Feel Barcelona Baby

Katarzyna Hiszpania, Podróże z dziećmi 0 Comments

Feel Barcelona

Jest trochę jak na westernie. Nastał dzień wyrównywania porachunków. I to między rodzeństwem. Nic dziwnego. Kaja i Mateusz byli już w Barcelonie, a Samuel jeszcze nie! Co było robić? Po wyrzeźbieniu kilku dni wolnego w pracy kupiliśmy bilety i zabraliśmy urwisa w drogę. Krótki lot z Kristiansand do Oslo utwierdził mnie w przekonaniu, że podróże z jednym dzieckiem, to jak podróże bez dziecka. Samuel siedział między zaspanymi rodzicami i studiował kartę pokładową, później uczył się zapinać i rozpinać pas, później nie wiem już, co robił, bo z błogością przymknęłam oko (na usprawiedliwienie dodam, że pracowałam do północy, a pobudka była przed 5 rano). I jakbym spytała o to Kubę, też by nie wiedział, również drzemał. Jednak ta idylliczna sytuacja uległa zmianie już w trakcie dłuższego lotu do Barcelony. Samuel kilka razy dał głośniej znać, że na pokładzie jest dziecko, które wcale nie zamierza być idealne.
Dzięki babci, która z nami pomieszkuje ostatnio, starsze rodzeństwo ma świetną opiekę i wiemy, że będzie im prawie tak dobrze, jak nam. Dlaczego prawie? Bo w Barcelonie świeci wciąż słońce i niezmiennie panuje klimat, który pozytywnie wpływa na dobre samopoczucie. I dzieci intensywnie to odczuwają. Tak było, gdy byliśmy tu ze starszą dwójką – podobało im się nieziemsko, zwłaszcza Kai, miała wtedy 3 lata. Mateusz jako roczniak był wiecznie zadowolonym dzieckiem, co nie uległo zmianie w Barcelonie. I tak jest teraz, gdy Samuel ma prawie 2 lata. Dzisiaj, mimo bardzo wczesnej pobudki i kilku godzin w podróży, przewędrowaliśmy dzielnicę Mountjuïc. Gdy Maluch zobaczył park, pnący się nieopodal Fundacio Miró, pełny słońca i zieleni, z rozciągającym się widokiem na miasto hasał jak źrebak. Drabinki zastąpiła mu ławka, na której relaksowaliśmy się z przymkniętymi oczami.

image

 

image

Wspaniałe chwile błogości, kiedy nigdzie się nie spieszysz, nic nie musisz, a twoje ukochane dziecko samo znajduje sobie setki interesujących zajęć. Oprócz wspinania się na ławkę, pokonywania góry z mamy i zeskoków na alejkę, Samuel zbierał suche badyle, listki oraz skarby (tłumaczone w języku taty na „śmieci”) i wrzucał do kieszeni w wózku. Czemu tyle radochy sprawiało mu później bieganie alejkami? Pewnie z tych samych powodów, dla których błogi uśmiech nie znikał z naszych twarzy. Ujęto to zgrabnie w dwóch słowach: „Feel Barcelona”.
Czujemy ją w powietrzu. A także w nogach. Bo choć odległości są spore, z przyjemnością pokonujemy kolejne przecznice. To mój ulubiony sposób zwiedzania miast. I choć wędrówka trwa długo, najlepiej pomaga mi chłonąć to, co w miastach cenię – ich atmosferę.

Samuel naładowany energią pokonał 140 schodów wiodących do muzeum z pracami Miró. Sztuka tego artysty była mu bardzo bliska, rozumiał ją z pewnością lepiej, niż ja i Kuba. Była mu tak bliska, że chętnie przeanalizowałby manualnie wiele z prac, ku zgrozie pracownicy muzeum i trochę naszej (spokojnie, złapaliśmy go w porę).

Nasz syn, dziecko z prowincji, bardzo przeżywa również podróże metrem, które sprawiają mu co najmniej tyle frajdy, co przejażdżki kolejką w Legolandzie.

image

W Barcelonie nie widać zbyt wielu dzieci na ulicach (co przekłada się na brak przewijaków w wielu miejscach; czym już dawno przestaliśmy się przejmować).  Widok rozbrykanego malucha cieszy przechodniów, a Samuel, być może właśnie za sprawą wyjątkowej atmosfery miasta wesoło bryka, jakby najadł się szaleju (chyba, że to reakcja jego organizmu na owoce morza?).  Właśnie dziś uchachany biegał po jednym z licznych placów, wygłupiał się z nami i śmiał do rozpuku. Gdy szliśmy dalej wylądował na chwilę w wózku i nie szczególnie mu się to spodobało, zaczął płakać. Wtedy jakiś przechodzień – turysta skomentował do swojego kolegi „He’s not happy”. A ja pomyślałam o tych wszystkich uśmiechach, które wywoływał jeszcze kwadrans temu i całym radosnym dniu. I o tym, że widząc urywek czyjegoś życia czasem tak łatwo  nam mówić o drugim człowieku, nie dopuszczając do siebie myśli, że jest wiele rzeczy, których nie widzimy i nie wiemy. Nie mam na myśli tej niewinnej sytuacji z Samuelem, ale codzienności, w której sama popełniam ten błąd wielokrotnie.

W czasie 6- godzinnego spaceru zahaczyliśmy o Pałac Narodowy, Magiczną Fontannę i Plac Hiszpański.

image image

Byliśmy też skosztować tapas przy Carrer de Blai w dzielnicy Poble Sec. Przekąski w czwartki kosztują tu 2€, czyli dużo taniej niż w centrum, a jakością w niczym im nie ustępują. Zdecydowanie odradzam jedzenie przy głównych ulicach, jak La Rambla. Ceny są kilkakrotnie wyższe, niż trochę dalej od centrum.  Ale o praktycznych wskazówkach będzie w jednym z kolejnych wpisów.

Hasta la vista!

Przeczytaj też o innych atrakcjach tego miasta: Ulubione miasta: Barcelona

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *