Migawki z Tbilisi, czyli opowiastki z podpaską w tle

admin Gruzja, Podróże z dziećmi 2 Comments

Tbilisi jest interesującym miastem. Mogliśmy się o tym przekonać dopiero po pokonaniu drogi przez góry, która oddziela dwie stolice: armeński Erywań i gruzińskie Tbilisi.

 

I gdy tylko przekroczyliśmy granicę zmieniliśmy zdanie. Ormianie, wbrew temu co myśleliśmy dotychczas, jeżdżą całkiem rozważnie. To Gruzini są drogowymi szaleńcami. Wyprzedzanie na drugiego, trzeciego zdaje się być ich specjalnością. Drogi z szerokim poboczem są do tego przystosowane. Mam wrażenie, że w jeździe samochodem chodzi głównie o to, by wyprzedzać. Już niekoniecznie dojechać do celu; ciągle widzimy kraksy. W Armenii przez 9 dni pobytu zobaczyliśmy jedynie stare wraki pogrzebane w górskich dolinach. Przebywając w Gruzji co chwilę widzimy stłuczkę.

8

W Tbilisi mieszkamy w samym centrum, przy Placu Wolności, za Marriotem.

31

Nocujemy w starej kamienicy, na V wysokim piętrze. Jest winda, ale na monety. Więc i tak często cwałujemy, bo nie mamy drobniaków. Zresztą w ostatnim dniu pobytu się popsuła. Wielki plus to malutki placyk zabaw pod kamienicą. Tu zaczyna się i zwykle również kończy każde wyjście.

7 28 23 6

Po Tbilisi fajnie się włóczy. Centrum zrobione na połysk, kamieniczki na tip-top. Sklepy są markowe, ulice szerokie. Ale wystarczy przejść dwie przecznice dalej, by obrazek się całkowicie odmienił. Kamienice chylą się (niektóre całkiem dosłownie) ku upadkowi. W latach świetności musiały być piękne. Dziś płaczą odpadającym tynkiem.  Gdy na nie patrzę staje mi przed oczami Kraków sprzed 20 lat. Wtedy Floriańska wyglądała dość dobrze, ale już na Jana, czy Tomasza były rudery. Na remonty potrzeba pieniędzy. A Tbilisi inwestując w turystykę właśnie je zdobywa.

53105

W mieście nie jest nudno. Są miejsca do  „odkrycia” i inne, do zwiedzenia. Na przykład Most Pokoju, który jeszcze przed wyjazdem nazywaliśmy z Kubą podpaską, bo pod taką „ksywką” najczęściej występuje w internecie. Więc gdy mówiliśmy dzieciom, że idziemy na szklany most, one poprawiały nas, mówiąc, że idziemy na podpaskę. Niech już będzie.

24 25 26 27

Ale mimo niezbyt wdzięcznej nazwy most mi się podoba. Zwłaszcza ze względów praktycznych. Jest zadaszony, co w tym żarze dużo znaczy, a poza tym hula po nim wiatr, co dodatkowo pomaga w wytchnieniu.

Most prowadzi do parku i kolejki, którą można wjechać na wzgórze z Matką Gruzją w roli głównej. Ta w jednej dłoni dzierży miecz, w drugiej wino. W Gruzji korzystamy przede wszystkim z tej drugiej ręki. Czasem tylko Mateusz wojuje, że niby właśnie z mieczem w dłoni (choć to patyk). Tak ma, odkąd został ninją.

12

Spod Matki Gruzji udajemy się do ruin twierdzy Narkala. Wybieram się sama. Reszta zajęła ocienioną ławeczkę, mała uczta: zimna woda i chrupki. Mateusz chce się do mnie przyłączyć. Szuka ryczerzy. Oglądamy mury obronne i spoglądamy na miasto.

13

Na terenie twierdzy jest też mały kościółek, czyli coś, co nasze dzieci niezbyt interesuje. Ale podbiega do mnie Kaja i stwierdzają z Mateuszem, że oni też chcą wejść.

– No to chodźcie, ale pamiętajcie, że tu się nie rozmawia, nie biega, bla, bla, bla…

– Dobrze, dobrze.

Wchodzą  i się zaczyna.

– Możemy zapalić świeczkę?

– Nie mam pieniędzy, żeby kupić –  u nas Kuba trzyma kasę. Ja zazwyczaj nie mam nawet kieszeni.

– Ale proszę, możemy po jednej? Albo po dwie?

– Nie.

– No dobrze, to po jednej.

I zamiast ciszy jest gadanie. Zirytowałam się, bo przecież mogli zostać na ławce, albo łapać robaczki. Potrzebowałam kilku minut ciszy.

Ze wzgórza zeszliśmy w kierunku bani. Pytam kobiety, czy dzieci też mogą wchodzić.

– Pewnie, pewnie, nie ma problemu. Możecie wziąć osobny basenik. Wchodźcie. Godzina kosztuje 30 lari (ok. 50 pln).

Wchodzimy, nie pomyślawszy wcześniej, że pół godziny może nam w zupełności wystarczyć. Prywatny basenik składa się z przedsionka z sofką, krzesłami i stolikiem, toalety, oraz niewielkiego basenu z wodą siarkową. Jest też prysznic. Woda jest za gorąca dla najmłodszych (2,5 i 4,5 roku). Jedynie Kaja zanurza się w śmierdzącej jajem siarkowej kipieli. Mateusz chłodzi się pod prysznicem. A Samuel relaksuje na ręczniku. Strasznie gorąco, przez chwilę myślałam, że zemdleję w wodzie. I śmierdzi fajkami, bo tu wszędzie można palić. A również zamówić piwko i biesiadować na skajowej kanapce w prywatnej przebieralni. Lub w wodzie. Jak pewnie się domyślacie to niezbyt familijne rozwiązanie, więc piwa w basenie nie pijemy. Czy banie są do bani? Nie, ale dla maluchów to średnia frajda. Nie skorzystaliśmy z mycia przez łaziebne, widzieliśmy tylko moczone w wiadrze szmaty, które wykorzystywane są do tego celu (mycie to dodatkowe 10 lari za ciało).

9 2

 

Tbilisi oznacza mniej więcej Cieplice. Według legendy król Wachtang Gorgasali zauroczony pięknem okolicy, a przede wszystkim gorącymi źródłami, kazał założyć tu miasto. Banie to łaźnie miejskie. Jest ich kilka do wyboru. Można korzystać ze wspólnych, jak również z osobnych pomieszczeń.

Z miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić wymienię Muzeum Państwowe przy Alei Rustaveli 3, czynne wt-nd od 11-17. Myślałam, że nasze dzieciaki lubią małe, jendotematyczne muzea, bo łatwo im się tam skupić. Tymczasem Muzeum Państwowe, pełne złota, biżuterii, starych ksiąg, antycznych ikon, monet, szabli, ceramiki oglądali z wielką fascynacją, oczywiście wszystkiego chcieli dotknąć (nie dotyczy to Samuela, on tylko chciał dotykać, ale niespecjalnie go interesowało). Muzeum przybliża styl życia minionych tysiącleci na terenie Gruzji. Na ostatnim piętrze jest wystawa dotycząca ofiar komunizmu, Mocna, ale też warta obejrzenia (to relacja Kuby, który był tam z Mateuszem; Kaja, Samuel i ja po obejrzeniu dwóch pięter ekspozycji czekaliśmy  na dole).

W Tbilisi z pewnością można odnaleźć wiele klimatycznych klubów. Z dzieciakami nie pchaliśmy się w takie miejsca. Raz zatrzymaliśmy się w Electro Cafe, które wystrojem przypominało mi knajpy z Krakowa, tylko krzesła mieli nowsze.

35 32

Wędrując po mieście natknęliśmy się na polskie akcenty.

22 1

Polska lodziarnia prowadzona jest przez młodą Polkę. W Gruzji jest naprawdę wielu Polaków, co potwierdzali właściciele hosteli, w których spaliśmy, a także obecność Polskiej Szkoły w Tbilisi. Sami też spotkaliśmy wielu rodaków. Natomiast w Armenii zdarzyło nam się to zaledwie raz.

Kuchnia gruzińska jest smaczna, ale dość ciężka. Narodowe chinkali to w zasadzie pierogi, tylko w innym kształcie i z wariacją nadzienia. House of Chinkali można znaleźć m.i.n w Tbilisi. Chinkali zamawia się na sztuki z wybranymi nadzieniami. Chaczapuri (khach’o twaróg, p’uri chleb, czyli serowy chleb) ma wiele odmian, nazwa zależy od kształtu i dodatków. Okrągłe to imeruli khach’ap’uri, megruli khach’ap’uri, np. imeruli z serem na wierzchu;  w kształcie łódki to ajaruli khach’ap’uri (np. z jajkiem), koperty penovani khach’ap’uri.

38 36 image

Gruzja ma pyszne sery, np. sulguni. Z win polecamy czerwone Saperavi.

p.s. Gdy wylądowaliśmy w Katowicach Pyrzowicach na taśmie z bagażami 90% stanowiły plecaki. Jeśli Twoim ulubionym zajęciem jest leżakowanie pod hotelem, to może się tu nie odnajdziesz. Ale jeśli lubisz góry, morze, wędrówki, zwiedzanie, a przy okazji jesteś smakoszem i miłośnikom win to Gruzja czeka na Ciebie.

 

***

Jeśli tekst wydaje Ci się interesujący, daj mi o tym znać.

Możesz to zrobić:

dzieląc się swoimi przemyśleniami w komentarzu

udostępniając wpis znajomym

A jeśli lubisz czytać naszego bloga, polub nasz fanpage tutaj

Dobrego dnia!

***

Comments 2

  1. Tak, ta szalona jazda też mnie stresowała, choć akurat my zadnej stłuczki nie widzieliśmy. Ach, pojechałabym znów w tamte rejony, tym bardziej, ze jeszcze nie byliśmy w Armenii…a tam piszecie, ze lepiej z jazdą. Nocny pociąg na siedząco z Tbilisi z trójka dzieci, nieźle 🙂

    1. Post
      Author

      No, myśmy siedzieli, a dzieciaki małe, więc prawie jak w łóżku miały 😉 Maluchom zawsze wygodniej. Armenia dobrze wypada w po równaniu z Gruzją , bo ogólnie to też lekkie wariactwo drogowe. Pozdrowienia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *