Macki wietnamskiej ośmiornicy, czyli o azjatyckich zabiegach marketingowych

Katarzyna Bez dzieci, Wietnam 2 Comments

Kilka lat temu w Patagonii spotkaliśmy parę ze Stanów Zjednoczonych, która przez sześć miesięcy w roku pracowała w restauracjach w Kaliforni (on szef kuchni, ona kelnerka), a zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczała na podróżowanie. Zjeździli spory kawał naszego globu. Spytałam o ich numer jeden, ze wszystkiego, co w życiu widzieli.

– Ha Long Bay na północy Wietnamu – powiedział po dłuższym zastanowieniu Steve. – Otaczają cię niesamowite formacje skalne wystające z morza, a ty na małej tratwie, wpływając do jaskiń, czujesz się jak rozbitek na innej planecie.

Pojechaliśmy to sprawdzić.

Zamiast śladem rozsądnych turystów udać się do jednego z biur podróży, wybraliśmy się na dworzec. Autobusem dotarliśmy do miasteczka Ha Long – o zgrozo, chyba najmniej interesującego zakątka na świecie. Oprócz hoteli z wywindowanymi cenami, nie ma tam właściwie nic. O, pardon. Są knajpki z bezsmakową zupą. Oraz mieszkańcy, którzy ostentacyjnie oszukują cudzoziemców. W ogóle miasteczko pełne jest dziwnych ludzi. Niby uśmiechają się i są uprzejmi. Tak jak dziewczyna, która podrzuciła nas swoim skuterem z dworca na przystań. Jak tylko zsiedliśmy z pojazdu – od razu zaczęła oferować nam wycieczki za kosmiczne ceny – 180 dolarów za dwa dni ( w Hanoi można było kupić taką za 60 $ z przejazdem). W prospekcie piękne dżonki ze złotymi żaglami. Dziękujemy, bo to jakiś absurd cenowy.

Nie jest łatwo uwolnić się od nachalnej osoby próbującej nas przekonać. Niewysoka niewiasta bardziej niż wiotką dziewczynę przypominała ośmiornicę, która oplata swą ofiarę mackami i za nic nie chce wypuścić. Była wkurzająca. Żegnaliśmy się, a proponowała, że zawiezie nas do hotelu – świetnego i niedrogiego. Woleliśmy jednak skorzystać z naszych nóg, niż jej uprzejmości.

– Nic tańszego nie znajdziecie – z przekonaniem kiwała głową, jakby sama potwierdzić chciała własne słowa.

– Jeśli nie, to z pewnością wrócimy do twojego hotelu – odwróciłam się, już naprawdę nie chciałam dłużej na nią patrzeć.

Gdy znaleźliśmy się przy ulicy z hotelami, znów się pojawiła. Cena w poleconym przez nią hotelu to 40 dolarów (w Hanoi spaliśmy za 7, co prawda bez luskusów, ale łóżka były). Poszliśmy dalej, a dziewczyna krzyczała za nami – Wracajcie! Nic tańszego nie znajdziecie!

Jednak kontynuowaliśmy marsz uliczką. Oglądnęłam się za siebie, by popatrzeć na mijaną witrynę i nie mogłam uwierzyć własnym oczom.

– Ta dziewczyna nas śledzi – przybliżyłam się do Kuby i razem patrzyliśmy na chowającą się za budką telefoniczną Ośmiornicę.

Ruszyliśmy w górę ulicy. Zerknęłam przez ramię i znów ją zobaczyłam, tym razem chowała się za autem transportowym. Jakiś koszmar. Gdy przy kolejnej ulicy weszliśmy w bramę, nad którą błyszczał szyld „Hostel” – w końcu odpuściła. „Hostel” okazał się zatęchłą dziurą o zawyżonym cenniku.

Poszliśmy dalej. Denerwowało mnie już wszystko – prześladująca nas dziewczyna (na szczęście tymczasem znikła), beznadziejne hotele i ich recepcjoniści z fałszywym uśmiechem i dolarami, które błyszczały w ich oczach zamiast źrenic; bary znajdujące się przy chodniku. Nawet sam chodnik mnie denerwował. Miałam ochotę wracać na dworzec i jechać z powrotem do Hanoi. Byłoby to jednak szczytem głupoty, bo przecież po tych nieprzyjemnościach czekał nas kulminacyjny punkt wietnamskiej wyprawy.

W końcu trafiliśmy na nowy hotel, pozbawiony tych wszystkich wydeptanych dywanów i śmierdzących mebli o powycieranych tapicerkach ze skaju. Wszystko lśniło i pachniało nowością. Recepcjonistka nie mówiła ani słowa po angielsku, a nasze trzy po wietnamsku to za mało, by porozumieć się werbalnie. Okazało się, że cena za pokój wynosi 12 dolarów. Bez wahania wzięliśmy klucz. Odetchnęliśmy z ulgą. Gdy weszliśmy do pokoju nabraliśmy wątpliwości – dębowe meble, piękna, pachnąca pościel. Klimatyzacja i telewizor. Rozłożyste małżeńskie łoże.

– Może jednak chodziło jej o 120 dolarów? – podrapałam się w głowę. Dostrzegłam, że w tych rozważaniach nie byłam osamotniona.

Czuliśmy się nieco niepewnie, ale ponieważ to bardzo wysokie 3 piętro, postanawiliśmy skorzystać z luksusu i jeszcze raz spytać o cenę, dopiero gdy już odświeżeni będziemy szli na obiad.

W recepcji okazało się, że żadnej pomyłki nie było. Nasz spacer po Ha Long naszpikowany został kolejnymi nie-smaczkami, więc po kupieniu najtańszej jaką udało się znaleźć, aczkolwiek wciąż drogiej, wycieczki (65 dolarów za dwa dni), postanawiliśmy wypiąć się na to pozbawione uroku miasteczko i jego mieszkańców. Kupiliśmy nasze ulubione piwo oraz rozmaite chrupanki i odcięliśmy się od zewnętrznego świata w naszym ekskluzywnym, czyściutkim królestwie.

Rano miał po nas przyjechać kierowca i słowo daję – wcale nie zdziwiliśmy się na widok siedzącej obok niego Ośmiornicy.

– Mam do was prośbę – uśmiechnęła się przymilnie.- Będzie z nami jechać jeszcze jedna para. Możecie nie rozmawiać z nimi o cenie wycieczki? Bo oni zapłacili trochę więcej.

– Trochę więcej? – powtórzyłam bezmyślnie. Wcale mi się nie chciało z nią rozmawiać.

– 95 dolarów, taki był cennik – odparła z azjatyckim uśmiechem (czyli tym wyrażającym raczej zakłopotanie, niż wesołość).

Kiwnęliśmy bez entuzjazmu głowami.

Sprawa cen na naszej „dżonce” była roztrząsana kilkakrotnie przez niezadowolonych wycieczkowiczów. Rekordzistą okazał się mieszkający w Hongkongu Wietnamczyk, który zapłacił w biurze w Hanoi 190 dolarów. Bo on akurat udał się na wycieczkę de lux. To nic, że jadł dokładnie to, co pozostali i spał w równie brudnej pościeli. Jako jedyny z rozczarowanych podróżnych uśmiechał się od ucha do ucha rozmawiając z pracownikiem biura, który był na statku. Inni chcieli go zjeść.

Wisienka na naszym wietnamskim torcie okazała się nieświeżą konserwą. Tratwy, o których opowiadał nam Stevezamienione zostały na turystyczne barki, szczelnie wypełniające przestrzeń zatoki (nie przypominające w niczym pięknych dżonek prezentowanych nam na zdjęciach). Jaskinie, w których stalaktyty i stalagmity stworzyły intrygujące kształty, zostały upstrzone kolorowym oświetleniem; dominuje zieleń, róż i niebieski.

– Tam na różowo, proszę państwa, podświetlona została postać żółwia – jeden z przewodników, wskazywał skalny kształt.

– Proszę spojrzeć – za chwilę inny przewodnik, wskazywał dokładnie to samo miejsce – co za wspaniała meduza.

Zgodności wśród oprowadzających brak. W wielu tematach. Wyjątek stanowiła kwestia zarabiania pieniędzy: byle więcej, nieważne jak.

Pływające wioski Wietnam P1030736P1030665P1030718    P1030762Jaskinie Ha Long BayP1030701

Comments 2

  1. witam,

    my mielismy podobne spostrzezenia:) po kilku wyprawach po Azji poludniowo-wschodniej moge powiedziec tylko jedno: wiekszosc tubylcow widzac turyste od pierwszych sekund mysli ile by tu od niego wyciagnac. Tzw small talk i pytania o kraj pochodzenia, prace, co my tu robimy czesto (oczywiscie nie moge powiedziec zawsze) maja na celu przyblizenie statusu materialnego potencjalnej „ofiary”. Precedens zawyzania cen osiagnal punkt kulminacyjny na Bali, gdzie przyjechalismy poznym wieczorem do malej miejscowosci z Pura Besakih a tam jako turysci tylko my i moze jeszcze jeden samochod i cale stadko „osmiornic”. Pan „przewodnik” stojacy przed swiatynia oswiadczyl ze nie mozemy wejsc sami do swiatyni bez jego uslugi i mamy zaplacic kosmiczna kwote za jego przewodnictwo (ktorego de facto nie chcielismy). A ze sytuacja robila sie coraz bardziej napieta – w koncu bylismy tam sami, wynegocjowalismy ile sie dalo, co i tak bylo duzo za duzo za jego lamany angielski, ktory ledwo bylam w stanie zrozumiec a i niechec do tego czlowieka spowodowala ze nie mialam ochoty juz go sluchac. Jak kierowca pozniej uslyszal jaki kit ten czlowiek nam wciskal to widzialam najpierw smiech a pozniej zazenowanie na jego twarzy.
    Nie wspomne o podobnych „przygodach” w Tajlandii, Kambodzy, Wietnamie.
    Szkoda ze tak piekne miejsca sa okraszone takimi sytuacjami.

    1. Post
      Author

      No właśnie, nam wciskali takie kity w Bangkoku – że teraz świątynia nieczynna, że to daleko i musimy wziąć taksówkę, więc najlepiej wsiąść na łódkę naszego samozwańczego informatora. A świątynia była otwarta i znajdowała się trzysta metrów dalej. To bardzo zniechęcające, a tak niestety mało zostało „autentycznych” miejsc. Najbardziej bolą mnie te fałszywe uśmiechy, trudno z kimś zawrzeć uczciwą ludzką znajomość, bo widzą w Tobie wyłącznie grube banknoty, które niekoniecznie się posiada;) Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *