Najtrudniejsza podróż: trzy ziemskie dni

Katarzyna Najtrudniejsza podróż

Zdziwiłam się, że w Norwegii, kraju w którym aborcja nie jest tematem tabu i gdzie panuje „duch wolności” nikt nie zachęcał nas do usunięcia ciąży, gdy diagnoza śmiertelnej choroby naszego dziecka (trisomia 13, inaczej zespół Patau) została potwierdzona. Albo tak naprawdę zdziwiłam się po tym, gdy przeczytałam (a czytałam wszystko, co udało mi się wygooglać) relacje matek w Polsce, które były w podobnej do mnie sytuacji. Tak, zdziwiło mnie to bardzo, że w kraju o antyaborcyjnej polityce lekarze wręcz naciskają na kobiety. Po stwierdzeniu choroby „dzieciątko” zamienia się w „chory płód”, który trzeba usunąć.

W Norwegii każdy lekarz, który usłyszał naszą decyzję, uszanował ją. Nie dyskutował i nie przekonywał, że „to nie ma sensu”. Pytali tylko, czy wiemy, czym jest trisomia 13. Wiedzieliśmy bardzo dobrze.

Przez cały okres ciąży może raz poczułam, że lekarz uważa naszą decyzję za niewłaściwą. Ale nie było to nawet wyrażone wprost. Po prostu takie odniosłam wrażenie.

A oto ciekawostka na temat norweskiej służby zdrowia. Przy zwykłych porodach w Norwegii asystują tylko położne. To wiedziałam. I teraz najlepsze: obecność lekarza przy tym porodzie wcale nie była oczywistością, mimo, że nasz synek miał liczne i skomplikowane wady serca, mózgu i nie miał noska. Ale wystarczyło że wyraziliśmy takie życzenie i nie było z tym problemu.

Przed porodem na nasze życzenie rozmawialiśmy z lekarzem z intensywnej terapii. Rozumieliśmy, że podłączanie synka do respiratora i intensywne podtrzymywanie życia równałoby się z przedłużaniem cierpienia, które i tak prowadziłoby do śmierci. Więc to, co szpital zaproponował i na co przystaliśmy to „comfort care”, czyli opieka paliatywna.

– Jego życie, choć krótkie, ma być dobre – powiedziała Mette, jedna ze wspaniałych pielęgniarek, które poznaliśmy na oddziale intensywnej terapii.

Żadnego kłucia w paluszek, by pobrać krew, żadnych prześwietleń, badań. Jedyna krótka nieprzyjemność to założenie cieniutkiej rureczki, sondy, ale to po to, by zaznać przyjemności pełnego brzuszka, bo karmiony był bezpośrednio tą sondą do żołądka (Gabriel miał rozszczep wargi i podniebienia, ssanie mleka mogło kosztować go zbyt dużo energii, a nawet mogło grozić dodatkowymi komplikacjami).

Gdy tylko przewieziono nas z sali porodowej, pielęgniarka odbiła wytuszowaną stópkę Gabrielka na kartce. Cały personel, dużo bardziej niż my, był świadomy, że Gabriel nie pożyje długo. Ja momentami łudziłam się, że może to „niedługo” to będzie kilka tygodni. Gdy nasz synek już odszedł, lekarze przyznali, że nie wierzyli, że przeżyje aż trzy dni.

Ze względu na wyjątkową sytuację byliśy traktowani wyjątkowo. Nasze dzieci mogły przyjść do szpitala w odwiedziny bez względu na porę. Gabrielek urodził się po 18.00 i gdy było już wiadomo, że potrafi sam oddychać nasz kolega Emil przywiózł moją mamę i całą trójkę. Była godzina 20.00, zwykle o tej porze nasze dzieciaki już śpią. Ale tego dnia było inaczej.

Najmłodszy Samuel (2 latka) był już bardzo senny i nie wiedział o co chodzi. Mama leży w łóżku z jakimś zawiniątkiem na rękach. Hmm, lepiej popatrzę, co jest pod łóżkiem – pomyślał i tak właśnie zrobił.

Mateusz (4 lata) okazywał dużo miłości braciszkowi w czasie ciąży.

– Zabierzmy go do domu, proszę – powiedział głaskając go po stópkach, a potem po twarzy.

IMG_5284

Było widać, że odmienny wygląd brata zupełnie mu nie przeszkadza. Zdawało się, jakby tego nawet nie dostrzegał. Prawdziwa braterska miłość.

Kaja (6 lat) trzymała się na dystans. Wyglądała na zmieszaną. To ona najwięcej modliła się za brata, ostatnimi czasy o to, „by był jak Emil ze Smalandii, miał jasne włosy, piegi (mamo, czy Emil miał piegi?) i żeby nikt się z niego nie śmiał.” Może jednak czekała na małego Emilka.

P1130362

Babcia mocno przeżywała spotkanie z wnukiem, przyjechała i odjechała w milczeniu.

Innym wyjątkiem było to, że mimo zakazu wnoszenia kwiatów na oddział intensywnej terapii, dostarczono do mnie bukiet, wysłany przez kolegów z pracy. Ściągnęłam folię i zapachniało lasem, kwiatami; po prostu cudnie. I choć jestem zwykle pragmatyczna, a nie romantyczna, te kwiaty przyniosły mi prawdziwą radość.

Po pierwszej nocy w czystym, acz ciasnym pokoiku z pojedynczym łóżkiem, przeniesiono nas do „apartamentu” – pokoju z rozkładaną sofą, stoliczkiem, krzesłami.

– Jeśli przyjadą wasze dzieci, będą miały gdzie się bawić – powiedziała Mette.

Drugiego dnia po południu Kuba pojechał po babcie i dzieci. Kochana Mette przygotowała dla nich pudełeczko z klockami, kolorowanki, kredki, figurki zwierzątek, oraz najważniejsze: półmisek słodyczy. Dzieci wpadły do pokoju i gdy tylko przywitały się z nami rzuciły się do stoliczka. Rysowanie, zabawa, a w międzyczasie doskakiwały do nas na chwilę, oblepione lizakami na buziach. Dzieciaki mają ogromną łatwość przechodzenia od nastroju smutku do radości. Opowiadała nam o tym jedna z lekarek, pracująca na onkologii dziecięcej.

– Dzieci potrafią płakać przy łóżku odchodzącego brata, czy siostry, a za pięć minut widzę je na dole, jak śmieją się i szaleją z zabawkami. Nie miejcie im tego za złe. Dzieciaki tak mają.

Pomyślałam, że to oczywiste, że o tym wiem. Jednak później byłam jej wdzięczna za te słowa. Będąc na świeżo po tej rozmowie patrzyłam z radością, jak nasze pociechy zajmują się rysowaniem i zabawą (z mniejszą na to, jak wcinają słodycze). I pomyślałam, że rzeczywiście mogłabym poczuć do nich żal, że tak mało uwagi poświęcają bratu, którego być może już więcej nie zobaczą. Dzięki lekarce miałam pełne zrozumienie sytuacji.

Mette zrobiła jeszcze pamiętnik dla naszego maluszka. Sama się wpisała i pozostawiła w pokoju. Mamy tam wpisy kilku innych pielęgniarek, położnej, która odbierała poród, oraz nielicznych gości: babci, księdza Piotra, który ochrzcił Gabriela w drugim dniu życia, naszej koleżanki Darii, która przyniosła w prezencie ramkę z masą do odbicia stóp i dłoni. Było przy tym trochę śmiechu, ale w końcu się udało. Jest też rysunek Kai.

P1130467

W środę też myśleliśmy o tym, by przywieźć dzieci. Jednak czas płynął dość szybko, Gabriel (znów z inicjatywy Mette) przeżył swoją pierwszą i ostatnią w życiu kąpiel. To często wzruszający i podniosły moment, przynajmniej ja tak wspominam pierwsze kąpiele naszych dzieci. Wyobraźcie więc sobie, jakim przeżyciem była ta kąpiel dla nas. A jakim dla Gabrielka! Leżał zrelaksowany, obleczony białą pieluszką, a pięć troskliwych dłoni obmywało delikatnie jego ciałko (dwie dłonie taty, dwie moje i jedna Mette, bo drugą pewnie podtrzymywała Gabrielka). Było mu cudnie, było widać. Może przypomniały mu się bezpieczne czasy z brzuszka? Wciąż mam go przed oczami, tą jego maleńką główkę i twarzyczkę, długie ciałko i nóżki, wąską klatkę piersiową i najśliczniejsze rączki świata. Spokój i błogość. I nasze łzy.

Po południu wciąż rozważana była sprawa wyjazdu po dzieci, gdy zdarzyło się to, czego tak bardzo nie chcieliśmy, a co musiało się wydarzyć. Gabriel po raz nie wiem już który stracił oddech. Zwykle wystarczyło, że odpowiednio ustawiło się jego głowę, tak by powietrze łatwiej mogło dostawać się do płuc. Tym razem to nie pomogło. Wezwałam natychmiast Mette. Wzięła go na ręce. Widziałam, że nie robi wszystkich tych sztuczek, które zna każdy pracownik intensywnej terapii i które wykonywała wcześniej. Delikatnie masowała go po twarzy i szyi, mówiąc „Ty decyduj, mały przyjacielu”. Rozumiałam co się dzieje. Wiedziałam też, dlaczego tak robi. Nie miałam jej tego za złe. Też nie chciałam, by mój synek cierpiał. A widziałam, że z godziny na godzinę był coraz słabszy i bardziej zmęczony. Wezwano lekarzy. Sprawdzili puls, był bardzo słaby. Minęło 5 minut, nie oddychał. Rozdzierający smutek. Czy to już? Przekazałam Gabrielka Jakubowi. Pochylił się nad nim i dotknął głową jego klatki piersiowej. I w tym momencie Gabrielek nabrał do płuc powietrza. Zaczął oddychać i bardzo szybko wrócił mu naturalny kolor skóry. Lekarz zbadał serce ponownie, biło dużo szybciej niż przed chwilą.

Wymieniliśmy z Kubą spojrzenia, w których widać było jedno słowo: niesamowite. Jednak wystarczyło zerknąć na lekarzy, by wiedzieć, że nie tak bardzo niesamowite. Widziałam po nich, że to rzecz nader  powszechna. Zaczęliśmy żartować, że dość niezdecydowany ten nasz synek. Lekarze odeszli (młodszy ze łzami w oczach). A my dostaliśmy jeszcze jedną szansę, by pożegnać się z naszym maleńkim, ukochanym, najdroższym synem.

Mette kończyła zmianę.

– Jak myślisz – spytałam – kiedy on odejdzie?

– Może dziś wieczorem – padła odpowiedź.

Porzuciliśmy myśl o odwiedzinach dzieci. Szczerze powiedziawszy bałam się nawet, gdy Kuba szedł po kawę, że Gabrielek odejdzie, kiedy nie będzie w pobliżu jego taty. Ale pomyślałam, że do tej pory wszystko układa się w harmonijny sposób, więc zaufałam, że tak będzie do końca. I nie pomyliłam się.

Gabrielek odszedł w naszych ramionach. Już nie wzywaliśmy pomocy. Zaledwie dwie godziny wcześniej przeszliśmy próbę generalną. Nadeszło nieuniknione. Nie chcę opisywać tego bólu, który czuliśmy. Nie chcę was smucić. Powiem tylko, że bardzo wyraźnie było czuć, kiedy nasz synek był jeszcze z nami i kiedy opuścił swoje ciałko. Tam go już nie było. Straciło znaczenie.

Nasz ukochany synek nauczył nas wiele. Wiem, że nie chce, byśmy płakali. Ale to takie ludzkie, naturalne. Choć w pełni zrozumiałam, że opłakując zmarłych zwykle najbardziej płaczemy nad sobą. Niedawno usłyszałam historię o matce, która straciła 9-letniego syna. Bardzo po nim płakała. Aż pewnej nocy przyśnił jej się i powiedział, by przestała się smucić, bo jemu ciężko jest nosić fartuszek pełen łez. Gdy przestała rozpaczać, syn przyśnił się jej po raz drugi, tym razem uśmiechnięty i szczęśliwy.

Gdy Gabriel umarł, na oddziale pracowała ta sama zmiana co w chwili jego narodzin. Nasz mały synek przeżył cykl swojego życia. Wszyscy pracownicy szpitala, z którymi się zetknęliśmy, byli dla nas niesamowicie dobrzy i serdeczni, co było widać w drobnych gestach miłości. Nie wstydzili się łez i przeżywali z nami naszą najtrudniejszą, a zarazem najpiękniejszą podróż.

Nasza najtrudniejsza podróż, początek: Najtrudniejsza podróż: szok