też m.in.: juka, ananasy, bambus, eukaliptusy, palmy i sosny. Po niebie szybują sępy, pełno ich na Kubie.
Dobrym sposobem na zwiedzenie okolicy jest wynajęcie konia od vacero (czyli miejscowego kowboja). Z rana ruszamy na dwugodzinną wyprawę konną z miejscowym kowbojem.
Kapelusz na głowie ma, ostrogi też, założone na wysokie, czarne kalosze. Codziennie przygląda się „jeźdźcom” takim jak my, czyli zielonym jak pobliskie pola juki. Ma z nami polew.  Gdy  zatrzymuje się na chwilę, konie nic sobie nie robią, że na nie cmokamy i ściskamy nogami boki. Naszego „wio” w ogóle nie rozumieją.
Stoją jak wryte i czekają na polecenie od swojego vacero. Ale i tak je polubiłam, a konna jazda jest jak marzenie. Wcześniej co prawda wyobrażałam sobie jak galopujemy przez pola z włosem rozwianym, z indiańskim okrzykiem na ustach, który wyraża tą nieograniczoną wolność, no i wiecie, takie tam. Jest jakby ciut inaczej, ale i tak CUDNIE. Na ścieżkach mijamy wielu przyjezdnych, a także osoby które wybrały się na piesze wycieczki. To nie najlepszy dzień na taki spacer, dużo błota. Wieczorem padało, więc utworzyły się małe bajorka, przez które przejeżdżamy na koniach. Kuba jedzie pierwszy, a kowboj ostatni. Podśmiechuje się, gdy nogi Kuby wraz z butami i kawałkiem spodni nikną w mętnej wodzie.  Woda głęboka, przeprawa dla takich nowicjuszy jak my jest emocjonująca. Choć konie idą stępem, trochę przyspieszają schodząc ze skalistego wzniesienia i jest jakby trochę groźnie. Mój koń nazywa się Boyka, a Kuby Chulo. Oba są niewysokie i gniade. Chulo pierdzi niemiłosiernie. Erik mówi, że ma tak od źrebaka i dlatego nazwał go Chulo. Mój hiszpański jest taki-sobie, bo nie wiem, co to znaczy, a gdy sprawdzam w słowniku pojawia się „sutener”. Więc albo sutenerzy słyną z tego, że puszczają bąki, albo (i to wydaje się bardziej prawdopodobne) „chulo” ma równie inne znaczenie. W każdym razie o ile na płaskim koń Kuby puszcza bąki co kilka-kilkanaście kroków, o tyle wchodząc pod górę robi to przy każdym kroku, jakby włączał specjalny napęd. Jest wesoło, ale jest też pięknie, zielona dolina ze „śpiącymi słoniami” (czyli skałami) zachwyca.
Gdy przejażdżka się kończy kroczymy nieco dziwnie i już na własnych, nieco jakby wykrzywionych nogach idziemy do jednej z okolicznych jaskiń: La cueva de la vaca (czyli Jaskinia krowy; dziś krowy i konie są na topie). Wspinam się powyżej po skałach, ale gdy zerkając w górę spostrzegam roje pszczół i ich gniazda, schodzę trzy razy szybciej, niż udało mi się wejść.
Później zaglądamy do chatki stojącej na straży u podnóża skały.
Jej mieszkańcy nie dostali pozwolenia od rządu na prowadzenie casa particular (dom jest zbyt ubogi, a rząd chce utrzymywać przekonanie wśród turystów, że przecież na Kubie dobrobyt). 72-letnia gospodyni kręci cygara i kopci namiętnie. Zaczęła, gdy miała 10 lat. Opowiada, że przychodziła do domu swojej babci razem z nią modlić się i palić.
W chacie stoi tradycyjna kuchenka opalana drewnem. Kawę mielą maszynką podobną do tej, jakiej używa się do mielenia mięsa. Wodę ze zmieloną kawą stawia się w metalowym garnuszku na ogniu. Gdy wrze przez kilka minut odcedza się ją na bardzo gęstym sitku-lejku i tak powstaje wywar mocny jak potrójne espresso i aromatyczny jak Poison Diora. Przyjemnie się gawędzi z rodzinką i choć oczywiście kieruje nimi nie tylko sympatia dla turystów, nie mamy nic przeciwko temu, żeby zapłacić za poczęstunek . Oprócz wyśmienitej kawy znów mogliśmy skosztować spokoju, który mieszka z Kubańczykami, również w ich ubogich chatach.

***

Jeśli tekst wydaje Ci się interesujący, daj mi o tym znać.

Możesz to zrobić:

dzieląc się swoimi przemyśleniami w komentarzu

udostępniając wpis znajomym

A jeśli lubisz czytać naszego bloga, polub nasz fanpage tutaj

***

Udanego dnia!