Na wesoło, choć trochę niebezpiecznie

Katarzyna Armenia, Podróże z dziećmi

Zdaje się, że normy UE dostały się już do naszego krwiobiegu. Odstępstwa od nich wywołują lekkie poczucie zagrożenia. A przecież sama pamiętam dokładnie taki świat z dzieciństwa. Dobrze się żyło, nic złego się nie działo. A jednak powrót do niego wywołuje niepokój. Ale zacznijmy od początku.

Erywań

Wycieczka z Placu Republiki do kaskad wiedzie przez szeroką Avenue pełną złotych wystaw. Chcieliśmy iść na lody, ale zdecydowanie nie była to dobra okolica, zarówno ze względu na ceny, jak i towarzystwo w luksusowych barach, do którego nasze Trzyimy zwyczajnie nie pasuje. Wspięliśmy sie więc powyżej docierając do „jeziora łabędziego” (owszem pływały, sztuk dwie), tam znajdują się też trzy duże muzyczne instrumenty porośnięte sztuczną trawą (zdjęcia po powrocie, techniczne ograniczenia obecnie rządzą). Takie upiększenie, a może to na cześć sławnego armeńskiego kompozytora, którego przedstawia rzeźba znajdująca się nieopodal. W okolicach kaskad znajduje się już cała strefa rzeźb współczesnych artystów. Lepiej strzeżonych, niż ponad tysiącletnie zabytki. Naszym oczom ukazały się setki schodów, a w naszych uszach rozbrzmiały dość znane słowa „bolą mnie nogi” wykonane na dwa głosy.

imageimageimageimage

image

Właściciel trzeciego głosu nie odzywał się, bo co tu narzekać, kiedy siedzi się wygodnie w nosidle. I nie wiem, czy to hasło „lody” odmieniło stan nóg naszych pociech, w każdym razie zaczęli wbiegać na górę z wiatrem we włosach. Kroku dotrzymywał im Kuba, ja z Samuelem w nosidle nie umiałam utrzymać tempa.
Po drodze, znajdują się tarasy równieź ubogacone sztuką, nie umiałam rozgryźć klucza kompozycji, bo były i lwy i niedźwiedzie polarne, żółwie, szklane wiatraki i wiele innych prac, również tu strzeżonych czujnie przez strażników (nie przed kradzieżą, a dotykiem). Kaskada jeszcze nie została dokończona, w pewnym momencie schody się kończą, pojawia się siatka, a za nią widok, który również cieszy większość naszych dzieci: wielki dźwig.
Chłopcy poszli jeszcze boczną drogą powyżej. A później wróciliśmy zjeżdżając ruchomymi schodami wewnątrz budynku, podziwiając równie ekstrawaganckie dzieła eksponowane w środku.
Widać je w czasie jazdy schodami i jest to głównie sztuka użytkowa, meble, lampy. Interesujące, kolorowe, dzieci zachwycone.

Nieopodal kaskad znajduje się też lunapark dla dzieci. Pojechaliśmy tam wieczorem taksówką (700 dram), ale można dojść tam kierując się z najwyższego tarasu kaskad na prawo. Wesołe miasteczko czynne jest od 11.00 do północy. Atrakcje stosunkowo niedrogie, w większości 400 dram, czyli 4 zł za przejazd. Fajnie, ale trochę ekstremalnie. Nie, żeby roiło się od rollercoasterów. Są tam atrakcje nawet dla najmłodszych dzieci, przypominają mi trochę Chorzów, jaki pamiętam z dzieciństwa, a dzieckiem byłam 30 lat temu. I chyba nie przesadzę pisząc, że większośc karuzel dobrze pamięta czasy mojej młodości.

image

imageimageimage

Gdy wsiedliśmy na diabelski młyn, z którego widać było oświetlony Erywań oraz ogromny pomnik przedstawiający Matkę Armenię z potężnym mieczem, jedynym zabezpieczeniem był metalowy łańcuszek. I jeszcze, gdy wznosiliśmy się, można było zobaczyć przerdzewiałe dna innych wagoników, trudno było przypuszczać, że nasz wygląda inaczej. Kaja w trwodze, Mateusz uradowany, a Samuel z pokerową miną odbywał podniebną podróż. Dzieciaki poszły jeszcze na kilka innych karuzel i pora była wracać, bo już zapadła ciemna noc. Przed bramą spytaliśmy taksówkarza o cenę kursu. Powiedział 1000 dram, a ja zareagowałam z całą moją krakowskością, co mocno zażenowało Kubę (o trzy złote będziesz robić problemy, burczał; i w sumie miał rację). Ale dostrzegłam Ladę, a to jeden z naszych ulubionych samochodów, więc wsiedliśmy do tej taksówki, nie pytając nawet o cenę. Kierowca, młody Ormianin, nie mówił po rosyjsku, co w sumie dziwne. Ale dogadywał się z naszymi dziećmi, gilgotał je po brzuchu ( siedziały z tyłu), odpalił papierosa, jakoś jeszcze w międzyczasie pisał sms’a. Wyglądał na przekonanego, że kierownicy trzymać nie musi, a i że drogę dobrze zna, i na nią też patrzeć nie trzeba (lepiej zerknąć na małe blondaski siedzące z tyłu). Dzieci wypytywały, czy lubi spać? Czy lubi pizzę? On odpowiadał całkiem na temat. Było wesoło, choć chyba trochę niebezpiecznie. Dlatego gdy dojechaliśmy pod hostel ochoczo wyskoczyłam zabierając gromadkę i nie patrząc Kubie w oczy, gdy płaciłam 1200 dram (12 pln). No tak, przepłaciłam. Ale dzieci następnego dnia żałowały, że nie będziemy jechać z tym samym panem taksówkarzem.