Dycha w Bilbao

Katarzyna Bez dzieci, Hiszpania Leave a Comment

Bilbao wita nas płomieniem słońca, ale cóż to w obliczu naszej płomiennej miłości, co już dziesięć lat jest przypieczętowana. Świętować przyjechaliśmy krągłą rocznicę i jak zauważa moja Mama sprytnie było brać ślub w lecie, bo zeszłoroczny wypad z Kubą na Kubę też można podciągnąć pod wyjazd z tej okazji. Słusznie. Bilbao wymarzyliśmy sobie, trochę jak siebie nawzajem.
Choć nie ma z nami dzieci, bacznie monitoruję gęsto pobudowane place zabaw. Kraj Basków (Euskadi) jest częścią Hiszpanii, w której bezrobocie jest niskie, a gospodarka regionu ma się dobrze. Może właśnie stabilna sytuacja sprawia, że  wiele jest rodzin z  dziećmi?
Niewielkie miasto łatwo zwiedzać tak, jak lubimy najbardziej: na piechotę, gdzieniegdzie udaje się znaleźć trochę cienia. Choć turyści nie są rzadkością, to nie ma tłoków i dlatego niespieszna włóczęga po mieście jest niebywale przyjemna. Kroczymy po chodnikach Bilbao, na których leżą specjalnie zaprojektowane dla miasta płytki chodnikowe (żeby odprowadzać wodę, bo tu dużo leje).
Poczucie przestrzeni potęguje widok na pobliskie góry, wyłaniające się tuż za wieżowcami na obrzeżach miasta. Dla tych, którzy nie przepadają przygotowywać sobie planu zwiedzania, Bilbao to idealna opcja; na większość atrakcji można się natknąć mimochodem, gdy krąży się po ulicach i spaceruje bulwarami.
 
Tu właśnie spędzamy naszą dziesiątą rocznicę ślubu i wieczorem, w ramach uroczystych obchodów, próbujemy morskich przysmaków w restauracji na starym mieście (Casco Viejo). Kelnerzy z minami zmęczonych profesjonalistów sprawnie podają dania. Miejscowym specjałem są kałamarnice w sosie własnym (los chipirones en su tinta), to danie trafia na mój talerz. Sos atramentowy jest smaczny, ale tak czarny, że bardzo bym nie chciała, żeby wylądował na białej sukience. Przez chwilę wprost z talerza płyną do mnie czarne myśli i robi mi się trochę szkoda kałamarnic, skądinąd bardzo smacznych. Kuba dostaje ośmiornicę z grilla, dobra, choć raczej nie uda mu się najeść. Z dokumentacji wynika, że w czasie pobytu w kraju Basków czekają nas wielkie kulinarne przeżycia, na początek jest nieźle. Zawsze można skoczyć na pintxos, czyli miejscowe przekąski, które tu podawane są najczęściej na przypieczonej bagietce. Są wyśmienite!
Po przylocie i pierwszej włóczędze po mieście wróciliśmy do pokoju, by uciąć komara, czyli mówiąc w narzeczu na siestę. Włączyliśmy telewizor, a tam w kółko o tym, że strasznie gorąco i ciągłe wywiady z ludźmi, jak radzą sobie z upałami. Gdy następnego dnia wyszliśmy na ulicę zaczepiła nas ekipa telewizyjna i stało się, właśnie mieliśmy nasz debiut w hiszpańskiej tv. Powiedzieliśmy im, że nawet znośne te upały, bo zaprawę mamy już z Polski, a najbardziej ich ucieszyło, gdy jako metodę na schłodzenie wymieniliśmy zimne piwo.
Kilka dobrych godzin spędziliśmy w Muzeum Guggenheima, z którego Bilbao słynie. To jeden z tych obiektów nie do przeoczenia, wznosi się nad rzeką połyskując stalą falistej konstrukcji. Z zewnątrz wygląda fantastycznie, a w środku mieści dużo zajmujących wystaw, choć obejrzeć wszystko z uwagą jednego dnia  jest trudno. Na parterze wystawiano instalacje Joany Vasconcelos, między innymi olbrzymie buty na obcasach z garnków i pokrywek, lampion z tamponów, fotel z aspiryn, wszystko łatwo przyswajalne. Na pierwszym piętrze nieco trudniejsza w odbiorze sztuka chińska po 1989 roku. Nie sposób przeoczyć, jak sytuacja polityczno-gospodarcza wpływa na artystów i ich działania.
Na drugim piętrze najwięcej miejsca zajmuje wystawa Marca Chagalla. W muzeum jest też sporo prac innych artystów. Obok doznań estetycznych jest i fizyczne, bo jest tu naprawdę chłodno! Zaraz po opuszczeniu budynku uderza w nas fala upału. Dzieci skaczą po pobliskich fontannach, dorośli zlewają sobie głowy w hydrantach. My chłodzimy się od wewnątrz.
Idziemy do Azkuna Zentroa, stary magazyn przerobiony na multifunkcjonalną przetrzeń, z kinem i salą wystawową,  z podświetlanymi ławkami i wieloma kolumnami, każda inna. Ogromna cienista przestrzeń. Bardzo przypadło mi do gustu, że to właśnie przestrzeń jest tu głównym  aktorem, bo przecież można by ją zasłać butikami.
Kolejny wieczór spędzamy dobrą godzinę na długich schodach znajdujących się przy metrze, razem z miejscowymi, turystami, wszystkimi, którym odpowiada takie spojrzenie na miasto.
Zapach trawy roztacza się dokoła, strzelają zawleczki od puszek z piwem i niespiesznie toczy się życie basków. Ten rytm jest i dla nas wytchnieniem, dobrze jest być z dala od pośpiechu, nawet na tych nie najczystszych schodach, w nas jednak sporo czystych myśli. Dobrze jest.
Później spacerkiem udajemy się na targowisko rybne Mercado de La Ribera, powyżej którego znajdują się bary z wyśmienitymi pintxos. Siadamy na podłużnym tarasie z kamiennymi barierami, pod nami wije się rzeka, połyskująca światłami latarń. Dobry wieczór i dobranoc.
p.s. Przyjazny dojazd z lotniska zapewnia autobus 3247. Warto już na lotnisku kupić kartę barki. Kosztuje 3€ i można wybrać kwotę doładowania. Wystarczy powiedzieć, że bilet na autobus z lotniska kosztuje 3€, a jeśli używamy karty, tylko 1€. Można jej używać w różnych środkach transportu na terenie miasta.

***

Cześć. Jeśli lubisz czytać wpisy na blogu proszę daj o tym znać:

  • zostaw komentarz
  • udostępnij wpis znajomym
  • a przede wszystkim polub fanpage tutaj

Pozdrawienia

Trzyimy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *