Norweska szkoła: plusy i minusy

Katarzyna Emigracja, Wychowanie 31 Comments

Życie w Norwegii ma wiele zalet. Mniej stresu, więcej pieniędzy, krótszy czas pracy, wsparcie finansowe każdego dziecka, bez względu na dochody rodziców.

Ale decydując się na pobyt w obcym kraju przyjąć musimy również to, co nam nie odpowiada. Dla mnie jedną z tych rzeczy był fakt, że moje dzieci pójdą do norweskiej szkoły.

Dlaczego?

Historia zaczyna się wcześnie. W polskim przedszkolu dzieci robią przedstawienia, nawet trzylatki recytują wierszyki, śpiewają, występują. Widać, że włożyły w przygotowania wysiłek, widać też efekty. W norweskim przedszkolu nawet pięciolatki miewają problem z tym, by równo zaśpiewać. W mojej kilkuletniej karierze mamy przedszkolaków nie zetknęłam się z przedstawieniem z prawdziwego zdarzenia. Zwykle dzieci poruszały się po scenie w świetnych kostiumach, a narratorem była nauczycielka, ich aktywność ograniczała się do wykonywania określonych gestów. Gromkie brawa, uśmiechy zadowolenia rodziców wprawiają mnie w zakłopotanie. Tym większe, im głośniej krzyczą „byliście wspaniali”. Bo dzieci niewiele ćwiczyły  i właściwie z przedstawienia wynika tyle, że były na scenie.

W atmosferze ogólnego zachwytu łatwo dojść do wniosku, że wysiłek jest zbędny. Bo po co się wysilać, skoro już teraz jestem świetny?

A mnie krew zalewa, gdy technik farmacji nie umie policzyć, ile to jest 50% ze 100 i idzie po kalkulator. Wątroba mi się wywraca, gdy zdezorientowana pani z urzędu pyta mnie – „To co ja mam teraz zrobić?”. Nie wiem, czy muszę wspominać o tych, którzy zakończyli już swoją edukację i licząc ilość kanapek w pięciu pudełkach, w każdym po sześć sztuk, dodają na palcach, zamiast pomnożyć? Lub o lekarzach w Norwegii, o których powiedziano już dużo.

Moje zdziwienie wcale nie malało, gdy byłam w szkole norweskiego. Nauczycielka proszona o wyjaśnienie zasad językowych dość często mówiła z rozbrajającą szczerością „nie wiem”.

Od dzieci zwykle nie wymaga się wiele, przynajmniej w porównaniu z polskim systemem. (Choć to czego i jak uczy się obecnie dzieci w Polsce to inna sprawa. Poziom spada nieubłaganie i gdyby porównać wiedzę przedwojennego i dzisiejszego maturzysty, to pojawi się przepaść, która nas, współczesnych powinna przerazić. Lub przynajmniej zastanowić).

Obserwuję moją pierwszoklasistkę i zauważam, że priorytetem jest to, by nauka sprawiała radość. I rzeczywiście, każdego dnia przychodzi ze szkoły uśmiechnięta. Ile dziecko się nauczy wydaje się rzeczą drugorzędną. Choć jeśli chodzi o efekty nauczania języka angielskiego to są  widoczne, dzieciaki dość szybko potrafią mówić w obcym języku. Poziom nauczania matematyki jest niski. Mam wrażenie, że w norweskiej edukacji kładzie się nacisk na współdziałanie i relacje społeczne. Raczej nie na edukowanie przyszłych wybitnych naukowców.

Bardzo mi się podoba, że w norweskiej szkole poważnie podchodzi się do wychowania fizycznego. Każdego dnia dzieci mają czas wolny na świeżym powietrzu. Dzieci w szkole się nie porównuje. Rosną w przekonaniu, że są wartościowe takie jakie są, nie ma „gorszych” i „lepszych”. Przez pierwsze lata nauki nie dostają ocen i choć może obiektywnie niektóre nie potrafią tyle, co inne, każde ma szanse na to, by czuć się dobrze we własnej skórze. Gdy słyszę opowieści znajomych z Polski, że ich sześciolatki siedzą codziennie 2 godziny odrabiając lekcje, lub że dziecko usłyszało w szkole od nauczycielki, że jest najgorsze w klasie, zastanawiam się, co jest lepsze: mieć jako taką wiedzę (choć to też podlega dyskusji) i rosnąć już od najmłodszych lat w stresie, uczestnicząc w wyścigu szczurów; ewentualnie żyć w poczuciu bycia „tym słabym uczniem”. Czy umieć mniej, ale być przy tym przekonanym, że jest się pełnowartościowym człowiekiem? W zasadzie żadne z rozwiązań nie wydaje mi się w pełni satysfakcjonujące.

Korzystając z plusów norweskiej edukacji pocieszam się faktem, że w zdobywaniu wiedzy można dzieciom pomóc samodzielnie. Są też polskie szkoły, internetowe i stacjonarne.

p.s. Właśnie niebawem rusza polska szkoła w Kristiansand 

***

O odmienności norweskiego podejścia do szkolnictwa pisałam też tu: Wrażenie pierwsza klasa.

***

Jeśli tekst wydaje Ci się interesujący, daj mi o tym znać. Twoja opinia jest dla mnie bardzo cenna.

Możesz to zrobić:

dzieląc się swoimi przemyśleniami w komentarzu

udostępniając wpis znajomym

A jeśli lubisz czytać naszego bloga, polub nasz fanpage tutaj

Dobrego dnia!

***

Comments 31

  1. Odnoszę wrażenie, że norweska szkoła jest świetna dla dzieci mające uzdolnienia przeciętne, lub niższe. One tu nigdy nie usłyszą, że są „najgorsze w klasie”. Natomiast jeśli chodzi o dzieci nieprzeciętnie uzdolnione, ambitne – myślę, że tu polska szkoła byłaby lepszą alternatywą. W Polsce takie dzieci są zazwyczaj szybko dostrzegane, a ich umiejętności doceniane i wspierane. W Norwegii bardziej wartościowe wydaje się wychowywanie dzieci jako członków społeczeństwa, kolektyw. Zgodzę się z Tobą, że szkoła i polska i norweska mają swoje plusy i minusy, a to która okaże się lepsza zależy od tego jakie dziecko jest.

    1. Post
      Author

      Słuszne spostrzeżenie. Czytałam kiedyś komentarz bodaj 16-latki z Polski uczącej się w norweskiej szkole. Edukacje zaczynała w Polsce, startowała w olimpiadach z chemii. A tu nie dostała żadnego wsparcia i bardzo narzekała na to, co właśnie opisałaś. To skandynawska cecha, wybitność nie jest w cenie (prawo jante).

    2. To chyba jest jeszcze bardziej skomplikowane, bo istnieją też dzieci rozwijające się niezgodnie z rubryczkami (mój syn w wieku 3,75 roku miał rozwój od 3.5 w jednej dziedzinie do 8 w innej) i wtedy polska szkoła też nie daje rady zaszufladkować – bo wybitny jest czy słaby i nie ogarnia? Np. Żeromski miał ten problem, zostawał w kolejnej klasie, Edison też wyleciał ze szkoły itd. Edukacja to bardzo skomplikowany problem, myślę, że nie da się znaleźć uniwersalnej metody uczenia.

      1. Post
        Author

        Gdyby tak się dało dostosować indywidualnie do każdego ucznia, to może byłoby bliżej ideału (ale skoro cały świat jest daleki od ideału, to i poszczególne wymiary życia niestety też). I na całe szczęście, że nie tylko prymusi mogą wiele w życiu zdziałać. Każdy ma talent, tylko sztuką (w ktorej szkoła powinna pomagać) jest go odkryć, a później rozwijać. Pozdrawiam 🙂

  2. Zgadzam się z Pani wpisem. W Polsce czasami tez poziom nauki bądź wiedza dziecka wysoka nie jest ale nauczyciele na pewno dadzą to odczuć słabszym uczniom. Jest to nasz polski sposób motywowania do pracy. Oczywiście to moje zdanie. W Norwegii na szczęście mamy możliwośc dodatkowej nauki np. w polskiej szkole. Jeżeli jednak nasze dziecko nie okaże się wybitnie uzdolnione, poziom norweski i podejście, staną się dla nas poprostu odpowiednie. To już od nas, rodziców zależy jak pokierujemy edukacja naszych dzieci na etapie, na którym jeszcze możemy to zrobić Pozdrawiam

    1. Post
      Author

      Tak, polski sposób motywowania do pracy jest czasem skuteczny, jednak bardzo stresujący. I z łatwością przekreśla tych, którzy trochę odstają. Norweski system nie stresuje ani dzieci, ani ich rodziców. Motywacja do dodatkowej pracy niewielka, więc tu chyba szczególnie liczy się determinacja rodziców. Pozdrawiam

  3. Ja jestem jak najbardziej za systemem norweskiego nauczania, moze i faktycznie poziom jest nizszy, ale mam wrazenie ze w polsce osiagniecie poziomu satysfakcjunujacego nauczyciela zwiazane jest najczesciej z ogromnym stresem . Tu naklad sie kladzie na relacje socjalne, aby dziecko czulo sie dobrze i bezpiecznie, a nie na to aby rowno w rzadku stalo i pieknie recytowalo wierszyk 🙂

    1. Post
      Author
  4. W 100% się zgadzam z Twoim wpisem. Mam takie same odczucia i jeśli chodzi o brak jakichkolwiek przedstawień, a także jeśli chodzi o to, co dzieci robią w szkole, czyli niewiele. Mam wrażenie, że mój pierwszoklasista nudzi się w szkole. Największy entuzjazm wzbudza rozwiązywanie zadań na komputerze. Na szczęście my – rodzice mamy pole do popisu i możemy uczyć dzieci we własnym zakresie, jeśli są chęci, oczywiście. Dzieci maja mało pracy domowej, więc można ten czas wykorzystać.

    1. Post
      Author

      Moja córka też lubi zadania na komputerze, zwłaszcza że może tam zdecydować, które zadania z matematyki wybrać, a dla odmiany salaby;) Piszesz o tej nudzie i właśnie obawiam się, że to zabija trochę ducha ambitniejszych. Pozdrawiam

  5. Racja poziom nauczania jest niższy ale dziecko mniej zestresowane, aczkolwiek moja córka jest teraz w.1 kl i pierwszy rocznik na którym testują rosyjską matematykę i wierzcie mi ja mam czasem problem z zadaniami ale to oznacza tylko ze norwegowie chcą podnieść poziom. Osobiście uważam ze tu jest lepiej niż w polsce , sama chodziłam do szkół w pl i tak naprawdę 3/4 rzeczy których się musiałam uczyć nigdy mi się nie przydały…

    1. Post
      Author

      Ja szczerze powiedziawszy większość rzeczy ze szkoły chyba zapomniałam. Zakuć zdać zapomnieć, tak było. I pewnie nadal jest. Pozdrawiam 🙂

  6. Uczę w norweskiej tzw. Videregående i tu muszę przyznać ze jesli chodzi o matematykę to można wybrać 3 poziomy a te najwyższe wcale nie odbiegają naszym polskim. Jest wiele interesujących przedmiotów jak psychologia socjologia itp wymiany językowe które sponsoruje szkoła wiec tak negatywnie to nie jestem nastawiona

    1. Post
      Author

      Mnie bardzo podoba się sposób uczenia języka angielskiego, a raczej zauwaażalne efekty tej nauki. Natomiast słyszałam od kilku osób, które wróciły w czasie nauki dziecka do Polski z Norwegii, że między materiałem w obu krajach jest duża różnica i po powrocie wiele do nadrobienia miały dzideciaki. Może rzeczywiście tu wybierały niższe poziomy. Pozdrawiam

  7. No własnie ta norweska szkoła.
    Jeżeli porównamy wyniki uczniów z norweskich i polskich szkół,(a są takie) to niestety ta nasza Polska szkoła wcale nie jest na najwyższym poziomie. Ja podobnie jak ty miałam dzieci w norweskim przedszkolu, sama chodziłam do szkoły dla dorosłych uczyć się języka norweskiego i prawie zaczęłam uczyć w norweskim gimnazjum:) Na początku myślałam tak jak ty, że jak to można się tak mało uczyć! Jak nie można znać podstawowych wzorów no i jak do licha można zwracać się do nauczyciela na TY!! A teraz wróciłam do Polski i moje dzieci są w polskim przedszkolu. W czasie gdy twoje dzieci się świetnie bawiły na świeżym powietrzu moje siedziały w sali i uczyły się wierszyków, piosenek i robiły laurki. Roboty mnóstwo no bo „jasełka”, „dzień babci i dziadka” no i oczywiście „dzień mamy i taty” . Dla rodziców i dziadków przedstawienie bardzo atrakcyjne a czy dla dzieci??? One zamiast się świetnie bawić zwykle się strasznie stresowały, niektóre nawet płakały. ( a pomyśleć , że mogły się w tym czasie świetnie bawić jak ich rówieśnicy np w Norwegii)
    W szkole jest jeszcze gorzej!!! Zwykłe szkoły prowadzone metodą transmisyjną tak naprawdę nie uczą!!!
    Dziecko od pierwszej klasy dowiaduje się że w szkole trzeba być bardzo cicho, podnosić rękę gdy coś się chce powiedzieć a jak już można powiedzieć to musi być to co nauczyciel ma na myśli. Jeżeli chodzi o matematykę to naprawdę w Polsce uczymy się jej bardzo DUŻO ale czy ją umiemy?? Znamy dużo wzorów, definicji i terminów , a co gdy je zapomnimy?? Leżymy!!! Polska szkoła nie uczy rozwiązywania problemu. Daje godowy wzór na rozwiązanie. A Norwedzy nie uczą się tych wzorów oni rozwiązują problemy. Dzieci nawet nie zdają sobie sprawy, że się uczą. Nauka jest zabawą bo tylko wtedy daje przyjemność i rezultaty.
    Co do zadań domowych. Ja uważam, że skoro posyłam dziecko do szkoły to ono ma się tam czegoś nauczyć. Pracują tam wyszkoleni ludzie i skoro się w szkole nie nauczyły to w domu na pewno tego nie zrobią.
    Sama jestem nauczycielem i powiem, że niestety wstyd mi za polski poziom oświaty:(

    1. Post
      Author

      Czytałam kiedyś ten ranking i polskie szkolnictwozdaje się poza pierwszą połową.Mnie się włącza dość antysystemowe myślenie i utwierdzam się w przekonaniu, że szkoła nie „kształci”, tylko wciska w tryby systemu, w którym już dorosły wyedukowany ma pełnić posłusznie (czyli bez refleksji) określone zadanie. I rzeczywiście do tego modelu „obywatela” chyba pasuje nauczanie w Polsce. Temat rzeka. Pozdrawiam serdecznie

    1. Post
      Author
  8. Szanowna Autorko! Chociaż nie mam dzieci, a problemy około-szkolne na razie mnie jeszcze nie dotyczą, to z doświadczenia jakie zdobyłam, wysnułam podobne, jeśli nie identyczne wnioski. Dlatego też kliknęłam aby zgłębić Pani opinię.
    Lekko ubodło mnie natomiast wytykanie nieznajomości podstawowych zasad matematyki. Tu wychodzi z Pani „prawdziwy polak”. Jako uczennica w szkole (uważana za dobrą) miałam fatalne wyniki matematyczne. Skandaliczne wręcz. Przez całe życie byłam z tego powodu wyzywana, szykanowana i ten strach przed wyśmianiem mam do dziś. Podczas gdy ukończyłam filozofię, archiwistykę i bibliologię z genialnymi wynikami, sukcesami naukowymi i jestem docenionym pracownikiem naukowym i kulturowym, muszę najmniejsze kwoty liczyć właśnie na palcach. Nie mam pojęcia o wyciąganiu procentów, dosłownie „zawiesza mi mózg”. Czuję próżnię na samą myśl o liczeniu jakimkolwiek. Boli mnie niemożność przeskoczenia tego wstydliwego faktu. Jako dorosła osoba, na studiach, dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak dyskalkulia. Ale jest niezwykle trudna do zdiagnozowania, a jednym z głównych kryteriów jest właśnie zachwianie proporcji umiejętnościowych. Nie wiem nawet czemu to napisałam. Proszę jedynie o większą rozwagę w dyskredytowaniu osób nie tak biegłych w matematyce jak Pani. Zrobią to wolniej, można się z nich śmiać. Ze mnie się śmiano. Ale nieumiejętność liczenia nie przeszkodziła mi całe szczęście w byciu szczęśliwą osobą. Jeszcze raz gratuluję świetnego tekstu i odważnych wniosków. Pozdrawiam serdecznie.

    1. Post
      Author

      Ma Pani rację. Osoby, o których pisałam w tekście być może również cierpią na dyskalkulię. Choć oznaczałoby to, że to dość częsta przypadłość tutaj. Nie przeszła mi przez głowę taka przypadłość, w tekście chodziło mi o brak umiejętności liczenia spowodowany brakiem ćwiczeń, nie możliwości. Norweskie dzieci mówią często „po co mi tabliczka mnożenia, mam kalkulator” i minimalizują wysiłki wkładane w naukę. W Pani przypadku chodzi o rzecz zupełnie inną, ale rozumiem że mogła się Pani poczuć dotknięta. Przepraszam. Biorę sobie do serca uwagę o większej rozwadze. Pozdrawiam 🙂

  9. Wlasnie, dobrze napisala Syrena ,, radosc z uczenia ”. Tylko moim zdaniem to nie powinno konczyc sie tylko i wylacznie na szkole, i tylko i wylacznie na nauce scislej. W norweskiej szkole czy norweskim domu jest za malo nauki dobrego wychowania , poszanowania drugiego czlowieka czy tez rzeczy , madrego spojzenia na przyszlosc czy tez wspolnego planowania przyszlosci. Bo przeciez swiat jesttaki piekny wiec po co sie wysilac . A za pare dni helg . A to tez nauka. I jesli kto jak nie my rodzice powinnismy to wdrozyc w zycie, jesli chcemy miec naprawde wartosciowego czlowieka w przyszlosci. Bo na nic dyplomy i pochwaly, jesli jegomosc nie potrafi sie posluzyc nozem i widelcem, czy tez przestac dlubac w scianie , bazgrac po pulpicie stolika szkolnego podczas zajec czy tez powiedziec do nauczyciela, ze on to dzisiaj ma wszystko w dupe bo jest zmeczony po nocnych grach na kompie . Moi drodzy szkola to nie tylko szkola – nauczyciele i pedagodzy , to takze my i dajmy naszym dzieciom dobry przyklad . Pozdrawiam Ania

  10. Jedną nogą jestem już z córką w NO. Od sierpnia pójdzie do 1 klasy szkoły podstawowej. Osobiście jestem przerażona, ale pocieszam się tym, że w Polsce też poszłaby do szkoły i też wiązałoby się to z niemałym stresem. Decyzję o wyjeździe zaplanowaliśmy skrupulatnie. Nawet mieszkania szukamy w pobliżu polskiej szkoły sobotniej w Oslo, żeby dziecko miało kontakt z polskimi rówieśnikami i nauką języka. Drżę na myśl o barierze językowej, która ją czeka. Jest dzieckiem wrażliwym, ale pociesza mnie fakt, że szkoła dużo od dziecka nie wymaga. Myślę, że w tej sytuacji w Polskiej szkole miałaby ogromne zaległości, ale córka jest bystra i jak podgoni język to powinna dać sobie radę w nauce. Ehh… trudne to nasze emigranckie życie 🙁

    1. Post
      Author

      Dzieci zwykle błyskawicznie uczą się języka, na pewno Pani to wie w teorii i pewnie niebawem okaże się to również w praktyce. O córkę jestem spokojna, ale mam nadzieję, że Pani po przyjeździe też się zaprzyjaźni z norweskim, bo to bardzo ułatwia życie. Wszystkiego dobrego 🙂

  11. Od kilku lat w Norwegii. Wiele miejsc za nami, w ktorych mieszkalismy – wiele roznych podejsc do szkolnictwa.

    Teoretycznie w NO wszedzie jest tak samo, TEORETYCZNIE. W praktyce szkoly w malych gminach i daleko od miast maja bardzo niski poziom i nikomu tam nie zalezy. Nauczyciele w takich szkolach sa naprawde niedouczeni. Zdarzalo sie nam ze dyrektorem szkoly podstawowej na malej wyspie byl chlopak majacy 20 lat i skonczyl tylko liceum.

    Oczywiscie zdazaja sie wyjatki. Ale to sa takie wyjatki ze jest 1 nauczyciel np. w gimnazjum ktory wie co robi.
    Jezeli trafi twoje dziecko do niego to on zadba o dziecko. Wtedy taki nauczyciel widzi roznice miedzy zdolnymi a sredniakami, dziecko dostanie wtedy lepsze podreczniki, bedzie mialo dostosowany program i wiecej dodatkowej pracy. ALE musi trafic do takiej klasy i takiego nauczyciela. To naprawde ciezko sprawdzic, trzeba miec kogos w szkole ale dobrze znac norweski.

    Na zwykle pytanie o poziom szkoly Norweg odpowie ze wszystko jest tak samo….

    Mozna sprawdzac jakie szkola ma wyniki wedlug narodowego testu ktory jest co roku, jego wyniki poblikuja lokalne gazety, chocby tutaj http://www.nettavisen.no/dittoslo/her-er-de-50-beste-barneskolene/8519702.html

    1. Post
      Author

      Dziękuję. Dobra wskazówka z rankingami. Przyznam, że sama zapisałam córkę do trochę odleglejszej szkoły cieszącej się dobrą opinią. Tak dobrą, że z tradycyjnie 12 osobowej klasy nagle zrobiła się 27 osobowa. Na szczęście są dwie nauczycielki i asystenci.

  12. Prawdą jest, że podróże poszerzają horyzonty. Kilka miesięcy temu wyjechałam z rodziną na rok do Anglii. I choć to nie Norwegia, po zetknięciu z zagraniczną edukacją, także w mojej głowie kołacze się pytanie, czy lepiej mieć wyedukowane, ale zestresowane/przeciążone dziecko, czy mniej wyedukowane, za to bardziej radosne? Mam troje dzieci. Wszystkie w Polsce są wzorowymi uczniami i wszystkie zdumione są poziomem matematyki w angielskiej szkole oraz słabą wiedzą uczniów (i czasami nauczycieli) z geografii. Natomiast córki mogą co tydzień wyżywać się twórczo na lekcjach tańca, dramy, projektowania i gotowania. Nie znam filozofii angielskiej edukacji i nie wiem, czy chodzi tylko o przygotowanie dzieci do pracy w „usługach”, ja jednak widzę w tym możliwość holistycznego rozwoju dziecka. Podoba mi się to rozszerzenie możliwości znalezienia przez dziecko obszaru, w którym czuje się dobrze. W końcu i tak jako dorosły, będzie miało większą szansę odnieść sukces skupiając się na swoich mocnych stronach, niż na obszarach, które były ciągle do poprawki. Druga rzecz – wywiadówki. Bardzo odpowiada mi spotkanie rodzica z samym nauczycielem. Sama w Polsce pracuję w szkole i byłabym jak najbardziej za takim rozwiązaniem. 5 minut konkretów o moim dziecku, nauczyciel ma informacje wypunktowane na kartce. Dodatkowo w spotkaniach z tutorem, głównym partnerem rozmowy dla nauczyciela jest moja córka. Ona wyznacza 3 cele, które chce realizować do następnego spotkania. Jeden cel ma dotyczyć tego co jej wychodzi bardzo dobrze w szkole, żeby praca nad jej rozwojem sprawiała jej też radość. I widzę, jak takie podejście motywuje dziecko do pracy nad sobą. Dodatkowo nauczyciel ze 3 razy pyta czy jest w szkole szczęśliwa i proponuje rozwiązania mogące zmniejszyć poziom stresu w nowej szkole. Dla mnie szok kulturowy! W polskiej szkole nikt nie zapytał moich dzieci (bardzo dobrzy uczniowie), czy są szczęśliwe, za to słyszały stać cię na więcej.
    Chyba się trochę rozpisałam, wciągnął mnie temat 🙂

    1. Post
      Author

      O, bardzo interesująca relacja. Słyszałam od koleżanek mieszkających w Anglii, że tam poziom nauczania jest wysoki, a tu proszę, niekoniecznie. Świetne doświadczenie dla dzieci, tylko czy po nim będą miały ochotę wrócić do polskiej szkoły? „Na zachodzie” zdecydowanie kładą nacisk na dobre samopoczucie uczniów, co jest ważne. Podejście, które pozwala na znalezienie i pracę nad mocnymi stronami ucznia podoba mi się, być może mam za małe dziecko (II klasa) , by dostrzec taki trend w Norwegii, chciałabym, by tu też tak było. Swoją drogą zachwyca mnie, że wyjechałaś na rok do Anglii z dziećmi, które jak rozumiem bez problemu porozumiewają się w szkole. Pozdrawiam serdecznie

      1. Moje dzieci mają 10, 12 i 15 lat. Ich angielski jest średniozaawansowany, więc z racji języka są też ” średnich” grupach edukacyjnych. Teraz myślę, że nie mam prawa generalizować na temat poziomu matematyki, właśnie z powodu, że nie wiemy jak ta matematyka wygląda w grupach zaawansowanych. W każdym razie dla nas dorosłych i dzieci to niesamowita przygoda poszerzająca pole widzenia różnych spraw. Np. jeśli chodzi o przedszkola zastanawia mnie skąd w Polsce taki nacisk na umiejętności poznawcze dziecka, mimo, że podstawa programowa jasno mówi, że ruch i swobodna zabawa, a także kontakt dzieci z naturą są koniecznym przygotowaniem do tego, żeby w przyszłości dziecko mogło rozwinąć umiejętności złożone, takie jak pisanie i czytanie. Dzieci w tym wieku nie muszą (a nawet nie powinny) być specjalistami od robotyki, języków obcych, teatru, malarstwa itd. Powinny za to rozwijać umiejętność słuchania, koncentracji, współpracy z dorosłymi i innymi dziećmi, wyrażania swojego zdania, rozwiązywania problemów na miarę swoich możliwości. Czy z twojej perspektywy tego właśnie uczą w norweskich przedszkolach?

  13. Szkoła norweska może się wydawać niższa poziomem w porównaniu do polskiej aczkolwiek, wraz z wiekiem poziom zostaje dopasowany
    Już w 8 klasie (odpowiednik pierwszej gimnazjum) dostaje się oceny co się równa naciskiem na naukę w równym poziomie z Polską szkołą
    Chciałbym także podkreślić że nieraz będąc w Polsce na odwiedzinach zarówno u rodziny jak i w szkole, zauważam braki edukacyjne u uczniów, i nie przyswajalność materiału – coś czego nie można zarzucić każdemu w Norwegii
    Konkluzja jest taka, że to paradoks stworzony przez matki pierwszoklasistów

  14. Mieszkam w Polsce, ale bylam kilka dni temu w Norwegii i przypadkiem mialam w reku test norweskiej 7- klasistki z matematyki. Zadania na poziomie 4 klasy polskej szkoly, do ktorej moja corka chodzi z placzem, na nauce spedza po 10 godzin dziennie ( w szkole i w domu), i mysle ze uczy sie o wiele mniej skutecznie pedzac z materialem i nie utrwalajac.
    I nie rozumiem narzekan, jakos ci niedouczeni ( i mniej zestesowani) Norwedzy potraflili sobie zorganizowac panstwo do ktorego polowa Polakow chetnie by wyemigrowala …

    1. Post
      Author

      Dobrze by było znaleźć złoty środek, trochę mniej w Polsce, ciut więcej w Norwegii, choćby tej matematyki. Norwedzy owszem, mniej zestresowani i tak dalej, ale to jak im się żyje wynika przede wszystkim z faktu, że mają ropę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *