Nasza norweska emigracja

Katarzyna Emigracja, Norwegia

8 lat temu, po powrocie z rocznego pobytu w Ameryce Południowej znalazłam pracę w Polsce. Nie miałam wysokich wymagań, byleby się gdzieś zaczepić i robić coś, co w miarę lubię. Te kryteria zaprowadziły mnie do maleńkiej redakcji wydającej bezpłatne miesięczniki. Utrzymywały się z reklam, a moim zadaniem było pozyskiwanie reklamodawców.

– To tylko na razie, w przyszłości będziesz mogła pisać – powiedział szef, młody, przedsiębiorczy i znerwicowany.

Warunki? 1000 zł na rękę, bez umowy, ubezpieczenia, bez żadnych papierów. Mój mąż wykonywał zlecenia również bez umów, wszystko zupełnie nielegalnie. Nie tego chcieliśmy na starcie naszego wspólnego życia. Chciałam uczciwie pracować, zamiast kręcić i kombinować. Więc gdy pojawiła się okazja wyjazdu do Norwegii, mój mąż skorzystał od razu. Był już tam przez jakiś czas wcześniej i wiedział, że to kraj, w której szanuje się pracowników.

Jakub wyjechał. Wszystko działo się szybko. Nie widzieliśmy powodu, żeby żyć w rozłące. Z pewnością nie była nim moja praca, którą niedawno zaczęłam. A argumentem za jak najszybszym życiem pod wspólnym dachem była ekscytująca nas informacja – byłam w ciąży. Sensowniejsze wydawało nam się to, bym ja pojechała do Norwegii, niż żeby Kuba wracał do Polski, gdzie prócz rodziny nie mieliśmy nic; żadnej stabilizacji finansowej, ani własnego, choćby najciaśniejszego kąta. Postanowiłam zrezygnować po pierwszym miesiącu pracy w redakcji, nękanej w tym czasie kilkakrotnie przez wierzycieli i komornika. Byłam przekonana, że nie dostanę pieniędzy za przepracowany miesiąc, jeśli powiem, że odchodzę. Postanowiłam powiedzieć o tym dopiero, gdy wypłatę będę miała w ręce. Gdy mój były już szef usłyszał o mojej rezygnacji, wpadł w furię i mało mnie nie pobił. Szarpał mną jak złodziejem. Poczułam się okropnie. Gdy znalazłam się na ulicy trzęsłam się z nerwów i nie mogłam się uspokoić. W tym momencie już wiedziałam, że decyzja o wyjeździe jest najlepsza i nieodwołalna. W Polsce nie mieliśmy sensownej pracy, a myśl o tym, że pracodawca w ten sposób może pomiatać człowiekiem wywoływała u mnie drgawki.

Przyjechałam do Norwegii, gdzie mąż zadbał już o wynajęcie jakiegoś lokum. Pamiętam jak zjechaliśmy z promu o północy. To był czerwiec, nie było całkiem ciemno. Jechaliśmy drogą wzdłuż rzeki, dookoła rosło pełno drzew. Kuba zerkał na mnie niespokojnie.

– Podoba ci się? – dopytywał.

W ciągu dwudziestominutowej trasy zadał to pytanie trzy razy. A cóż ja mogłam widzieć w półmroku? Więc przytakiwałam tylko głową. Widziałam, że bardzo mu zależy na tym, bym poczuła się od razu dobrze w tym nowym miejscu. Może wyczuwał coś, czego z pewnością do siebie nie dopuszczałam, że zostaniemy tu długo. Wiele dłużej niż początkowo planowaliśmy.

Szybko znalazłam pracę w firmie cateringowej. I popełniłam mój pierwszy, największy chyba błąd – mówiłam cały czas po angielsku. Było to całkiem akceptowane przez szefów, więc nie musiałam się stresować. Wprawdzie w czasie przerw czułam się jak idiotka, nic nie rozumiejąc. Norweskiego nie znałam niemal zupełnie. Dziś widzę to wyraźnie: wpadłam w pułapkę, w którą wpada wielu rodaków znających angielski, przez kilka lat nie posługiwałam się norweskim, z czym z roku na rok czułam się coraz gorzej.

Ale plan był taki, że przyjeżdżamy na rok. Dlatego początkowo nie czułam potrzeby poznania norweskiego, skoro wszędzie mogłam się porozumieć. Ten rok minął niepostrzeżenie. Podobnie, jak kolejnych sześć. I z czasem wszystko to, co w Norwegii staje się bliższe, a wszystko, co w Polsce, mgliste i odległe. Wiadomo, nie dotyczy to rodziny i przyjaciół.

Denerwuje mnie, że zapomniałam nazw wielu ulic, którymi kiedyś chodziłam każdego dnia. Przychodzą też momenty, kiedy intensywniej myślę o powrocie do Polski. Chciałabym, żeby tam dorastały nasze dzieci. Jednak wspomnienie tego, jak wyglądało nasze wspólne życie przed wyjazdem z kraju, póki co skutecznie blokuje plany.

Czuję, że Norwegia to nie jest moje przeznaczenie. Ale z pewnością dłuższy przystanek. Chyba zawsze będę odczuwać różnice w mentalności. Nie czuję się z tym źle, choć dobrze wiem, że nie jestem u siebie. Pobyt w Norwegii traktuję trochę jak kolejną przygodę życiową. Dość pogodną i jasną, mimo jesienno-zimowych mroków. Żyjemy tu i teraz, nie planując przyszłości, ciesząc się z rodzinnego życia, przytulnego domu, pracy i znajomych. Jest dobrze, znaleźliśmy spokojną przystań. I taki właśnie był cel naszej emigracji. A kiedy popłyniemy dalej? Z prądem, czy pod prąd? Tego nie wiem.

***

Jeśli tekst wydaje Ci się interesujący, daj mi o tym znać. Twoja opinia jest dla mnie cenna.

Możesz to zrobić:

dzieląc się swoimi przemyśleniami w komentarzu

udostępniając wpis znajomym

A jeśli lubisz czytać naszego bloga, polub nasz fanpage tutaj

Dobrego dnia!

***