Jak Polka z Dunką w Norwegii pracowały

Katarzyna Emigracja 8 Comments

Przychodzę do pracy. Na zmianie od południa jest Line. Mówi, że z powodu masy klientów nie zrobiła prawie nic z listy obowiązków. Mówi, że jest bardzo zmęczona. Szczerze powiedziawszy ja też jestem, choć to dopiero początek mojej zmiany (dziś pracuję do północy). Jest niedziela, godzina 17.00, za oknem słoneczne popołudnie. To wystarczy, żeby nie chciało mi się NIC. Ale rzeczywiście, za kasą panuje chaos. Bez myślenia zakasuję rękawy i biorę się do pracy. Szybko wskakuję na wysokie obroty, po chwili lista obowiązków zaczyna się kurczyć. A co robi Line? Wreszcie ma czas napić się kawy. Napisać kilka sms’ów i wykonać jeszcze kilka niezbędnych czynności. No ładnie, myślę sobie, ja zasuwam, by ją trochę odciążyć (mając śwadomość, że niebawem będę sama z nową listą rzeczy do zrobienia), a moja koleżanka czuje się, jakby właśnie była po pracy. Początkowo czuję się rozdrażniona sytuacją (nie okazuję tego; ona jest zajęta swoim telefonem, ja robieniem kanapek). Potem moja duńska koleżanka podchodzi do mnie, rozmawiamy przez chwilę. Ona – uśmiechnięta i zrelaksowana, ja skoncentrowana na tym co robię, spięta. Przechodzi mi złość. Myślę o tym, że choć dziewczyna może i mogłaby zrobić więcej, to fajnie jest popatrzeć na uśmiechniętą buzię i jej niespieszne kroki. Na chwilę przywróciła mi spokój. Ja tak nie potrafię. Gdy wiem, że coś jest do zrobienia w pracy, zwykle nie przestanę się krzątać do czasu, aż wszystko będzie zrobione. Wiem, że czasem staję się frajerem na własne życzenie. Ale silniejsze od tej świadomości jest to, że nie lubię, kiedy rzeczy, które mam zrobić są nietknięte. Tak już mam i wydaje mi się, że podobnie funkcjonuje wielu Polaków. Nie tylko pracujących za granicą. Często jesteśmy pracowici i obowiązkowi. A przez to czasem spięci. Szybcy i skuteczni. Ale czasem niezbyt rozmowni (oczywiście, jest też wielu leniuchów, więc to niekoniecznie „cecha narodowa”). Line to pierwsza Dunka, z którą pracuję. Nie wiem, czy jest typową przedstawicielką Duńczyków. Może zupełnie nie? Historia nie dotyczy Duńczyków, o których wiem niewiele (chyba tylko tyle , że wszyscy, których znam są otwarci i weseli, ale to przecież też nie reguła). Choć czytając o tym, że Duńczycy znajdują się na szczytach rankingów na najszczęśliwszych mieszkańców naszego globu, przypuszczam, że tak właśnie może być. Historia dotyczy różnego podejścia do tych samych spraw. Być może praca nie może stać się ważniejsza od kubka kawy. To całkiem rozsądne podejście. Jednak mimo  świadomości, że przez mój „polski” stosunek do pracy ściągam na siebie większą ilość obowiązków, jednocześnie nie potrafię i chyba nawet nie chcę go zmieniać. Bo choćby były to najdrobniejsze rzeczy, które robię, fakt że zostały dobrze wykonane przynosi mi satysfakcję. W dodatku nie robię niczego w czynie społecznym. Dobrze się składa, że wielu przełożonych w Norwegii, w tym i mój szef, ma łatwość doceniania wysiłków pracowników. A w tutejszych warunkach nawet niewielkie zaangażowanie jest dostrzegalne.

Godzina 18.00, ostatnie kwadranse wspólnej pracy na dzisiaj. Line poszła do chłodni uzupełnić zapas napoi na półkach w lodówce (zajęcie na maksymalnie 20 minut). Wychodzi z niej dokładnie o 18.58. Zadowolona. Już czas do domu. Śmieję się w duchu. Lubię tę sympatyczną dziewczynę.
Już wcale nie jestem zła. Dlaczego miałabym mieć pretensję o to, że ktoś ma inne podejście do pracy niż ja? Mogę być co najwyżej zła na siebie. Bo może jest tak, że bardziej niż szacunku do siebie samych, nauczeni jesteśmy szacunku do pracy? Może lepiej byłoby minimalizować wysiłek, zamiast traktować wszystko tak „serio”? Może. Choć w zasadzie nudziłabym się w pracy (nic nie przeciąga tak czasu, jak brak zajęć;), mając jednocześnie poczucie, że mogąc zrobić dużo, zrobiłam minimum. A z tym nie czuję się najlepiej. To już wolę być zmęczona. I nie wiem, czy to kwestia wychowania, charakteru, czy pochodzenia. Wszystko pewnie się tu miesza. Gdzieś tam błyszczy złoty środek. Ale gdyby tak wszyscy do tego złotego środka ciągnęli, to chyba stalibyśmy się zbyt podobni?

Comments 8

  1. Mieszkam w Danii i miałam tę przyjemność pracować z Duńczykami. Jest dokładnie tak jak napisałaś. Oni się nie przemeczają, robią wszystko tak żeby rozciągnąć to w czasie. Jak się stoi ze szczotką i nawija przez pół h to jest praca 🙂 i nikt się nie przyczepi, że nic nie robi. Czasem też dużo się chodzi żeby wyglądało, że dużo pracujesz. Jak tu nie być szczęśliwym…

    1. Post
      Author

      No właśnie. Ale to też sztuka, trzeba być kreatywnym, żeby wiedzieć jak to zrobić, żeby się nie narobić i dużo zarobić 🙂 (pamiętam to hasło z dyskusji moich rodziców ze znajomymi, kiedy byłam mała). Pozdrawiam serdecznie 🙂

  2. Wiesz, nie lubie pracować z Polakami, bo oni są właśnie tacy „wezmę i zrobię” zamiast „najpierw pomyślę, zorganizuję się i dopiero zrobię”. W efekcie robią kupę bezsensownej pracy, której można by było uniknąć, gdyby się poświęciło pięć minut na myślenie.

    1. Post
      Author

      Na łapu capu, niezły chaos. Przychodzi mi na myśl mój Tato, który w niektórych pracach działkowych uczestniczył z krzesełka, mówiąc, że najważniejsza jest dobra organizacja, a ktoś jej przecież musi dopilnować 🙂 Zgadzam się w pełni z Tobą i Tatą, że dobra organizacja to podstawa. Pozdrawiam 🙂

  3. hej! mam dokladnie tak samo i nie chodzi nawet o prace w ktorej nigdy nie pozwalam sobie na odbebnienie jakos tam roboty. Praca jak praca. Wiekszosc do niej chodzi i to ile z siebie w niej dajemy to kwestia naszych sumien. Ja mam wiekszy problem po powrocie do domu. Zamiast w koncu odpoczac , usiasc,napic sie tej przyslowiowej kawy…zabieram sie za wszystko co „powinnam” zrobic jako przykladna zona i matka. Nie umiem wyluzowac dopoki tego nie zrobie,a czesto jest tak,ze mam ochote zasnac po prostu gdy usypiam coreczke miedzy 19.30 a 20.30. Chodze podenerwowana,ze nie mam chwili dla siebie…ale winic moge tylko siebie!!! coreczka ma 2.5 latka i nie przeszkadza jej przeciez pranie na suszarce,ktore trzeba poskladac. A maz jest wyrozumialy i nie musi miec obiadu podstawionego pod nos zaraz jak wroci z pracy. Lepiej-moze kupic sobie jakiegos „gotowca”. Wiec dlaczego??? chore to jest!!! Bycie tzw.matka Polka i dodalabym zona Polka;) zazdroszcze tego luzu Norwegom. Znam ich dosc dobrze. Mieszkam w Norwegii od dobrych paru lat i mam z nimi spory kontakt. Potrafia cieszyc sie zyciem. Zastopowac…pozdrawiam.

    1. Post
      Author

      Oj, to nie łatwo. Ja mam jak Twoja córeczka- nie przeszkadza mi pranie na suszarce ;). Gorzej jak Twój mąż i dziecko przyzwyczają się do tego wszystkiego, a Ty zapragniesz odpocząć. Mi po pracy czasem ciężko wykrzesać energię na zabawę z dzieciakami, tym bardziej porządki czasem muszą poczekać. Chyba wiele zależy od charakteru, a Ty jesteś pewnie perfekcjonistką 🙂 Pozdrawiam

  4. Aneta! Jak dobrze to znam! Dopiero wczoraj mówiłam o tym przyjaciółce – norweżce 🙂 sama mam 2latka w domu i lecę z pracy na łeb na szyję by nie był odebrany z przedszkola jako ostatni, by obiad był ciepły tuż po powrocie do domu. Tak dla niego jak i dla mnie. I czysto ma być, i dziecko wybawione i wyprzytulane za te wszystkie godziny w przedszkolu bez mamy. I mąż ma być zadowolony, że obiad czeka, a gacie uprane. I tylko czasami mam ochotę wystrzelić się w kosmos, bo głowa boli, bo oczy się same zamykają. Ale kocham te moje życie w pędzie gdy moja ‚chwila dla siebie’, to wyniesienie śmieci – przyznam, że czasem zabłądzę i wracam po 30min 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *