Havana Club

Katarzyna Bez dzieci, Kuba

No i jesteśmy. Na lotnisku celniczki Kubanki, których uniform stanowi zdaje się mini i rajstopy kabaretki, bo wszystkie niezależnie od noszonego rozmiaru mają je na sobie, odprawiają nas szybko. Długo czekamy na bagaż, ale najważniejsze, że się doczekujemy. Wszędzie kolejki, do jedynego kantoru też długi ogonek. Ale tuż obok jest bankomat, z którego nikt nie korzysta. Trzeba zapłacić podatek, przy wypłacie 50 CUC było to 1,5 $ , ale szczerze powiedziawszy po ponad 24 godzinnej podróży mam w dupie krakowskie oszczędzanie (z którego słynę) i dzięki temu szybko znajdujemy taksówkę co ja mówię, to taksówka znajduje nas.

– 30 CUC do Habana Vieja.
-25 chyba – tu już znowu przypomniałam sobie kim jestem i skąd pochodzę.
-Nie, 30, to oficjalna stawka, jak jedzie się taniej nielegalną taksówką, to do więzienia można trafić.
– Aha – kiwam głową.
Odchodzimy, gość lezie za nami. Ściemnia, nawija, mówię, że dzięki.
Koleś nie daje za wygraną, koniecznie chce żebyśmy wsiedli do taksówki jego korporacji, więc kiedy ugadujemy się na 25 CUC to wsiadamy i jedziemy pod naszą pierwszą kubańska casę.
Casa La Polaca znajduje się w sercu Habana Vieja, w postkolonialnej kamienicy. Antyczne meble, strop na wysokości 5 metrów, dwie sypialnie, kuchnia i łazienka (jakieś 70 m2), balkon z widokiem na wąską uliczkę i mieszkania w przeciwległej kamienicy. Na podłodze leżą kafle ceramiczne w roślinne wzory, stare, drewniane meble też dodają uroku tym wnętrzom. To dobra baza na początek naszego pobytu.


Kubańczycy w ciągu dnia leniwie oddają się swoim zajęciom lub nie robią nic, przesiadując na progach kamienic. Czasem drzemią na krzesłach i wcale im się nie dziwię, bo gorąco jest i trudno działać na najwyższych obrotach. Habana Vieja, czyli stara część Hawany gdzieniegdzie jest odnowiona, trochę dalej od centrum jest naprawdę vieja (stara), kamienice sypią się lub już się rozsypały. W wielu miejscach trwają prace renowacyjne, a budowlańcy posługują się takimi samymi metodami jak sto lat temu; dźwigają ciężkie wory z cementem na plecach, pracują na chybotliwych rusztowaniach; upał nie ma litości również dla nich.
Kilka razy proponują nam taxi czy zachęcają do zjedzenia w restauracji, ale nie jest to bardziej nahalne niż w innych turystycznych miastach. Nastawiłam się na zetknięcie z mega biedą, która w centrum stolicy w oczy nie kole. Młodzi ubrani są po europejsku, mają nowoczesne telefony. Nie ma wielu żebraków. Kubańczycy są przystojni, ładnie zbudowani, a Kubanki naprawdę śliczne. Koktajl genów z trzech kontynentów wizualnie jest naprawdę udany.
Zwykle na uśmiech odpowiadają uśmiechem i chętnie z nami rozmawiają.
Hawana jest głośna, gorąca i kolorowa. W dużym stopniu są to fasady i domy dla gości, bo podwórka Kubańczyków nie tchną kolorem, sa raczej ciemne i ponure.

Señora Maria, która przygotowuje nam śniadania, jest bardzo ciepłą i uprzejmą kobietą. Gdy otwiera nam drzwi pierwszego wieczoru jest ubrana w nieskazitelnie białą sukienkę, włosy ma starannie ufryzowane i w sposobie, w jaki się porusza przypomina mi troche Sofię Loren. Dama, z uśmiechem i nienarzucającą się elegancją. Ma dwoje dorosłych dzieci – muzyków. Opowiada nam o ich życiu i swoim. Teraz, odkąd rząd umożliwił prowadzenie własnej działalności gospodarczej, jest ciutkę lepiej. Gdy wspomina lata 90′, kiedy jej dzieci chodziły do szkoły, a w kraju panowała skrajna bieda, w jej oczach stają łzy.

Wspomina, jak dzieci na drugie śniadanie do szkoły dostawały wodę z cukrem i kawałek chleba, jak udało jej się dostać dwie marchewki i chciała zrobić zupę, ale nie miała zupełnie nic innego, żeby do zupy dołożyć. O samochód było bardzo trudno (i nadal nie jest łatwo go kupić), woziła dzieci do szkoły muzycznej na rowerze, daleko od domu. Dbałość o ich wykształcenie wymagała od niej dużego poświęcenia. Ale dopięła swego. Mówi, że ten okres głęboko zranił wszystkich Kubańczyków, a jak głęboka jest ta rana widać nawet teraz, gdy opowiada tę historię po ponad 20 latach, wspomnienia wciąż są bolesne.

Na Kubie są dwie waluty – CUP, czyli waluta narodowa i CUC, pieniądze dla turystów. W rzeczywistości w obiegu są obie waluty, którymi mogą się posługiwać zarówno Kubańczycy jak i przyjezdni. Mówi się, że Kuba jest droga. Chyba nie mogę się z z tym zgodzić. Jeśli chodzi o przyjezdnych to rzeczywiście są dwie rzeczy, które turystów kosztują dużo: noclegi i transport. Spać można w hotelach, w których ceny to nieporozumienie – w średnim standardzie w Havanie ceny chyba nie schodzą poniżej 200 CUC, a to oznacza jakieś 800 pln za noc! W Krakowie, czy w Oslo, takie ceny dotyczą raczej bardzo wypasionych hoteli. Są jeszcze hotele niższego standardu, trochę tańsze. Inna opcja to Casa Particular, śpi się w prywatnych licencjonowanych domach i wychodzi to dużo taniej. Ceny to około 20 – 30 CUC za dwójkę. Za śniadanie płaci się dodatkowo 5CUC za osobę (ok. 20 pln) i warto, bo to obfity posiłek, składający się z owoców, soków, jajecznicy, kawy. Dlaczego jajecznica? Bo jajka to jeden z nielicznych niedeficytowych produktów.
Kubańczycy zarabiają śmiesznie mało, zupełnie niewystarczająco, by przeżyć od wypłaty do wypłaty. Dlatego w narodzie wykształciła się żyłka kombinatorstwa, podobnie jak w naszym kraju. Muszą być kreatywni i zdobywać pieniądze na różne sposoby. Najlepszy z nich to turystyka.
Hawana, jak każda stolica, jest pełna ludzi, zgiełku, turystów, kawiarni. Można trafić do całkiem „europejskich” kafejek, z europejskimi cenami. Można żywić się w miejscach, w których jedzą lokalni, wtedy ceny za posiłek to jakieś 4-8 zł. Udaliśmy się do domu jednej pani, która od 7 rano stoi przy garach i gotuje. Jedzenie podaje w swoim pokoju, w którym oprócz dwóch stolików przykrytych ceratą stoi telewizor i bujany fotel – mebel obowiązkowy.

Jemy, dziękujemy i dalej płyniemy z prądem hawańskich ulic, na których mieszają się zapachy, kolory i dźwięki, sprzedawcy ciastek i lodów nawołują, a ludzie siedzą przed domami, gawędzą, lub wpatrują się gdzieś, może w przyszłe dni, nie zawsze z nadzieją.