Norweskie wychowanie. Co mnie niepokoi

Katarzyna Emigracja, Wychowanie 33 Comments

Cokolwiek chcę tu napisać, trzykrotnie przechodzi przez mojego wewnętrznego cenzora. Nie do końca czuję się wolna w wypowiadaniu własnej opinii w tej kwestii. Nie dlatego, żebym była zwolenniczką klapsa. Wiem, że to wyraz bezsilności rodziców i błędna metoda wychowawcza, której nie stosuję. Jednak istnieje spora różnica między „klapsem” a katowaniem dziecka. Nie daję klapsów. Ale jestem przekonana, że nie jest to tak okropna rzecz, za którą należałoby odebrać dziecko rodzinie. Sama, podobnie jak pewnie spora część moich rówieśników, dostawałam lanie. Zawsze zasłużenie. Niekiedy bardzo bolało. Nigdy nie miałam z tego powodu żalu do rodziców. I jestem przekonana, że nie zostawiło to w mojej psychice urazów. A gdyby w czasach gdy byłam dzieckiem zabrano mnie od moich rodziców uważając, że nie nadają się na opiekunów tylko dlatego, że dostałam w tyłek, cierpiałabym okrutnie. I jestem pewna, że byłaby to rana, która nie zagoiłaby się nigdy.

Jak powszechnie wiadomo w Norwegii istnieje urząd Barnevernet (Służba Ochrony Praw Dziecka), który stoi na straży dobra dzieci. Jest to instytucja posiadająca duże możliwości działania. Często angażuje się w słusznych sprawach, ale bywa omylna. Jednak dziś nie o tym, ten temat poruszany był często również w Polsce. Ja pisałam o Barnevernet tutaj.

Dziś chcę zająć się raczej tym, co w Norwegii wolno, a co jest zabronione względem dzieci. O tym, że dziecka nie wolno bić pod groźbą jego utraty, wiadomo powszechnie. Ale to nie wszystko. W Norwegii obowiązuje szereg ustaw przyznających dzieciom różnorakie prawa. Przestrzega się również Konwencji o prawach dziecka ONZ.

Oto niektóre prawa

Dzieci w Norwegii wcześnie nabierają praw do samostanowienia. Od małego mają prawo, by decydować w sprawach codziennych, takich jak wybór odzieży, fryzury, czy rodzaju kanapki. Na szczęście rodzice mają możliwość zdecydowania, by dziecko np. założyło kalosze, gdy pada, albo, by jadło posiłki dostarczające odpowiednią ilość substancji odżywczych.

Dziecko w Norwegii ma prawo do wypowiadania się w sprawach dotyczących jego spraw osobistych, zanim rodzice podejmą w tych kwestiach decyzję. Dotyczy to dzieci, które ukończyły 7 lat, a także młodszych, które mają własne poglądy. Gdy opiekunowie podejmują decyzje dotyczące dziecka w wieku 12 lat i więcej, jego zdanie ma być brane pod uwagę z uwzględnieniem, że ma dużą wagę. Osoby, które ukończyły 15 lat same decydują o wyborze szkoły, rejestracji lub wyrejestrowaniu ze związków wyznaniowych i różnych stowarzyszeń, a także same decydują na co przeznaczyć samodzielnie zarobione pieniądze. Gdy dziecko kończy 16 lat wymagana jest jego zgoda na podjęcie leczenia.

Dzieciom przysługuje również prawo do ochrony przed przemocą rozumianą jako:

Przemoc fizyczna. Nie chodzi tylko o regularne stosowanie kar cielesnych, ale również jednorazowe uderzenie dziecka, zabronione jest także popchnięcie (np. w celu pospieszenia), trzepnięcie w ucho, szczypanie.

Przemoc psychiczna, do której zalicza się m.in. kontrolowanie życia dziecka bez uszanowania jego prawa do prywatności  (przeczytanie pamiętnika dziecka), czy groźby pobicia (czyli nie wolno np. powiedzieć dziecku  „bo dostaniesz klapsa”).

Nadużycia seksualne

Uprowadzenie

Przemoc ekonomiczna, na przykład zatrzymywanie pieniędzy dziecka. Dzieci mogą rozporządzać swoimi dochodami po ukończeniu 15 roku życia.

Przemoc rzeczowa, np. tłuczenie przedmiotów, czy kopanie w drzwi, meble w celu zamanifestowania groźby, czy zastraszenia.

Bezprawne pozbawienie wolności czyli odebranie komuś swobody w opuszczeniu miejsca poprzez zamknięcie, lub groźby, że stanie się coś złego, jeśli opuści to miejsce.

Powyższe przepisy powinny być respektowane na terenie Norwegii. Ich nieprzestrzeganie może skutkować kontaktami z Barnevernet, a w niektórych wypadkach odebraniem dziecka, a także pozbawieniem wolności.

***

Dzieci w Norwegii są świadome swoich praw i umieją z nich korzystać. W wielu placówkach (np. dentysta) znajdują się plakaty z numerem, pod który dziecko może zadzwonić, gdy dzieje mu się krzywda. To wspaniale, że dziecko, które nie czuje się bezpiecznie w rodzinnym domu może w prosty sposób znaleźć pomoc. Jednak „poczucie krzywdy” może powodować wiele czynników. Na przykład fakt, że rodzice nie chcą puszczać nastolatka na imprezy. W takich sytuacjach bywa, że rodzice są przekonywani do bycia bardziej liberalnymi.

Lansowany w Norwegii styl wychowania można nazwać bezstresowym. Typowym zobrazowaniem popularnego podejścia jest zalecane przez panią psycholog postępowanie: dziecko nie chce założyć kurtki, a na zewnątrz zimno. Płacze, rzuca się. (Może jakaś część rodziców poznaje tę sytuację?). Co robić? Norweska pani psycholog zaleca, by dziecku pozwolić wyjść na 5 minut na zewnątrz bez kurtki. Dziecko idzie, marznie i po chwili wraca ze słowami „Mamo/tato, daj mi kurtkę, bo mi zimno”.

Abstrahując od przeziębienia (choć tym akurat najmniej bym się przejmowała, dzieci chowane w Norwegii raczej nie chorują od takich wycieczek) zastanawiam się, który rodzic spieszący się rano do pracy ma czas na to, by dziecko wyszło sobie na spacer, ponamyślało i wróciło (może) po 5 minutach. To z resztą też nie jest największym problemem. Rodzic może machnąć ręką na spóźnienie. Niech i tak będzie. Jednak sednem sprawy wydaje mi się to, czego takie postępowanie uczy dziecka. Granica między samostanowieniem a rozkapryszeniem wydaje się dość płynna. Być może zwolennicy metody powiedzą, że dziecko na takim empatycznym traktowaniu jedynie skorzysta. Być może odczuwa szacunek, gdy nie czuje się ponaglane. Jednak może nauczyć się również, że słuchanie rodzica jest ostatnią rzeczą, jaką należy zrobić. Mój rozsądek i intuicja podpowiadają właśnie taki rezultat, może niesłusznie. Ale nawet jeśli jestem w błędzie, nie wydaje mi się, że wychowywanie to proces, w którym dziecko ma odczuwać, że jego zdanie jest najważniejsze. Należy się z nim liczyć, owszem, ale należy też uczyć dziecko, by liczyło się ze zdaniem innych ludzi, w tym swoich rodziców. Wydaje mi się, że w tym modelu wychowawczym równowaga jest zakłócona.

W Norwegii dochodzi czasem do absurdalnych sytuacji, gdy rodzice nie chcąc, by padły na nich podejrzenia o niewłaściwe zachowania wychowawcze przytakują zachciankom dzieci. Wolą, by pociecha nie krzyczała, bo sąsiad za ścianą może myśleć, że dzieje się coś naprawdę złego. Są rodzice, którzy w obawie przed nadgorliwością obywatelską (każdy może zgłosić zaniepokojenie sytuacją dziecka do odpowiedniego urzędu) przestają być stanowczy w kwestiach, które uważają za istotne. Odnoszę wrażenie, że czasem nawet nauczyciele w szkole boją się zwrócić uczniom uwagę. Przecież oni też nie mogą ograniczać wolności dzieci. Jednym ze skutków takiego postępowania jest brak szacunku do dorosłych. A przecież tu dorośli okazują dzieciakom mnóstwo szacunku, dbając o przestrzeganie ich praw.

Sytuacja, w której państwo tak głęboko wkracza w relacje między dziećmi i rodzicami może powodować rozłam w rodzinie. Nadrzędna rola państwa w kwestii wychowania dziecka wydaje mi się co najmniej stresująca, a czasem niesprawiedliwa. Można powiedzieć, że w Norwegii dzieci są państwowe. Mają być wychowywane według jedynego słusznego modelu. „Dobro dziecka”, które jest wartością nadrzędną może być interpretowane na wiele sposobów. Dochodzi do dość dziwnej sytuacji, w której rodzice niekiedy czują się pozbawieni mocy wychowawczej przez państwo. Ich decyzje względem dzieci są podważane. W obawie, że zbuntowane dziecko poskarży się na „niedobrych rodziców” przyzwalają na zachowania, których nie akceptują. Dzieci w Norwegii mają więcej praw niż rodzice.

Jestem przekonana, że najlepsze skutki wychowawcze przynosi tłumaczenie i rozmowa w atmosferze miłości i zrozumienia. Jednak są sytuacje, w których takiej atmosfery po prostu stworzyć się nie da. Gdy spieszymy się na lotnisku do odprawy, a dziecko akurat jest w fazie „na nie”, trudno usiąść przy nim i tłumaczyć ryzykując, że nie zostaniemy wpuszczani na pokład.

Mam ogromną nadzieję, że uda mi się je wychować dzieci na dobrych i mądrych ludzi. Ale z autopsji wiem jak ciężkim czasem w życiu człowieka jest okres dorastania. I wydaje mi się, że w obliczu piętrzących się problemów związanych z wychowaniem nastolatka świadomość, że każde twoje posunięcie może być postrzegane jako wykroczenie przeciw wolności twojego dziecka sprawy nie ułatwia.

Przeczytaj też: Tam gdzie mieszają się kultury. Rzecz o wychowaniu w Norwegii

Comments 33

  1. To jest właśnie powód, dla którego postanowiliśmy nie brać kontraktów w Norwegii, czy może szerzej: w Skandynawii. Niestety.

    Zakończenie Twojego wpisu mówi wszystko: dzieci nie są rodziców, tylko państwowe. W ogóle jest taka tendencja i u nas: dzieci jest coraz mniej, powoli stają się dobrem wspólnym. To bardzo przykre.
    Mówisz, że norweski styl wychowania nie uczy szacunku do dorosłych, uczy że nie warto słuchać rodzica i skłania rodziców do ustępowania i odstępowania w wychowaniu od tego, co dla nich istotne. Nazwałabym to łamaniem kręgosłupa moralnego całemu społeczeństwu i uważam, że to jeden z najniebezpieczniejszych eksperymentów, jaki można sobie wyobrazić. Przeraża nas to, nas kajzarów przeraża oderwanie dziecka od rodziny i traktowanie rodziców, jak urzędników państwowych, którzy mają urodzić i odchować, a nie zrodzić i wychować.

    Dobrze wiedzieć, że nie tylko my się niepokoimy.

    Pozdrawiam!

  2. Hmm, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że sposób wychowania dzieci jest przez państwo określony aż tak szczegółowo. Słyszałam wiele na temat barnevernet, stosunku do przemocy, ale nie wiedziałam, że jej pojęcie jest tutaj tak inne od naszego. I faktycznie, to nieco przerażające, bo nie wyobrażam sobie pozwalać dziecku na wszystko. Owszem, jakiekolwiek karanie cielesne jest złe, ale niepuszczenie nastolatka na imprezę czy niepozwolenie na wyjście bez kurtki to wg mnie nie jest przemoc, a jak widać dla państwa norweskiego tak.
    Życzę powodzenia w łączeniu polskich tradycji do wychowywania dzieci w szacunku do starszych, z norweskim pojęciem wolności. Myślę, że miłość, ciepło i bliskość poradzą sobie z tym wyzwaniem 🙂

  3. Brak szacunku dziecka do dorosłego to dopiero początek, bo potem rośnie dorosły, który jest samolubnym egoist a, który myśli ze wszystko mu wolno i nie zastanawia się nad konsekwencjami swoich czynów.

  4. Znów wychodzę na norweską matkę. Zamiast szarpać młodą, gdy się nie chce ubierać, wystawiam na balkon w bodziaku. Z prędkością światła wraca do domu i sama przynosi kurtkę. 😉 Wiesz, może za krótko byłam w Norwegii, ale tamte dzieciaki sto razy spokojniejsze od naszych. Może dlatego, że nie są bite z byle powodu? Wiesz, wyczuwam w Tobie typową ofiarę przemocy. Nie ma czegoś takiego jak zasłużone lanie. To po prostu nie istnieje. Jeśli mówisz, że dostajesz zasłużone lanie, to znaczy że działa tu typowy mechanizm „wybielania sprawców przemocy”. Dokładnie to samo czuje zgwałcona kobieta myśląc, że pewnie miała za krótką spódniczkę i chłopaka sprowokowała. Nic nie usprawiedliwia Twoich rodziców.

    1. Post
      Author

      Lavinka, jesteś bardzo „norweską” mamą i myślę, że dobrze byś się tu odnalazła 🙂 Może dzieci tu są spokojniejsze (chyba nie maluchy, bo brykają bez umiaru np. po sklepach, tu im wolno), ale starsze rzeczywiście. Może dlatego że nie są bite, może dlatego, że żyją w o niebo lepszej atmosferze, ponieważ uogólniając rodzice 1. nie pracują tak dużo 2. nie martwią się jak spłacą kredyty 3. nie mają stresów związanych z codzienną egzystencją. Życie w trudniejszych warunkach odbija się na całym społeczeństwie, myślę, że także na najmłodszych. Niech Ci będzie, że jestem typową ofiarą przemocy. Co więcej, jestem też typową ofiarą „zasłużonych kar”, bo również uważam że dostawałam je zasłużenie (właściwie wolałam dostać „klapsa“ niż np. zakaz pójścia na koncert). Cóż, wyrosłam na szczęśliwą, asertywną i spełnioną osobę. I jeśli nasze dzieci w przyszłości będą mogły powiedzieć tak o sobie, uznam to po części za nasz sukces wychowawczy.

    2. Po przeczytaniu tekstu, muszę powiedzieć, że w ogóle nie odebrałam autorki jako typowej ofiary. W mojej opinii to stwierdzenie jest na wyrost.

  5. Zgadzam się z lavinką. Dodatkowo przywołuję w pamięci, czytając twój wpis, wszystkie sytuacje i komentarze typowe dla wychowania dzieci w Polsce. Dzieci mają „słuchać się” rodziców – a za chwilę piszesz o dialogu w miłości.. te dwie sprawy się wykluczają. NIE MA ZASŁUŻONEGO LANIA. Są naturalne konsekwencje. Dodatkowo, jeśli dziecko nie chce założyć kurtki albo spieszycie się na przykład na lotnisko, to są też inne rozwiązania, na przykład wcześniejsze szykowanie się do wyjścia itp., i o to chodzi żeby szukać alternatyw do zmuszania lub nerwowego poganiania. Bezstresowe wychowanie to też pojęcie, które ma niewiele wspólnego z systemem wychowania w Skandynawii, nie mylmy tych dwóch pojęć. A ocenę wychowania można wystawić patrząc na dorosłego, który wyrósł w tym systemie. Twój wpis jest bardzo osobisty, ale jednostronny i nacechowany twoimi przeżyciami. Nie jest to zarzut a jedynie stwierdzenie, że brak tu drugiej strony medalu.

    1. Post
      Author

      „Zasłużone lanie” traktowałam jako „zasłużoną karę” (taką jak szlaban na wyjście, albo ciut lepszą, bo krótkotrwałą) i choć teraz tak popularne jest podejście z naturalnymi konsekwencjami zamiast kar, uważam, że nie zawsze to jest wystarczające. Podkreślę raz jeszcze (jeśli jest to mało czytelne w tekście), że nie jestem zwolenniczką „klapsów”. Ale nie demonizuję kar jako takich, choć wiem ,że są obiektem krytyki we współczesnych trendach wychowawczych. W moim świecie występują takie zjawiska, jak np. korki; nerwowe sytuacje zdarzają się w życiu i nie będę z tym walczyć, bo będą się również zdarzać w życiu moich dzieci, gdy dorosną. Czasem trzeba się pospieszyć, czy jest się dużym, czy małym, nie wszystko da się przewidzieć. Wydaje mi się, że obecnie następuje przegięcie w drugą stronę i wymagania względem dzieci są minimalizowane również po to, by oszczędzić im stresu. Ale stres jednak jest elementem życia, chyba ważniejsze, by wiedzieć jak sobie z nim poradzić, niż udawać, że nie istnieje.
      W pierwszej części wpisu chciałam przybliżyć przepisy, druga to rzeczywiście subiektywne rozważania. Dziękuję za końcową uwagę, konstruktywna krytyka zawsze w cenie 🙂 Co więcej, inspiruje. Pozdrawiam serdecznie

  6. Mieszkam w Norwegii juz prawie 5 lat,mam dwojke dzieci oraz polskich i norweskich xnajomych,ktorzy maja dzieci. Wiekszosc zyje tu normalnie i wychowuje dzieci bez problemu.Tylko niektorzy wpadaja w paranoje i pozwalaja dzieciom na wszystko.Norwegowie tego nie robia.Nikt dzieci nie zabiera za stawianie granic tylko za przemoc,moze powoedzmy to otwarcie zamiast siac panike.

    1. Post
      Author
  7. Autorko, widać u Ciebie brak zrozumienia norweskiego modelu wychowania. Tak jak powiedziała lavinka – nie ma zasłużonego klapsa. Czy chcesz dostawać klapsy od silniejszych od siebie? Uważasz, że to w porządku? Oprócz tego, że świadczy on o bezsilności rodzica, to jeszcze powoduje upokorzenie dziecka. Pokazuje dziecku w jaki sposób może się komunikować – po co używać słów, jak można uderzyć słabszego. Sam zwracam na to uwagę na placach zabaw i zawsze spotykam się z agresywną odpowiedzią bijącego rodzica (czy np. babci). Wydaje się, że bez porządnej medialnej akcji, bicie (tak, klaps to bicie) dzieci, a następnie żon się nigdy nie skończy.
    Do autorki – zapoznaj się z pojęciami takimi jak: bezstresowe wychowanie (czyli bez generowania dziecku dodatkowych stresów w imię bezsensownych zasad), stawianie granic, rodzicielstwo bliskości. Może Ci to pomóc zrozumieć to, co się dzieje w Norwegii. Pamiętaj też, że dziecko jest człowiekiem i to pełnoprawnym. To nie jest upośledzony byt, który się różni od dorosłego człowieka.

    1. Post
      Author

      Nie, nie chcę dostawać klapsów od silniejszego. Również sama nie daję klapsów, ani silniejszym, ani slabszym. I bynajmniej nie jestem piewcą takiego postępowania! „Zasłużony klaps” który dostawałam w dzieciństwie, traktowałam jako „zasłużoną karę” i nadal nie czuję się skrzywdzona, choć część Czytelników twierdzi, że jednak odniosłam głębokie rany. Nie uważam, że zasady (właśnie, kto ustala, ktore zasady są sensowne, a ktore bezsensowne? Norwegowie uznali najwyraźniej, że zasada witania starszych słowem „dzień dobry” jest chyba właśnie bezsensowna, większość z nich tego nie robi) i uczenie ich dzieci jest czymś błędnym. Znam pojęcie „bezstresowe wychowanie”, które właściwie jest splotem różnych teorii, a w Polsce rozumiane jest jako brak kar, brak oczekiwań rodziców i znaczna swoboda zachowań dziecka. Zdaje się, że Benjamin Spock, uważany za propagatora tego nurtu w wychowaniu, sam odwrócił się od propagowanych wcześniej przez siebie idei związanych z bezstresowym wychowaniem. Popularne obecnie rodzicielstwo bliskości ma w sobie dużo intuicyjnych rozwiązań. RB znam pobieżnie, bo ta swoista „moda” na rodzicielstwo bliskości trochę mnie zniechęciła do zagłębienia się w temat. Może niesłusznie. I tak, jak najbardziej zgadzam się z tym, że mały człowiek , stary człowiek, każdy człowiek to człowiek, godny szacunku. Jednak model wychowania, obwarowany w Norwegii przepisami, z których może wynikać również to, że nie wolno nastolatka odesłać do pokoju, bo to ograniczenie jego wolności może być niezrozumniały. Nie jestem zdania, że naturalne konsekwencje są w każdej sytuacji wystarczającą „karą” dla dziecka. Jeśli nastolatek przychodzi pijany do domu, naturalna konsekwencja w postaci kaca niewiele go nauczy. Rozmowa, owszem, ale też może nie być wystarczająca.

      1. Nie lubię szufladkować i mówić co gdzie jest i jak należy to nazywać, ale ja to tak rozumiem, że naturalną konsekwencją tego, że wróciłeś/aś pijany/a, jest to, że nie pozwalam Ci teraz wyjść , bo się o Ciebie BOJĘ, bo jestem ODPOWIEDZIALNA za Ciebie, bo jesteś ode mnie tak ZALEŻNY/A, że inaczej nie mogę. To jest naturalna konsekwencja właśnie tej zależności. Co innego, gdyby za wrócenie pijanym do domu dawać szlaban na telewizor, bo to dla mnie konsekwencją tego działania już nie jest. Coś w stylu Gordona i NVC, jeśli wiecie o czym mówię.

    2. Hmm…metody niby dobre i nowoczesne, a jednak liczba samobójstw rośnie. W innym wpisie, dziewczyna opisywała wzrost poczucia braku sensu życia u norweskiej młodzieży, narkotyki, pornografia, swoiste życie na planecie JA…chyba nie ma co na siłę bronić bezstresowego wychowania.

      Pytanie do autorki o to czy chce dostawać klapsy, jest nie na miejscu, bo napisała przecież, że jest przeciwna i sama nie stosuje.

  8. Z tym wychodzeniem na pole bez kurtki to niezła metoda – czasem szybsza niż kłótnia o jej ubranie. To jednak z czym się zgadzam w Twoim tekście to fakt że takie stawianie sprawy może paraliżować niektórych rodziców i nie stawiają oni dzieciom żadnych granic (znane mi są takie przypadki), w wielu jednak sytuacjach wychowywanie dziecka od małego w dialogu a nie nakazie, prowadzi właśnie do szacunku dla drugiej osoby. Te negatywne skutki o których piszesz są raczej efektem błędnego stosowania owych zasad wychowania.

    1. Post
      Author
  9. Jestem typowym dzieckiem wychowywanym w polskim duchu, czyli: „dzieci i ryby głosu nie maja” i dzieci są własnością rodzica, oraz wychowywanym za pomocą bicia. Nie ma co tu dywagować, klaps czy lanie pasem – to bicie. Piszesz, że dostawałaś lanie zasłużenie. Nie ma czegoś takiego jak zasłużone lanie, inaczej byśmy jak w średniowieczu karali laniem/ chłostą dorosłych za ich przewinienia, dlaczego tego nie robimy … bo nazywamy to znęcaniem się i torturami. Piszesz, że zasłużone lanie nie zostawiło to w Tobie ran, ależ zostawiło co widać po tym wpisie. We mnie bicie zrobiło ogromny krater, wyżłobiło wielką ranę, która przez kilka lat leczyłam na terapii. Bicie jest nie tylko oznaką bezradności rodzica, świadczy także o jego niedojrzałości emocjonalnej, braku poczucia własnej wartości, braku stabilności. Zostawiłabyś dziecko pod opieką tak scharakteryzowanej niani? Bicie niszczy dziecko, łamie je kawałek po kawałku. Norweski model wychowania w przepisy ubrał to co powinno być normą i nie chodzi tu o bezstresowe wychowanie a o szacunek dla drugiego człowieka, drugiego małego człowieka jakim jest dziecko. Zasady o których napisałaś, stosuję u siebie w domu nigdy nie czytałam o RB, o norweskim stylu wychowawczym, po prostu traktuję moje dzieci z szacunkiem, tak jakbym chciała aby one traktowały mnie i inne osoby. Owszem wymaga to od nas rodziców więcej wysiłku pracy, także nad sobą. Musimy umieć znaleźć czas na rozmowę, wytłumaczenie, czasami pogodzić się z błędną decyzją naszego nastolatka i z tym, że poniesie on konsekwencje – niemiłe, tej czy innej decyzji, czasami okazuje się, że myliliśmy się i musimy umieć się do tego przyznać i mu o tym powiedzieć. To nie jest proste, kiedy wychowywany byłeś w modelu rodziny, w którym rodzic niczym bóg stał na piedestale a dziecko nawet 60 letnie zawsze będzie w oczach takiego rodzica dzieckiem, małym i niedojrzałym, mniejszym od jego rodzicielskiej boskości. Bo taki model wciąż niestety panuje w większości polskich rodzin. Moje dzieci nie są rozwydrzone, rozpieszczone, są spokojniejsze większość rówieśników, świetnie się rozwijają, uczą (choć nie kładziemy na to presji), są bardzo empatyczne, autorefleksyjne, potrafią rozmawiać i komunikować o swoich uczuciach, potrzebach, lękach. Popełniają błędy tak jak i my popełniamy błędy, ale w końcu i my – rodzice i nasze dzieci jesteśmy tylko i aż ludźmi. I warto o tym pamiętać każdego dnia, że dziecko to człowiek, którego należy szanować nie za to jaki jest ale dlatego że jest … człowiekiem.

    1. Post
      Author

      Bardzo mi się podoba, to jak opisujesz Twój sposób wychowywania, bo nie jest to teoretyzowanie, czy trzymanie się jakiś przepisów z książki, tylko rzecz autentyczna, przemyślana, choć okupiona Twoimi przeżyciami.
      Owszem, sama zostawiłabym dziecko pod opieką mojej mamy jako niani, mimo że kilka razy dostałam od niej w tyłek. Ja dostrzegam różnicę między wychowaniem, które opisujesz ze swojego domu i które musiałaś przepracować z psychologiem, a tym co dotyczy moich doświadczeń (Ty, jeśli chcesz, możesz stawiać między tym znak równości). U nas było dużo dyskusji i rozmów i nie czułam się pozbawiona własnego zdania. Nadal się nie czuję. Ale jak przeginałam (a byłam dość zbuntowaną nastolatką), to dostawałam karę. I akurat „klaps” był karą mniej dotkliwą z mojego punktu widzenia, niż np. zakaz wyjścia, lub szlaban na przyjemności. A to, że rodzice mi tłumaczyli i ze mną rozmawiali, w pewnym okresie życia (naście lat) do mnie nie trafiało. U nas nie było „rodzicielskiej boskości”, czasem ktoś dał się ponieść nerwom i nakrzyczał. A potem przeprosił. Zgadzam się, że norweski model wychowania w przepisy ubrał to, co powinno być normą. Ale myślę, że idzie o krok za daleko. To nie państwo powinno decydować, czy rodzice dają dzieciakowi szlaban na wyjście, czy nie. A tymczasem młodzian pokazuje rodzicom środkowy palec i mówi „Nie ty decydujesz” (mówię o historiach z Norwegii). Owoc wychowania, owszem. Ale bunt nastolatków dotyka większości dorastających dzieci. I w tym okresie to, co Norwegowie ubrali w prawa staje się czasem metodą na sięganie po dość opatrznie rozumianą wolność: imprezy, wyprowadzka do chłopaka itp. I w takich sytuacjach pojawia się „ten trzeci“ (państwo), który wchodzi w relację dwóch stron, jednoznacznie dając wsparcie jednej z nich. To jest moja główna obawa związana z tutejszym systemem. Może postępując zgodnie z tym, co piszesz i z czym się zgadzam w pełni: „że dziecko to człowiek, którego należy szanować nie za to jaki jest ale dlatego że jest … człowiekiem“ takie sytuacje się nie zdarzą. Czas pokaże. Choć wg mnie szacunek nie wyklucza zakazu tego, co jest dla dziecka naprawdę szkodliwe. Pozdrawiam

  10. Ja również zgadzam się z lavinką i Sylą. Mieszkamy z małymi dziećmi już blisko 2 lata w Norwegii i zdążyliśmy zauważyć, że tutejszy model jest jednak różny od „bezstresowego wychowania”. Rozmawiamy z norweskimi rodzicami na ten temat i większość z nich stosuje i egzekwuje zasady (naturalnie z różną skutecznością :)).

    Zauważamy jeszcze jedną rzecz: o ile małe dzieci w wieku przedszkolnym mają, przepraszam za wyrażenie, „pierdolca”, biegają, krzyczą, włażą gdziekolwiek i na cokolwiek, o tyle starsze mocno się „uspokajają”. Nie spotkaliśmy się z bandami rozwydrzonych, niszczących wszystko dookoła gnojków jakich całe mnóstwo udawało się nam zobaczyć w Polsce.
    I tak, zgadzam się. BARDZO ciężko spokojnie reagować na dziecko „pokazujce fochy” (tego nadal zazdrościmy norweskim rodzicom ;). Ale to my jesteśmy dorośli i to od nas oczekuje się opanowania w trudnych sytuacjach (co nie znaczy wcale, że nie mamy prawa do posiadania uczuć, nawet tych negatywnych).

    Jest jeszcze jedna rzecz. Uważam, że dzieci w Polsce nadal wychowywane są na wzór „pruskiej armii”. Rodzice wiedzą lepiej: „dzieci (i ryby) głosu nie mają”. Nauczyciele wiedzą lepiej: „cisza ma być!”. Szef wie lepiej: „bo jest szefem”, itp. itd. Wychowujemy posłuszne dzieciaki, uczniów, którzy potem stają się posłusznymi pracownikami. „Łamiemy im kręgosłupy” własnej autonomii, bo tak jest dla nas łatwiej. A potem dziwimy się, że brak u nich kreatywności, samodzielności, pewności siebie i umiejętności radzenia sobie z problemami. Dla swoich dzieciaków wybieram podejście norweskie, mimo, że droga jakby trudniejsza…

    1. Post
      Author

      Mądre słowa. Tak, też jestem za dialogiem, zgadzam się, że to najlepsza metoda. Nie jestem propagatorką wychowania, w którym zdanie dziecka się nie liczy (jak również tego, że dziecko o wszystkim decyduje) . Dobrze ująłeś, o co chodzi w norweskim wychowaniu. Lepiej niż ja. Pozdrawiam 🙂

  11. O tym chyba jest film Pod obcym niebem, widzialam tylko zwiastun i recenzje. Balabym sie mieszkać w Skandynawii… Nie bijemy, ale zdarza sie podniesc głos, dzieci placza a nawet wyja…przemoca musze odciagnac katar noca, norweski sasiad pewnie by naslal urzad… Albo slowa mojej corki-chce klapsa! A co jest? Pytam. Takie egzotyczne zwierze;)

  12. Ech, ciężki temat. W wielu względach zgadzam się z Autorką. Uważam że tzw. „bezstresowe wychowanie” to droga do nikąd, prowadzi do braku szacunku (tak naprawdę obu stron do siebie). Dla mnie bezstresowe wychowanie to nie robienie problemu tam, gdzie nie ma. Wychowywanie dzieci w spokoju, słuchanie ich potrzeb, akceptowanie słabości i pozwalanie im uczenia się na własnych błędach. To również wychowywanie do bycia dobrym, uczciwym członkiem społeczności, szanowanie innych, kochanie bliźniego. Moja Mama tak wychowywała mnie i mojego brata. Mój Tato był cholerykiem, wychowywanym w starym duchu, sam powtarzał, co mnie jako dziecko bardzo bolało, że „za jego czasów dzieci się nie wychowywało, a tresowało”. Nie raz nas popchnął, czy uderzył i bardzo się tego bałam. Mimo że wiedziałam, że bardzo nas kocha. Zawsze sobie wtedy powtarzałam, że ja moje dzieci będę traktować, tak jak moja Mama nas. I na szczęście się to udaje, choć kiedy jeszcze byłam młodą niedoświadczoną mamą, dałam kilka razy klapsa dzieciom, ale zawsze potem miałam poczucie porażki i bezradności i zadawałam sobie pytanie: dlaczego muszę się uciekać do klapsów, czy nie umiem tego rozwiązać pokojowo? Moja Mama mnie nigdy nie uderzyła i jestem jej za to wdzięczna. Najmłodszej córki nie uderzyłam nigdy i wiem, że to przynosi owoce. Zdarza mi się krzyknąć na dizeci, ale zawsze je później przepraszam. Zazwyczaj dzieje się to, jak jestem zmęczona. I uważam, że to moja słabośc jest, a one na to nie zasługują, że to ja dałam się wyprowadzić z równowagi. Wiem z doświadczenia, że rozmowa czy konsekwencje, czy „kara” w postaci np. zakazu korzystania z komputera przynosi większe efekty. Mój mąż jest ( a raczej był) zwolennikiem innych metod, nieraz dał klapsa dzieciom i wiem, że bardzo się wtedy bały. Na szczęście dużo moich z nim rozmów i przykładów przyniosło efekty i stara się teraz używać innych metod. Mieszkam w Holandii, gdzie bicie dzieci jest zakazane. Ale to nie znaczy, że dzieciom pozwala się robić wszystko, co tylko sobie zażyczą. Wbrew pozorom dizeci są tu spokojniejsze niż znane mi w Polsce. Z dziecmi od poczatku bardzo duzo sie rozmawia, pokazuje sie im rozne rozwiazania i zazwcyzaj same dochodza do wniosków, co jest dobre. A jako nastolatki o wiele lepiej sie zachowują niż polskie nastolatki, które uważam za rozwydrzone i niegrzeczne. Mysle ze to jest konsekwencja wychowywania krzykiem i nie pokazywania innych rozwiazan. To jest oczywiscie bardzo dlugi temat i mozna by godzinami pisac czy rozmawiac, ale takie mam refleksje.

  13. Wszyscy uczepili sie przyslowiowego ,, klapsa”. A co z reszta posta, co z reszta tego ,, dobra ” ktore gwarantuje norweskie prawo ? Nie bede komentowac bo dostane ruzgi na grzbiet , anwet od tych co nie dali klapsa swoim dzieciom. Mieszkam tu od lat , pracuje w Videregående Skole i powiem jedno – fi fæ….. dzieciaki nie maja za grosz respektu do nikogo. Ba nawet do rektora . My dorosli jestesmy dla nich nikim. Tak – beztresowe chowanie ale ze stawianiem pewnych granic . I mysle, ze zaden Polak, czy europejczyk nie jest w stanie skomentowac tego zagadnienia . Tego co sie uprawia w Skandynawi . Fakt – jest w tym wiele dobrego , ale i wiele zlego . Moze nie na tyle zlego , zeby byc przeciwnym w 100% , ale zlego w sensie ze cos trzeba zmienic . Gdy slucham rodzicow , ze nie daja rady sie przeciwstawic , bo boja sie wlasnego dziecka. Nie ze boja sie bo im moze stac sie krzywda, ale boja sie ze dziecko zostanie omplasserowane w rodzinie zastepczej – na wlasne zyczenie . Boja sie rozlaki . Co za wstyd w srodowisku ? Przeciez my kochamy nasze dziecko, chcemy jak najlepiej , ale ono chce wiecej i wiecej i straszy ze sie poskarzy . To autopsja, tak jest kazdego dnia. Naprawde trudno jest nam – Polakom oceniac system wychowania dzieci w Norwegi . Klaps – kategorycznie NIE , ale reszta jest gleboko do dyskusji. I nie dziwie Ci sie Kasiu , ze masz obawy . Bo z systemem jest trudno wygrac . Trzymam kciuki za wszystkie Polskie rodziny tutaj w Norge . Pozdrawiam Ania

  14. Chyba tu wszyscy zapomnieli o tym, że według statystyk 1/3 dzieci w Norwegii nie wychowuje się we własnych rodzinach, bo zamiast rozwiązać problem w rodzinie, zwyczajnie się dzieci zabiera, a w przypadku dzieci z zagranicy BV notorycznie łamie Międzynarodową Konwencję Praw Człowieka i Konwencję Praw Dziecka. Powody dlaczego tak się dzieje są różne, ale często nie chodzi o dobro dziecka, a pieniądze na rzecz BV i wynarodowienie. Norwegia – mimo swojej multikulturowowści – nie respektuje różnic kulturowych. Na radar BV można znaleźć chociażby za zaproponowanie przez dziecko w szkole zaśpiewanie piosenki religijnej (było o tym w prasie jakiś czas temu).

    Tak jak zostało napisane w artykule – rozdzielenie rodziny sieje spustoszenie w psychice dziecka, a mimo to w Norwegii wychowanie w rodzinie nie opiera się na zasadzie pracy nad polepszeniem jej działania, np. poprzez edukację rodziców czy spotkania z psychologiem, ale na łatwiejszym do zrealizowania dla urzędników oddaniu dzieci do rodziny zastępczej. I mówię tu cały czas nie o patologiach z prawdziwego zdarzenia, ale o sytuacjach, które mogą przydarzyć się każdemu rodzicowi jak właśnie ten nieszczęsny klaps. Tyle że w Norwegii pojęcie rodziny nie istnieje. Dzieci są państwowe, a rodzic biologiczny to nie rodzic a opiekun.

    Co do bezstresowego wychowania… To oksymoron. Stres jest nieodłącznym elementem życia. Każda samodzielna decyzja czy zmiana w życiu może spowodować stres (im większe zmiany, tym większy stres). Jest multum czynników zewnętrznych, które mogą sprawić, że zestresowany rodzic na fochy dziecka nie wytrzyma i wybuchnie: „marsz do swojego pokoju!”, co jest przecież w Norwegii zabronione. Rodzina nie powinna być bezstresowa, bo to mżonka, ale szczęśliwa. Jeśli respektujemy tą drugą istotę, dajemy jej miłość i opiekę, to możemy stworzyć dziecku szczęśliwe dzieciństwo. Jednak bardzo ważnym zadaniem dorosłego jest też stawianie granic i egzekwowanie zasad panujących w domu. To jest podstawa każdej komórki społecznej. Dla przykładu: wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby zniesiono w danym państwie prawo? Albo co by się stało, gdyby w pracy nie obowiązywały żadne zasady? W komórce rodzinnej w Norwegii państwo wyręcza rodzica, sprawiając, że staje się bezsilny wobec własnego dziecka. Dlatego nie wyobrażam sobie wychowywania dziecka w Norwegii, bo to byłoby zbyt stresujące.

    1. Post
      Author

      Wiele zostało już powiedziane o BV, również tu na blogu. Przekonuję się coraz bardziej, że ofiarami BV są często osoby/rodziny, które z jakichś względów mają mniejsze możliwości uzyskania pomocy i tak często dotyczy to przyjezdnych, którzy nie znają do końca przestrzeni społecznej, a co gorsza języka – im bardzo trudno się bronić. Im więcej myślę o Bv tym bardziej pprzekonuję się, że pobudki dodziałani abrdzo często nie mają nic wspólnego z dobrem dziecka. O rodzinie nie wspominając.
      Rzeczywiście „bezstresowe wychowanie” nie istnieje patrząc na to w opisany przez Ciebie sposób. To w rzeczy samej epitet sprzeczny. Nazwę to inaczej – styl, w którym dzieci rosną samopas, a rodzice w żaden sposób nie starają się ich „kształtować”. Może słowo niezręczne, ale uważam, że rodzice powinni wychowywać, a nie biernie się przyglądać.
      Zgadzam się z tym, co napisałaś, wychowuję tu dzieci i gdy zaczynam rozważać różne, na razie głównie hipotetyczne, sytuację, odczuwam duży stres.
      Pozdrawiam

      1. BV jest de facto instytucją kontroli społecznej i „barnas beste” jest tylko pretekstem do tego. Mogą Norwedzy się cieszyć, że być może dlatego nie mają takich problemów jak ich wschodni sąsiedzi w dzielnicach Sztokholmu czy Malmo, które wymknęły się całkiem spod kontroli, ale taka polityka kontroli uderza rykoszetem w całe społeczeństwo. Nina Witoszek, pracująca na norweskim uniwersytecie, pisała kiedyś w Aftenposten, że przez ostatnie jakieś 10 lat nie spotkała ani jednego swojego studenta, który by myślał w samodzielny, oryginalny sposób. Niektórzy z nich byli nawet bardzo inteligentni, ale nikt nie był wstanie wyjść w swoich opiniach poza komunały. Taki jest praktyczny skutek zbyt dużego nacisku na społeczną spójność.

        1. Post
          Author

          Też odnoszę takie wrażenie. Często wydaje mi się, że w wielu społecznie ważnych kwestiach Norwegowie nie mówią tego, co myślą, albo rzeczywiście mają przedrukowane do umysłów teksty z gazet i programów tv. Czasem spoglądam na nich z niedowierzaniem.

  15. Do Administrator, poczekam jak tobie zabiora dziecko to sie przekonamy czy tez bedziesz wtedy taka wygadana chyba ze sama sprzedajesz polskie dzieci tym popaprancom z BV.

    1. Z mojego punktu widzenia, nadawanie pod każdym względem swobód dzieciom, którzy wchodzą w dorosłość i popełnianie przez nich błędy jest złym rozwiązaniem, ponieważ to dorośli zazwyczaj regulują rachunki. Jedno jest przemoc(którą trzeba sprawdzać), a drugie przywileje. Zafascynowani Polacy siedzący tu bo na nic więcej w rodzimym kraju lub życiu ich nie stać lub perfekcyjni Norwedzy dla których wszystko jest flink śpiewali by inaczej gdyby ich budżet był o połowę mniejszy. Faktem jest, że dzieci to ważny dla każdego temat i każdy zazwyczaj z domu wynosi oraz przekazuje dalej wychowanie, które nie zawsze jest dobre i po to są uwarunkowania polityczne, no ale bez przesady ludzie. zasada jest prosta jak świat, przyjdzie czas ze odebrane dzieci same będą śpiewać, że tęsknią do swojej prawdziwej rodziny i zaczną się procesy co za tym idzie nastąpi następna zmiana przepisów. Jak by tu ktoś się bardzo spinał do mnie o moją opinie, nie ma to jak od ojca dostać za nastolatka w ryj, od razu nabiera się respektu :D, a jak stawia na nogi i rozjaśnia umysł poezja. mieszkałem w Norge, ale mało się nie zesrałem z nudów. Ludzie powiem tak, kraj piękny i wiele czynników sprzyjających ludziom, którzy boją się wszystkiego i dają się norkom w tyłki ru… . Dla chcącego na prawdę są dużo lepsze miejsca do życia niż ciągły brak witaminy D pozdro z Rio DJ. 😉 sory, ale pod koniec troszkę mi nerwy puściły, w sumie to nie w norweskim stylu 😛

      1. Post
        Author

        O, to w Rio inne trochę warunki wychowawcze i z pewnością cieplej 😉 Nie oszukujmy się, dla większości imigrantów w Norwegii czynnikiem podstawowym są pieniądze. Pewnie, że również natura, czyste powietrze itd. Ale gdyby zarabiało się licho niewielu by tu zostało. A jak się wkracza między wrony, to trzeba krakać jak one. Ot co. Pozdrawiam 🙂

  16. Wszystko zrozumiałem, tylko nie to: ” Sama, podobnie jak pewnie spora część moich rówieśników, dostawałam lanie. Zawsze zasłużenie. Niekiedy bardzo bolało. Nigdy nie miałam z tego powodu żalu do rodziców. I jestem przekonana, że nie zostawiło to w mojej psychice urazów. ”
    Naprawdę nie masz urazów? Dostałaś zasłużenie? A jeśli nawet, czy to ma być usprawiedliwieniem bicia? Mam mieszane uczucia czytając to, gdyż nie rozumiem ludzi o takich poglądach (a już takich spotkałem). Bolało czy nie bolało – chodzi tu o sam fakt upokorzenia. Polecam książkę Wojciecha Kuczoka „Gnój”. Tytuł może nieciekawy, ale zawartość już tak.

    1. Post
      Author

      Mocno się nad tym zastanawiałam, czytałam też ostatnio więcej w tym temacie (zwłaszcza „Wychowanie bez nagród i kar” Alfie Kohna zrobiło na mnie wrażenie). Moje stwierdzenie nie jest usprawiedliwieniem bicia, sama nigdy nie stosowałam w stosunku do moich dzieci kar cielesnych. I też w innych komentarzach pod tym wpisem ktoś wskazywał mnie jako typowy przykład ofiary przemocy domowej ,czy coś w ten deseń. Zupełnie tego nie czuję, choć znów pewnie że zaprzeczenie, że wyparcie, ale serio nie zrobiło to na mnie wrażenia i nie chce mi się z tego nawet tłumaczyć, bo ani nie czuję się winna, ani że Rodzice zawinili, sorry, no nie czuję. I zgadzam się w pełni z tym, że szacunek należy się każdemu człowiekowi, małemu, dużemu, średniemu oraz z tym, że klaps, czy wszelkie okazywanie przemocy to nie jest dobra droga. Ale też we współczesnym świecie w nurcie hiperpoprawności politycznej i wszelakiej innej nazywa się zwyrodnialcem kogoś kto raz trzepnął dziecko w tyłek. Też mi to nie gra, choć jak wspomniałam sama mówię „klapsom” nie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *