Jak dają, to brać, czyli sztuka przyjmowania ciosów

Katarzyna Styl życia 2 Comments

Umiejętność przyjmowania prezentów to nie lada sztuka. Nie każdy potrafi przyjąć dar z prostotą, bez wymówek, że nie trzeba było. I bez poczucia, że teraz oto mamy zobowiązania. Właściwie to ludzi chyba da się podzielić na tych, którzy potrafią przyjmować z radością i na tych, dla których otrzymywanie prezentów jest kłopotliwe. A gdy bywa kłopotliwe, to i radości trochę jakby mniej.
Kiedyś pewna mądra dziewczyna powiedziała mi (bo sama miałam problem z przyjmowaniem darów), że nieprzyjęcie prezentu to przykrość dla ofiarowującego. Nigdy wcześniej o tym nie myślałam w ten sposób. Ale znałam inne hasło, które ostatnio często sobie przypominam: „jak dają, to brać, jak biją, to uciekać”. I tym staram się kierować w życiu. Jest jeszcze jedno mądre powiedzenie: ” dawać i prosić to za dużo”. I tak też uważam.

Ale chodzi tu nie tylko o prezenty, czy nawet pomoc, którą ofiarują nam ludzie i którą czasem trudno nam przyjąć, lub jej przyjęcia odmawiamy. Chodzi też o to, co daje nam los. I o to, co robimy z tymi „prezentami”. Nie zawsze chcianymi, czasem nieoczekiwanymi. Bo przytrafiają nam się różne historie. Można przyjąć je jako coś nieuniknionego, lub wygrażać pięścią przeznaczeniu, albo tłuc głową w chropowaty mur, aż do krwi. Co interesujące są ludzie, których ciągle spotykają złe historie i inni, którym „los sprzyja”.

Wiem, że nie wszyscy tak odczuwają, ale ja długi czas w moim życiu myślałam, że nie zasługuję na piękne zdarzenia. Wydawało mi się, że nie jestem ich warta. A jak już sie przydarzały, byłam pewna, że to przez pomyłkę. I że długo trwać nie mogą. I rzeczywiście kończyły się jeszcze szybciej, niż przychodziły. Zazwyczaj na skutek moich nieuświadomionych zachowań, które wysyłały sygnał światu – to nie jest dla niej. Zaprogramowałam swój umysł i długo trwało, zanim udało mi się zmienić nastawienie. Tak naprawdę przez wiele miesięcy codziennie powtarzałam sobie, że zasługuję na to, co jest dobre. Powtarzałam tak długo, aż w to uwierzyłam. I teraz jestem o tym głęboko przekonana. I to przekonanie przyciąga do mnie dobrych ludzi i dobre zdarzenia. Zapewne działa to też w ten sposób, że w zdarzeniach „złych” i tak dopatruję sie dobra. Bo przecież „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Dostrzegam to często, choć zwykle dopiero po długim czasie. Patrząc wstecz większość złych doświadczeń doceniam. W najgorszych doświadczeniach można dopatrzeć się czegoś dobrego.

Dlatego całkiem niegłupio jest przyjmować z otwartością to, co niesie życie. To co jest dobre, ale również to, co nie najlepsze. Im częściej człowiekowi udaje się powiedzieć „dziękuję”, czy po prostu poczuć wdzięczność, tym łatwiej przychodzi też akceptacja wszystkiego, co nie układa się po naszej myśli. I to zwykle jest początek szczęśliwego zakończenia.

Comments 2

    1. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *