Nie bój się mamo

Katarzyna Styl życia, Wychowanie 2 Comments

Proszę Cię mamo, nie lękaj się. Nie przekazuj mi swoich strachów.

Za każdym razem gdy piszczysz na widok pająka, dajesz mi do zrozumienia, że ta kulka na chudych nóżkach to naprawdę groźne stworzenie. Boję się.

Za każdym razem, gdy obawiasz się o przyszłość, mówiąc, że się nie uda, przekonujesz mnie, że osiągnąć cokolwiek jest strasznie trudno. Boję się.

Za każdym razem, gdy mówisz, że życie jest okropne, wciskasz w moją głowę taką wizję świata. I boję się.

Mamo, uczę się od Ciebie. Jesteś moją pierwszą superbohaterką. A jak wyglądać może świat, w którym nawet superbohaterowie się boją? Proszę Cię, w tych szczególnych momentach pomyśl o mnie. W tym przypadku możesz przede mną udawać. Chcę wierzyć, że jesteś odważna. I kiedyś stać się odważnym, jak Ty.

Łatwiej pisać o pokonywaniu lęków. Gorzej wykonać?

Opowiem wam historię, która na długi czas obciążyła moje życie.

Było ciepło, wakacje zbliżały się wielkimi krokami. Szłam przez osiedle do sklepu. Nic podejrzanego nie widziałam, ani nie robiłam. Po prostu szłam. Aż niespodziewanie poczułam ból. Jakiś kundel, z przyczyn zupełnie mi nie znanych (pewnie po prostu wyglądałam apetycznie), ugryzł mnie w tył nogi na wysokości kolana. Byłam w szoku. Doszłam do sklepu, jakby nic się nie stało. Tam dopiero spojrzałam na pogryzione miejsce. W nogawce dziury i krwawe ślady po ugryzieniu. Dopiero wtedy poczułam, że naprawdę mnie boli. Ale przede wszystkim bardzo się wystraszyłam. Zaryczana pobiegłam do domu. Miałam wtedy jakieś 12 lat.

Oczywiście była cała akcja poszukiwania psa, sprawdzania, czy był szczepiony przeciw wściekliźnie. Ale nie o tym chcę teraz pisać.

Tylko o tym, jak przez kolejnych kilkanaście lat przerażał mnie widok każdego psa. Był to paniczny lęk, nie potrafiłam przejść obok zwierzęcia. Przez pierwsze trzy lata miałam notorycznie koszmary senne, w których pies się na mnie rzucał, zagryzał, próbowałam uciekać i nigdy się nie udało.

Trwało to latami. Okropna rzecz, bo w Polsce na osiedlach pełno jest psów i dawniej było rzeczą zupełnie normalną, że właściciele wypuszczali je z domu i biegały swobodnie. Więc nieraz spóźniałam się na autobus, bo musiałam okrążać blok, przed którym stał samotnie pies. Czasem całkiem rezygnowałam z zamiaru udania się w jakieś miejsce. Moja trauma była moim przekleństwem.

Już prawie godziłam się, że tak zostanie.

Lecz kiedyś, gdy byłam z koleżanką na wakacjach, szłyśmy opustoszałą, wiejską drogą. Żadnego domu w zasięgu wzroku, dokoła pola z kukurydzą. Na wąskiej asfaltowej drodze wyrósł jak spod ziemi pies. Szedł prosto na nas. Jak zwykle poczułam to nieprzyjemne kołatanie serca.

Koleżanka złapała mnie kurczowo za rękę.

-Kaśka, ja się panicznie boję psów – powiedziała.

Poczułam jak zimny pot spływa mi po plecach, a dłonie wilgotnieją.

– Nie martw się, ja się nie boję – powiedziałam, nie zwalniając ani przez chwilę.

Oj, jak skłamałam. Przecież prawie mdlałam ze strachu. Ale pomyślałam, że jak Marta się o tym dowie to będzie panika. A poza tym jak obie będziemy się bały, to ten pies nas zje.

Szłam hardo, udając przed Martą, psem, a nawet przed sobą, że wcale się nie boję. I wiecie co, przeszłyśmy obok niego jakby nigdy nic. I moja trauma też przeszła. (Jak się okazuje był to rodzaj terapii implozywnej*).

Wiem, że lęki wywołują paraliż. I człowiekowi wydaje się, że nic nie może zrobić. Dla mnie motywacją okazała się obecność koleżanki. Więc tym bardziej motywuje mnie do przełamywania strachów i lęków obecność moich dzieci. Dużo mniejszych i wpatrzonych w to, co i jak robię. Chcę im pokazać, że świat to przyjazne miejsce, w którym zamiast niezliczonych pułapek można znaleźć niezliczoną ilość możliwości. Do odważnych świat należy. To nie znaczy, że nie mówię im o zagrożeniach. Ale nie jest to motyw przewodni naszych rozważań nad życiem. Chcę, żeby rosły wolne od niepotrzebnych lęków, bo sama dobrze wiem, jakim bywają ograniczeniem.

*rodzaj psychoterapii polegający na wystawieniu osoby przeżywającej lęk na działanie ekstremalnie silnego bodźca lękotwórczego. Może to następować stopniowo lub gwałtownie. Pacjent jest  konfrontowany z tym, co budzi najsilniejszy lęk, przykładowo wielkim włochatym pająkiem, którego kładzie się mu np. na twarz.

***

Jeśli tekst wydaje Ci się interesujący, daj mi o tym znać. Twoja opinia jest dla mnie cenna.

Możesz to zrobić:

dzieląc się swoimi przemyśleniami w komentarzu

udostępniając wpis znajomym

A jeśli lubisz czytać naszego bloga, polub nasz fanpage tutaj

Dobrego dnia!

***

 

Comments 2

  1. Ciekawy wpis, początek przykuwa uwagę i tak pozostaje już do końca. Dzieci jeszcze nie mam, ale gdy już będę je mieć to chciałabym znaleźć w sobie taką odwagę by nie ujawniać im swoich lęków i ich nimi nie ograniczać. Teoria teorią ale jaka będzie praktyka… Czas pokaże:) swoją droga miałam niemal identyczną sytuację z pogryzieniem przez psa w dzieciństwie ale byłam młodsza.

    1. Post
      Author

      Najlepiej by było, gdybyśmy tych lęków wcale nie mieli. Ale rzeczywistość bywa inna. Myślę, że przy dzieciach łatwiej zacisnąć zęby i udawać twardziela. To jest poniekąd wpisane w życie opiekuna. Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *