Do not touch! Armenia z dzieckiem

admin Armenia, Podróże z dziećmi 4 Comments

Przed wyjazdem na tegoroczne wakacje naczytałam się, że Ormianie i Gruzini bardzo lubią dzieci. I rzeczywiście, gdy przebywaliśmy w tych krajach ludzie zaczepiali nasze maluchy, pozdrawiali, byli serdeczni. Co chwilę rozdawali im cukierki, jakby to było takie oczywiste, że każdy dorosły nosi w kieszeni landrynki.

ALE dostrzegam z lekkim przejęciem to, że podejście do dzieci w Armenii i w Norwegii (gdzie mieszkamy i gdzie rosną nasze pociechy), jest diametralnie różne. Armenia wygląda jak Polska 20 lat temu. Jest mniej nowoczesna, słabiej rozwinięta. I właśnie ten brak nowoczesności jest uderzający w tutejszym, tradycyjnym podejściu do wychowania.

Może sami jesteśmy już przesiąknięci skandynawskim modelem, który mnie nie zachwyca (na pewno nie w całości; są za to elementy, które uważam za godne naśladowania), ale który chcąc nie chcąc staje się moim punktem odniesienia. Pierwszą i podstawową różnicą jest to, że dzieci w Armenii zachowują się kulturalnie, podczas gdy Skandynawowie robią wszystko, by nie ograniczać wolności maluchów.

W Armenii reakcje ludzi w niektórych miejscach mocno mnie szokowały. A nawet irytowały. Ale przyznam, że dały mi też do myślenia.

Pierwsza z nich zdarzyła się, gdy jedliśmy kolację w restauracji na wolnym powietrzu. Przyciągnęły nas do niej wyglądające na wygodne wiklinowe fotele z jasnymi poduszkami. Nie było fotelików dla dzieci, więc Samuel (2,5 roku, od roku je samodzielnie)  usiadł na własnym krześle. Dzieci jadły pizzę i piły sok. W czasie posiłku Mateuszowi spadł pod stół plasterek salami. Na poduszce Samuela było kilka kropelek soku (nie, nie rozlał, pewnie kapnęło z rurki, przez którą go pił). Gdy dzieci zjadły swoje porcje, my na talerzach mieliśmy jeszcze armeńskie specjały. Pozwoliliśmy im odejść od stołu, podeszły do fontanny znajdującej się niedaleko naszego stolika, na terenie restauracji. Widok ten wywołał niepokój, czy też niezadowolenie personelu.

Gdy zapłaciliśmy rachunek i kelnerka zobaczyła salami pod stołem oraz poduszkę z plamkami po soku zrobiła taką minę, aż pomyślałam, że obciąży nas za zniszczenie mienia. Jednak wezwała tylko przez krótkofalówkę panią od porządków, a my poczuliśmy wyraźnie, że jesteśmy typem klientów niepożądanych.

Gdy szliśmy w kierunku Kaskad (to dość dziwnie wyglądające muzeum sztuki), w okolicy których stoi kolekcja rzeźb różnych artystów, do jednej z nich (Wojownik rzymski autorstwa Fernando Botero) podeszła grupa dzieci. Paru chłopców stanęło blisko postaci tłustego żołnierza z maleńkim penisem. Nawet nie tknęli rzeźby, tylko chichrali się  wskazując z bliska palcem małe przyrodzenie, co wzbudziło oburzenie ochroniarza i przegonił dzieci. Gdy z Samuelem na rękach chcieliśmy przyjrzeć się z bliska innej rzeźbie, odstraszył nas głos tego samego jegomościa: „Do not touch!”. Z kolei na parterze w budynku muzeum znajduje się „Centrum edukacji”; książki, sztuka, zdobywanie wiedzy. Weszliśmy tam i Mateusz zaglądnął za drewniany szyld, zainteresowała go nietypowa drewniana konstrukcja, na którym stał. Od razu znalazła się przy nim ochroniarka, oczywiście nie wolno. Weszliśmy dalej, grupa dzieci (tych „od siusiaka”) siedziała nieruchomo, nauczycielka coś opowiadała. Niby były na pułkach książki, klocki, kredki, ale zupełnie odechciało nam się zabawy i nauki. Sądzę, że np. postawienie klocka na ziemi, zamiast na stoliku, zostałoby uznane za niepożądane.

Czara goryczy przelała się w cukierni, gdzie kupowaliśmy lody. 30-sekundowe wahanie mojego synka przy wyborze rodzaju przyprawiło panią ubraną w  kolorowy, cukierkowy strój o minę, której naprawdę nie chciałabym już więcej oglądać.

Tak, Ormianie lubią dzieci, ale nie dają im wiele swobody. Słyną z tego, że przykładają ogromną wagę do nauki i kilka razy zetknęliśmy się z młodzieżą i dziećmi, które mimo wakacji uczyły się . Z dziećmi z letniej szkoły angielskiego spędziliśmy bardzo przyjemny dzień. Wyglądały na zadowolone ze swoich „naukowych” wakacji. Oczywiście, nie zakuwały, spędzały raczej dużo czasu na zabawie.

Jednak muszę to podkreślić, że dzieci, które poznaliśmy w Armenii sprawiały wrażenie a) szczęśliwych b) otwartych c) uprzejmych. I to mi się podobało. Opisane powyżej zdarzenia po prostu mnie wkurzyły, a inne, drobne, codzienne sytuacje bardzo uwypukliły, jak odmienne jest podejście do wychowania w Norwegii i Armenii. W hostelu, w którym się zatrzymaliśmy, bardzo sympatyczna pani odpowiedzialna za śniadania i porządki nie ukrywała oburzenia, gdy po korytarzu chodził gwiżdżąc 10-latek. W czym problem? – pomyślałam sobie. Już wiem. Te drobiazgi, niektórzy mogą je nazwać „bez znaczenia”, mówią o szacunku wobec innych ludzi.

Szacunek wyraża się nie tylko poprzez właściwą postawę (pozbawioną agresji, za to uprzejmą) w stosunku do dziecka. Szacunek należy się każdemu, również dorosłym (także obcym). I o tym, mam wrażenie, zapomina się w lansowanych postawach dotyczących rodzicielstwa. Przynajmniej tych powszechnych w Norwegii. Moje obawy budzi przede wszystkim minimalna ilość wymagań wobec dzieci, a wymagania te dotyczą elementarnych zasad dobrego wychowania. Właśnie, dobrego wychowania. Dzieci w Norwegii (ba, 19-20 latkowie) w większości nie mówią „dzień dobry” sąsiadom. Pierwsi się nie ukłonią. Przychodzą do klasy i siedzą w bejsbolówkach na głowach. Mogłabym długo, ale nie chcę. W Norwegii dzieci mają bardzo duży obszar swobody i niewielki, dotyczący obowiązków.

I dlaczego dało mi to do myślenia? Bo pierwszy raz pomyślałam o tym, że w nowych nurtach wychowawczych grzeczne dziecko to prawie porażka. Obszar kultury wydaje się zepchnięty do piwnicy, czasem zupełnie nieświadomie. A przecież człowieka kulturalnego wyróżnia przede wszystkim stosunek do drugiego, życzliwość i poszanowanie godności własnej i innych.

Przy hostelu, w którym mieszkaliśmy w Erywaniu, poznaliśmy grupkę miejscowych dzieci. Byłam pod wrażeniem ich małej społeczności, w której starsi troszczyli się o młodszych, a spory w kwestii „w co się teraz bawimy” rozwiązywane były w pozytywny sposób; umiały ustępować. Ujął  mnie szacunek, z jakim podchodzili do siebie nawzajem i do naszych dzieci również.  Spotkanie z tymi tradycyjnie wychowywanymi, kulturalnymi dziećmi, zapadło mi w pamięć, bo w kraju, w którym żyjemy, to widok raczej niezbyt powszechny. Podobało mi się również, że dzieci czas spędzały razem, znały setki zabaw; ich świat wolny jest (jeszcze) od osobistych iPorywaczy dusz.

***

Jeśli tekst wydaje Ci się interesujący, daj mi o tym znać.

Możesz to zrobić:

dzieląc się swoimi przemyśleniami w komentarzu

udostępniając wpis znajomym

A jeśli lubisz czytać naszego bloga, polub nasz fanpage tutaj

Dobrego dnia!

***

Comments 4

  1. Bardzo ciekawy tekst, szczególnie to zdanie…”grzeczne dziecko to prawie porażka.” Dzięki za Wasze teksty, pozdrawiam serdecznie

    1. Post
      Author

      Powiem szczerze, że dopiero ten wyjazd pomógł mi nazwać to, co trochę mnie niepokoi w popularnych obecnie podejściach do wychowania. Wiele w nich wartościowych rzeczy, ale czasem odnoszę wrażenie, że są przegięte. Złoty środek zawsze w cenie. Serdeczności

  2. Swoboda ? Raczej brak szacunku do innych i miejsc… szkoda waszych ”doświadczeń” i podróży. Żałosne że rodzice nie wiedzą jak własne dzieci mają się zachować !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *