Niewidzialne dzieci, czyli nasze pociechy w norweskich szkołach

Katarzyna Emigracja, Norwegia 11 Comments

Gdy próbowano dowiedzieć się czegoś więcej o integracji polskich dzieci w norweskich szkołach, natrafiono na wiele problemów z przeprowadzeniem badań. Rodzice nie zgadzali się na wywiady norweskich naukowców z ich dziećmi. Do badań skierowano polskich naukowców i to polepszyło sytuację.

Prowadzący badania zastanawiali się dlaczego tak jest? I odkryli, że przecież chodzi o Barnevernet. Ale zaraz, co wspólnego mają badacze  z Barnevernet? W zasadzie nic. Jednak ta reakcja rodziców wskazała, jak wielką nieufnością darzą polscy emigranci norweskie instytucje, a być może również społeczeństwo.

W zasadzie mnie to nie dziwi. W polskojęzycznych mediach urząd Barnevernet przedstawiany jest jako bezduszna instytucja odbierająca polskie dzieci z błahych powodów. I czasem może się wydawać, że gdzie by się człowiek nie odwrócił, tam czai się jakiś samozwańczy obserwator. Ponadto, po naszych rodzimych doświadczeniach, poziom zaufania do przedstawicieli władz i innych organizacji państwowych jest dość niewysoki.

Jest jeszcze kilka innych czynników wpływających na takie podejście. I jednym z nich są różnice kulturowe. Nie jest to może przepaść, w końcu pochodzimy z jednego kontynentu, a nie z dwóch różnych krańców ziemi. Ale różnice istnieją.

Gdy do Norwegii przyjeżdżają uchodźcy, są oni wprowadzani w nową rzeczywistość krok po kroku. Ułatwia im się poznawanie języka i kultury, pomaga w adaptacji w nowym środowisku. W przypadku emigrantów zarobkowych nie ma takich działań. Nie ma żadnego darmowego, lub obligatoryjnego kursu językowego. Nie ma programu imigracyjnego. Nie ma żadnego formalnego wprowadzenia do szkoły. Każda komuna działa na swój sposób.

Polscy rodzice nie do końca wiedzą, na czym polega norweskie szkolnictwo. I wielu z nich narzeka na niski poziom, brak ocen (część z nich po pewnym czasie zmienia zdanie). Jednak w większości  kierują się wyłącznie swoimi wyobrażeniami o norweskiej szkole, nikt im nie przybliża tego systemu, a także nie przedstawia, jakie są oczekiwania wobec nich jako rodziców.

A różnice w szkolnictwie są ogromne. Zadaniem norweskiej szkoły jest to, by dziecko rozwijało się i zdobywało wiedzę. Prawie nie wspomina się o wiedzy encyklopedycznej. Natomiast w polskiej szkole to nauczyciel przekazuje wiedzę dziecku.

Jest to zasadnicza różnica, która ma wpływ na sposób prowadzenia zajęć, oraz na to, co pozostaje po nich w głowie.

Poza tym zajęcia pozalekcyjne są w Norwegii niemal tak samo ważne, jak sama szkoła, czego wielu polskich rodziców nie wie. Ich dzieci w nich nie uczestniczą, co stawia je z boku kręgu rówieśników i utrudnia zawieranie przyjaźni.

Z kolei norweski pracownik społeczny pytany przez badaczy o integrację polskich dzieci w szkołach dziwił się, od kiedy to jest problemem. Mówił, że jesteśmy tacy jak Norwedzy, więc czemu mielibyśmy potrzebować integracji. I nawet badacze, którzy otrzymali w końcu pozwolenie na obserwację dzieci w kilku klasach nie byli w stanie rozróżnić, którzy uczniowie pochodzą z Polski, ze względu na brak oczywistych przesłanek na to wskazujących.

Można powiedzieć, że polskie dzieci w norweskich szkołach są niewidzialne. Jeśli pojawiają się problemy, to bardzo rzadko upatruje się ich przyczyn właśnie w pochodzeniu z innego kraju, choć część z nich może mieć z tym związek.

Do tej „niewidzialności” polskich dzieci nieświadomie przyczyniają się również rodzice, starający się dopasować je do norweskich standardów kulturowych i materialnych. Większość polskich dzieci nie różni się kolorem skóry i włosów, co potęguje ten efekt.

To dobrze? No właśnie niekoniecznie. Ponieważ jeżeli ten status „imigranta” jest niewidzialny to istnieje ryzyko, że proces integracji będzie dla dziecka trudniejszy. Trudniejszy, ponieważ wszyscy wokół będą uważać, że dziecko jest dobrze dopasowane do otaczającej rzeczywistości. Tymczasem może się ono znaleźć „między młotem a kowadłem”, bo czego innego wymaga się od niego w szkole, a czego innego w domu.

Polscy rodzice często nie rozumieją niepisanych zasad rodzicielstwa w Norwegii. Mają również trudność ze zrozumieniem, kiedy ich wyobrażenie o „dobrym dziecku” zgadza się, a kiedy koliduje z tym, co w Norwegii uważane jest za „dobre dzieciństwo”.

Ale to temat na osobny artykuł, w którym nie da się ominąć kontrowersji wokół instytucji Barnevernet. Pojawi się niebawem.

 

* 20 kwietnia w Kristiansand odbyło się seminarium poświęcone wynikom badań jakie prowadzono przez 3 lata w ramach projektu TRANSFAM. W badaniach uczestniczyli pracownicy UJ Kraków, Agderforskning razem z NOVA, Oslo, Centrum Stosunków Międzynarodowych, Warszawa.

Tekst napisałam na podstawie  prelekcji Randi Wærdahl z Agderforskning „Polske barn i norsk skole” (Polskie dzieci w norweskiej szkole).

***

Jeśli tekst wydaje Ci się interesujący, daj mi o tym znać. Twoja opinia jest dla mnie cenna.

Możesz to zrobić:

dzieląc się swoimi przemyśleniami w komentarzu

udostępniając wpis znajomym

A jeśli lubisz czytać naszego bloga, polub nasz fanpage tutaj

Dobrego dnia!

***

 

Comments 11

  1. Kolejnym problemem Polakow jest to , ze za bardzo skupiaja sie na zarabianiu pieniedzy . Poswiecaja na to prawie caly swoj czas , no bo przeciez pieniadz jest najwazniejszy i trzeba tyrac na trzech etatach , a w soboty i niedziele sprzatac jeszcze hotele , albo klasc nowy dach u sasiada . A gdzie w tym czasie sa dzieci, gdzie ich potrzeby ? Wciaz myslimy , ze model dziecka z kluczem na szyi skoro sie sprawdzal w latach 80tych wciaz ma racje bytu i teraz , i tutaj . Ale malo kto zauwaza, ze za zmianami typu iphone, ipad, internet ……. zycie i jego model tez ewoluuje . Nie oznacza to , ze przestalismy byc dobrymi rodzicami, ale po prostu zapomnielismy ze to my jestesmy tymi rodzicami i to na nas spoczywa obowiazek , ba – zaszczyt wychowywania naszych dzieci . Smiem uwazac , ze 80% nas , emigrantow zarobkowych w Norwegi bardzo szybko przyzwyczaja sie do dobrobytu , zapomina ze juz ma ustabilizowana sytuacje , jak jest tu im dobrze i wciaz chce wiecej i wiecej . A gdzie w tym czasie umocowane sa dzieci ? Sa pozostawione same sobie. No jeszcze na szkolne zebranie rodzic taki zbierze sily, zeby pokazac sie ze nie jest inny , ze tak samo dba o dziecko jak Norweg. Ale po powrocie do domu staje sie juz kims innym . Niestety, my imigranci powinnismy odrzucic dawno wyuczone , przywiezione ze soba zwyczaje i probowac sie zmienic . W koncu nikt nas nie wygnal z Ojczyny , sami sie na to zdecydowalismy i to my podjelismy decyzje za nasze dzieci , gdzie beda dorastac. Wiec nie zaslaniajmy sie obawa przed BV tylko badzmy dobrymi rodzicami . I jeszcze raz podkresle – uczmy sie jezyka kraju w ktorym mieszkamy . Aha, a dziecko to nie nasz tlumacz, chociaz czesto rodzice wlasnie w ten sposob wykorzystuja jedgo wiedze . Pozdrawiam Ania

    1. Post
      Author
  2. Dziekuje autorowi za wspanialy tekst i madre przeslanie dla wielu polskich rodzicow! Ogromny szacunek i uznanie za dobrowolne informowanie rodakow!
    Czekamy niecierpliwie na kolejne artykuly 🙂

    1. Post
      Author

      Dziękuję, choć wiadomo, że tekstu nie byłoby, gdyby nie przeprowadzono badań i gdyby nie pojawiło się zainteresowanie Polakami w Norwegii ze strony badaczy. A skoro takie badania są, to naprawdę warto, by ich wyniki dotarły do jak największej grupy zainteresowanych. Pozdrawiam serdecznie 🙂

  3. Myślę, że to chodzi o kary fizyczne. Nadal w co drugiej polskiej rodzinie bije się dzieci, więc trudno się dziwić rodzicom, że boją się owej instytucji. A nuż Kasi czy Mackowi się wyrwie, że za każde przewinienie dostaje klapsa?

    1. Post
      Author

      Lavinko, nie wiem, może w Polsce rzeczywiście jest jak piszesz. W Norwegii nie, nie wydaje mi się by wśród moich znajomych ktoś bił dzieci. Strach wynika wg mnie raczej z tego, że Polacy często nie rozumieją norweskiego stylu wychowania i wydaje im się, że krzyk dziecka, spowodowany np. wyłączeniem bajki jest czymś, co może zaniepokoić sąsiada.

  4. Lavinka nie wiem jakich masz znajomych i w jakich kręgach się obracasz, ale nie zgodzę się z Twoim komentarzem. Ani ja, ani moi Polscy znajomi,którzy żyją w Norwegii czy w Polsce nie biją dzieci. Mam ich sporo i jakoś nikt nie stosuje kar cielesnych. I pisząc, że w co drugiej polskiej rodzinie bije się dzieci trochę przeginasz moim zdaniem. A i Norwedzy nie są święci w nietykalności dzieci, niestety też biją dzieci.

  5. Wspaniale napisane, czyta się lekko i przyjemnie. Podoba mi się zwrócenie uwagi na aspekt, że emigrantów zarobkowych pozostawia się samym sobie, a azylantom się pomaga. A emigranci ekonomiczni jakoś dostali pozwolenie na pracę w Norwegii to może tez sobie mogliby dostac pomoc w integracji??podatki tez płacą słone.

    1. Post
      Author

      Jeśli chodzi o Polaków w Norwegii, to w większości z integracją jest słabo. Mam nadzieję, że dzięki zainteresowaniu tą kwestią i dyskusjom, może to ulec zmianie. Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *