Najtrudniejsza podróż: oczekiwanie

Katarzyna Najtrudniejsza podróż Leave a Comment

Czas mija, brzuch rośnie, a wraz z nim wszystko staje się bardziej realne. Tak jak ruchy Gabrielka. To, co zwykle w ciąży jest radosnym oczekiwaniem, dziś bywa dla nas powodem smutku. Dziwny jest ten czas. Jednak im bardziej nasz synek rośnie, tym więcej głębokiej pewności, że to najlepsza droga, jaką mogliśmy wybrać. Dzieciaki nie przestają mnie zaskakiwać. Tyle w nich ciepła w stosunku do Maluszka i do mnie. Najmłodszy Samuel przychodzi do mnie i przytula tak mocno, jakby pocieszał. I jest bardzo skuteczny 🙂

Zmęczenie całą sytuacją sięga zenitu, dlatego bardzo mi na rękę, że w Norwegii zaczęły się właśnie ferie jesienne. Strasznie chciałam zmienić otoczenie, wyjechać i zapomnieć. Ale dociera do mnie, że od tego, co czuję nie ma ucieczki. Mogłabym być na najhuczniejszym karnawale w Rio de Janeiro, a i tak przez feerię barw i muzykę przebiłaby się myśl o chorobie mojego synka. To mnie męczy, nie daje wytchnienia. Brak nadziei (bo już zupełnie straciłam złudzenia, że może z nim być dobrze) to opłakany stan.

Mimo to warto wyjeżdżać, poznawać nowe zakątki, przeżywać świeże emocje. Najlepszą terapią na smutki okazał się w ostatnich miesiącach Legoalnd. Tam udało mi się wreszcie śmiać i na pewno śmiał się ze mną Gabriel. On, jak każde dziecko, chce wesołej mamy. Wtedy mu przyjemniej. Żałuję, że tak rzadko dostarczam mu radości, że żyję w stresie, co wpływa też na jego samopoczucie. Chyba powinnam więcej o tym pamiętać. Nasz synek jest ważny, cieszę się, że jest. Wciąż zmartwiona jego chorobą, jednak cieszę się jego obecnością. Jego wyraziste ruchy dają mi poczucie, że jesteśmy razem. Że on ma tymczasowe mieszkanie, w którym jest mu dobrze. Wiele bym oddała, by mógł być zdrowy. Wiele razy zadaję sobie pytanie, czy to ma sens, by rodził się być może na śmierć. I choć odpowiedź nie jest łatwa, to czuję, że to nasza droga. Najlepsza z możliwych. Cholernie trudna. Ale i ta druga, gdybym dokonała aborcji (choć takiego rozwiązania nie brałam pod uwagę) wcale nie byłaby lekka. Nigdy nie wiadomo, w jakiej kondycji tak naprawdę dziecko się urodzi. Zanim się urodzi. Słyszałam o przypadkach diagnozowania ciężkich chorób i naciskania na aborcję, a gdy matki się na to nie godziły, okazywało się, że dzieci rodziły się całkiem zdrowe, lub z lekkimi wadami. Ale nie sądzę, że tak jest w większości przypadków. Jestem pewna, że z naszym Gabrielem jest tak, jak mówią specjaliści. Źle. Nie łudzę się, że będzie żył długo, ani że będzie zdrowy. Choć wiem, że wiele osób życzy nam tego z całego serca.

***
I nagle, nie wiedząc czemu, po fazie łez i frustracji przeszłam w stan wyciszonego oczekiwania. Czuję się tak, jakby ktoś wszczepił mi blokadę. Nie martwię się na zapas, nie rozmyślam za wiele. Pogodziłam się z myślą, że nasz synek prawdopodobnie odejdzie szybko. Czuję się znieczulona. I tego mi teraz trzeba. Brzuch robi się większy z tygodnia na tydzień, Gabriel fika jak mały piłkarz. Gdybym nie miała żadnych badań nawet nie przeszłoby mi przez głowę, że coś z nim jest nie tak.
Jednak po paru tygodniach blokada odpuściła. Nawałnica myśli powraca. Łzy sączą się do oczu w niewygodnych momentach. Znów nie mam ochoty wziąść się w garść. Do porodu zostały dwa miesiące. Teraz już każdy, kto wcześniej nie zauważył ciąży, gratuluje. A ja nie mam siły za każdym razem opowiadać naszej historii. Łatwiej mi z uśmiechem na ustach podziękować. Łapię się na tym, że w takich momentach sama zaczynam wierzyć, że to ciąża jak każda inna. Że czekam na poród, jak większość matek – z radością. To pułapka, bo powrót do rzeczywistości wywołuje ból.

***
Najlepsze, co w tej sytuacji mogliśmy zrobić, to znów wyjechać. Radosne miasto Barcelona wita nas serdecznie. Mimo późnej jesieni tu jest wciąż pogodnie. Słońce przygrzewa przez kilka godzin dziennie. Ludzie są życzliwi i uśmiechnięci. Jesteśmy tylko z Samuelem,   mamy wiec wiele okazji do wypoczynku. Choć tak, jak mamy to w zwyczaju zajeżdżamy się przemierzając miasto wzdłuż i wszerz. Mimo mojego złamanego palca u nogi i brzucha wielkości sporego arbuza. Wózek, w którym wozimy Samuela służy mi jako podparcie. W ciągu dnia wrażenia odpychają ode mnie złe myśli, a wieczorem zmęczenie też nie pozostawia wiele przestrzeni dla zmartwień. Samuel może nacieszyć się monopolem uwagi rodziców, którego jako posiadacz dwójki rodzeństwa nie doświadcza na codzień. Wesoło bryka po ulicach, ściągając na siebie spojrzenia przechodniów (zresztą robi to chyba celowo). A Gabrielek harcuje w ukryciu, w moim brzuchu. Fika, kopie z energią godną zawodnika Barcy i chyba jemu też się udziela klimat tego miasta. Jest pozytywnie.

***
Czas, czas, czas mija. Do planowanego terminu porodu pozostały cztery tygodnie. Tylko. Huśtawka nastrojów króluje, bo raz wydaje mi się, że jest dobrze, tak jak jest i wszystko akceptuję, a po kilku dniach budzi się nieutulony smutek i żal.
Nasze codzienne rytuały przypadły do gustu Gabrielkowi. Każdego ranka, zanim Kuba wstanie do pracy, bawi się z maluszkiem, a ten bardzo chętnie mu odpowiada na zaczepki. Gabrielek jest trochę mniejszy niż zwykle dzieci w jego „wieku”, wciąż dokazuje w brzuchu, ciągle ma na to miejsce.
Z różnych stron dochodzą nas słuchy, że bliżsi i dalsi znajomi, a nawet obcy nam ludzie modlą się za nas, myślą, pamiętają. I powiem szczerze, że to podnosi nas na duchu. Jestem pewna, że momenty, w których dostajemy z Kubą ekstramoc (a jest ich sporo), to zasługa ludzi, którzy nam pomagają w najlepszy z możliwych sposobów. Dziękuję. Minęło 5 miesięcy odkąd dowiedzieliśmy się, co się dzieje i widzę, że przez ten czas obydwoje staliśmy się silniejsi. Myślę sobie, że coś z tego pozytywnego musi wyniknąć. Tak jak powiedziała moja przyjaciółka „Cud pewnie się wydarzy. Ale pamiętaj, że nie zawsze wyglada on tak, jak myślisz”.

c.d.n.

Wcześniejsze wpisy:

1. Najtrudniejsza podróż: szok

2 Najtrudniejsza podróż: rodzeństwo. Mądrość dziecka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *