Niewolnicy i muzycy. Opowieści z cukrowej doliny

Katarzyna Bez dzieci, Kuba

Rum może być tłem dla większości kubańskich historii. Niekiedy stać się może nawet głównym bohaterem opowieści. Nie tym razem, bo choć i w tej trochę namiesza, musi ustąpić miejsca ludziom i zdarzeniom. Ale zacznijmy od początku.

Rano przyjechał po nas Señor Alberto, ten który złowił nas dzień wcześniej w Cienfuegos. Kierunek Topes de Collantes, choć to nie daleko, u większości kierowców wywołuje niechęć, bo droga wije się pod górę i mocno nadwyręża samochód. Pojadą, ale za ekstra stawkę. Bo trzeba wiedzieć, że po Kubie jeździ niewiele współczesnych aut, zwykle taksówka to stary amerykański wóz z lat 50-tych lub 60-tych, oraz leciwe, wschodnioeuropejskie produkcje. U nas niezmienne pozostaje szczęście do starych Ład, którymi najczęściej przemieszczaliśmy się w czasie podróży po Armenii i które również tu, na Kubie, otwierają przed nami swoje drzwi. Gorzej jest z ich zamykaniem, trzeba czasem bardzo mocno trzaskać. Gdy w Hawanie wracaliśmy nocą z klubu, w czasie jazdy otwarły się w Ładzie drzwi, przy których siedziałam. Takie atrakcje.

Bez wynajętego auta nie jest łatwo na Kubie dojechać w miejsca, gdzie nie dojeżdża komunikacja publiczna. Przeszło nam przez głowy, by na wycieczkę po atrakcyjnych okolicach Trinidad jechać na pożyczonych rowerach. Całe szczęście, że pomysł wyparował z głów równie szybko jak się pojawił, bo dojechalibyśmy najwyżej w jedno, góra dwa miejsca, które jak się okazało są słabo oznakowane i od siebie odległe, a wycieczka rowerowa w pełnym słońcu na Kubie to w naszej kolarskiej kondycji masakra.

Zatem komfortowo docieramy Ładą na Sendero Cubano (trasę na Topes de Collantes odpuszczamy), czyli na ścieżkę przez las, która prowadzi do wodospadu i naturalnego basenu z niesamowicie orzeźwiającą wodą. Na paluszkach mijamy leśne pszczoły (plastry miodu ich produkcji zwisają ze skał na pierwszym zdjęciu).


Señor Alberto, oprócz tego, że dobrze kombinuje, zdobywając klientów na kolejne przejażdżki, jest też fajnym, starszym panem. Należy do tych, którzy odnaleźli się w rzeczywistości zmieniającej się Kuby. Jego rodzina prowadzi Casas Particulares, on wozi turystów i z pewnością jego dochody przekraczają ” średnie wynagrodzenie”, które wynosi 600 CUP, czyli 25 CUC na miesiąc (ok. 100 zł) – takie są stawki pracujących w państwówce. Emerytura to połowa z tego. Wydaje się to niemożliwe, zważywszy na to, że obiad w zwykłym lokalnym barze to koszt rzędu 1 CUC (czyli 4 zł; 24 CUP). Ale chyba tak rzeczywiście jest. Kombinatoryka A lo cubano musi być jeszcze lepsza niż ta, z której słyną Polacy, bo wyobraźcie sobie, że małe piwo kosztuje 1 CUC (4 zł), a gdzie nie spojrzysz, prawie każdy Kubańczyk je żłopie.
Wracając do naszego Señor Alberto, ma on dwie córki, obie są lekarzami, jedna neonatologiem, druga w trakcie specjalizacji. Jedna jeździ Ładą, jak tata, druga maluchem. Señor Alberto twierdzi, że Kubańczycy na całym świecie znani są z tego, że mówią prawdę. Naprawdę? Hmm, pozwolę sobie tylko odchrząknąć. Ale niebawem przyjdzie nam się przekonać, że bardzo lubią nie tylko wyogramniać, ale także pomniejszać pewne dane i zjawiska, (o czym w kolejnym wpisie).
Teraz udajemy się na dawną plantację trzciny cukrowej do Valle de los Ingenios.

Baronowie cukrowi bogacili się kosztem afrykańskich niewolników. Jeśli ktoś myśli, że w jego pracy jest źle, a jego szef to samo zło, powinien wysłuchać historii niewolników. Przewodniczka przybliża nam ich cholernie ciężkie życie. Mieszkali w maleńkich izdebkach. Ten intymny klimat zapewniał panom 7-9 nowych, darmowych niewolników. Dzieci w wieku 4 lat zaczynały służbę, nosiły wodę i wykonywały inne lżejsze prace. W wieku 12 lat stawały się dorosłymi niewolnikami i pracowały jak wszyscy inni. Kilku niewolników było zaufanymi pana, lepiej jedli, mieszkali też w przyjemniejszych nieco warunkach, a ich obowiązki ograniczały się do bezpośredniej służby. Reszta zajmowała się ścinaniem trzciny i przerabianiem jej na cukier. Kuba w XIX wieku była jego największym producentem na świecie. Praca krańcowo wyczerpywała i zajmowała niewolnikom nawet 20 godzin na dobę. W nagrzanym pomieszczeniu mieszali gorący wywar w podgrzewanych ogniem kadziach, zdażało się, że wpadali do kotła. Wielu umierało z wycieńczenia. Uciekinierom, których udało się złapać, zakłuwano nogi w kajdany (ręce wciąż musiały służyć do pracy).

 

Byli też ci, którym ucieczka się powiodła, nazywano ich cimarron. Mieszkali w jaskiniach, uprawiali niewielkie poletka i wymieniali towary na targu. Niektórzy po raz kolejny byli łapani i trafiali z powrotem do niewoli.

W 1868 roku Carlos Manuel Desespedes uwolnił swoich niewolników i razem z nimi stanął do walki przeciwko kolonizatorom. Wojna dziesięcioletnia zakończyła się w 1878 i choć wygrali Hiszpanie, w kraju zaczęły pojawiać się ruchy wyzwoleńcze. W 1886 roku zniesiono niewolnictwo. W 1895 Kubańczycy znów się zbuntowali i gdy już właściwie pokonali Hiszpanów, nastąpiła interwencja Stanów Zjednoczonych. Marzenia o niepodległej Kubie legły w gruzach.
USA przywłaszczyła sobie niemal wszystkie gałęzie gospodarki, a wybory prezydenckie odbywały się pod amerykańską kontrolą. Fidel Castro dwukrotnie próbował obalić system, co udało mu się 1 stycznia 1959 roku, a wtedy Stany nałożyły na wyspę blokadę gospodarczą.
Kubę zamieszkują potomkowie kolonizatorów i niewolników, którzy mieszali się między sobą. Miejscowych wycięto niemal co do jednego, a czego nie zrobił człowiek, dokończyły przywiezione choroby. Ponoć na jednym z krańców Kuby ostała się jedna autochtoniczna rodzina, ale już dawno wymieszała się z ludnością napływową.
Z Señor Alberto rozmawiamy o rasizmie. Twierdzi, że to właśnie „personas de color” stronią od białych i że za tym kryją się dawne rany związane z niewolnictwem, że gdzieś pod skórą wciąż czują żal i krzywdę, jaka spotkała ich przodków z ręki białych.
Na wyspie mieszają się wierzenia afrykańskie z katolicyzmem. Są to zazwyczaj wyznawcy Santerii, potomkowie zmuszanych do przejścia na katolicyzm niewolników z Afryki, którzy mówili – tak, tak, jesteśmy katolikami – a pod postaciami świętych niezmiennie czcili swoje bóstwa. Inne wyznanie przywiezione z Afryki i do dziś obecne na Kubie to brujeria (wiara w złe duchy, gusła i czary).


– Ja mam swoją religię – mówi Señor Alberto. – Co rano, gdy wstaję, patrzę w niebo, proszę o szczęście i zdrowie dla mnie i dla moich bliskich, proszę żeby nam nie zabrakło chleba – zerka na mnie z uśmiechem. – I chcę żyć tak, żeby człowiek obok mnie czuł się lepiej niż ja.

A wieczorem z Jakubem snujemy się po pięknym, kolonialnym Trinidad, chłonąc klimat ulicy.
W Rintintin gra świetna muzyka. Jakub gra na marakasach z kubańskimi muzykami. Do baru wpada uśmiech, za nim niewysoki człowiek z brodą. To Alejandro, Argentyńczyk? Dobrze się odnajdujemy i kiedy zamykają Rintintin idziemy razem do słynnej wśród turystów Casa de La Musica, mieszczącej się na schodach. Gadka, mojito, taniec, Cuba Libre. Ja głównie taniec, chłopaki głównie Cuba Libre i Mojito (wiadomo, z rumem). Siedzimy do późna w nocy, śmiejemy się, rozmawiamy, tańczymy. Gdy w pewnym momencie obaj panowie zaczynają płakać, uznaję, że pora zakończyć imprezę (zwłaszcza, że ten bar też już zamykają).

Idziemy z Kubą do domu, śpimy dobrze. Ale rano Jakub nie czuje się najlepiej. To kac, myślimy. Jednak to nie jest kac, raczej zatrucie, ostra biegunka. Czym? Nie wiadomo. Jedliśmy to samo, a co mnie zwala z nóg, Kubie przechodzi z jednym beknięciem. Więc może to cudowne napoje, a dokładniej lód zrobiono z syfiastej wody? Nic innego nie przychodzi nam do głowy. Dzień pod znakiem klozetu i wycieńczenia. Nie zwiedzamy wiele, Jakub potrzebuje odpoczynku, jest słaby jak drinki po północy. Mam nadzieję, że jutro poczuje się lepiej. Tsssst, teraz śpi.