Daj skrzydła (Tatev) i o tym, jak karano zakonników

admin Armenia, Podróże z dziećmi 2 Comments

Gdy tak oglądam sobie te klasztory przychodzi mi do głowy, że gdybym urodziła się jako facet i jakieś 1000 lat temu, chętnie zostałabym zakonnikiem w jednym z armeńskich klasztorów. I choć nie lubię masówek, to całkiem chętnie zamieszkałabym w klasztorze Tatev (powstawał w wiekach IX-XIII), w którym w okresie świetności mieszkało ok. 1000 osób. Wówczas było to centrum duchowe i kulturalne, klasztor posiadał ok. 10 000 manuskryptów. (Tatev znajduje się w pobliżu Górskiego Karabachu, jeśli ktoś się zastanawia, czy wycieczka do klasztoru i okolic jest bezpieczna, podpowiadamy: tak, latem 2016).

Ale nie dla manuskryptów, ani nauki chciałabym żyć właśnie tam. Tylko dlatego, że klasztor znajduje się w górach, w okolicy która powala i zniewala.

imageimage

Właśnie ten klasztor spośród wszystkich zobaczonych w Armenii (a było ich całkiem sporo) podobał się najbardziej naszym dzieciom. Oprócz kościoła można zobaczyć pomieszczenia, w których mnisi jedli, spali, gotowali. Można przeciskać się przez wąskie schody i wchodzić do ciasnej, ciemnej celi. Na dziedzińcu stoi „tańcząca kolumna” (Gawazan), to ośmiometrowy kamienny filar reagujący odchyleniem na niewielkie nawet ruchy tektoniczne, po czym wraca do pozycji wyjściowej.

image

Istnieją co najmniej dwie legendy tłumaczące pochodzenie nazwy klasztoru (Tatev oznacza daj skrzydła). Jedna z nich mówi, że gdy budowniczy klasztoru dokończył dzieła, stanął nad urwiskiem i rzucając się w dół prosił o skrzydła. I je otrzymał.

Zwiedzanie klasztoru i okolic zajęło nam prawie cały dzień. Od kilku lat dostęp do niego stał się o wiele prostszy. Powstał tam projekt pod nazwą „Odrodzenie Tatewa”, który jest realizowany od 2010 roku. I co mocno mnie porusza, to fakt, że jest to projekt w dużej mierze prywatny. W jego ramach powstał najdłuższy na świecie powietrzny tramwaj Wings of Tatev, o trasie długości ponad 5 km, który został wpisany na listę Rekordów Guinessa. Podróż tam i spowrotem kosztuje niecałe 50 pln (5000 dram; w jedną stronę 3500 dram; dzieci do 110 cm płacą 100 dram). Ceny dla Ormian są zdaje się o wiele niższe. Zyski przeznaczane są na renowację zabytkowego klasztoru. To pokazuje, jak Ormianom zależy na własnej kulturze.

My (Kaja, Mateusz i ja) zjeżdżaliśmy kolejką i ta niespełna 15-minutowa przejażdżka bardzo nam się podobała.

Natomiast do klasztoru dotarliśmy pożyczonym w Erywaniu autem (i jak większość turystów, którzy wybrali ten sposób transportu zahaczyliśmy po drodze (wyboistej, stromej i zakręconej drodze) o Diabelski Most. To naturalna formacja skalna, nazywana mostem, przy której znajdują się ciepłe źródła.

image

Po krótkiej wycieczce i uzupełnieniu zapasu wody do picia w ujęciu ze źródła, podjechaliśmy pod klasztor. Przed wejściem do niego toczono w dawnych czasach olej. Dziś w tym miejscu powstało niewielkie interaktywne muzeum z zachowanymi elementami tłoczni. Można w nim również obejrzeć film poglądowy, przedstawiający kolejne etapy tłoczenia. Dzieci bardzo się tym zainteresowały. Odnoszę wrażenie, że kluczem jest niewielka ilość eksponatów, dzięki czemu takie monotematyczne przesłanie łatwo trafia do wyobraźni.

image

A później czas na klasztor. Widać, że dla Ormian to święte miejsce. Nie przyjeżdżają tam wyłącznie zwiedzać, ale może nawet przede wszystkim modlić się.

imageimage

Podoba mi się, że żywą wiarę, lub po prostu szczerą modlitwę można zauważyć wśród wielu młodych ludzi. Tu, jak chyba nigdzie indziej widać międzynarodowe towarzystwo. Nie tylko Rosjanie, Polacy (bo w ostatnich latach przyjeżdża coraz więcej turystów z Polski), ale także Hiszpanie, Włosi, Anglicy. W Erywaniu miałam wrażenie, że turystów właściwie nie ma.watch full Beauty and the Beast 2017 movie online

 

Wnętrze kościoła, jak niemal zawsze w ormiańskich przybytkach: minimalizm i kontemplacja. Światło przebija się przez mrok. Wciąż na nowo wprowadza mnie to w stan zadumy i wyciszenia (z którego bardzo szybko wyrywają mnie nasze dzieci). Najbardziej lubię oglądać tutejsze świątynie w samotności.

Na dziedzińcu poukładano zabytkowe chaczkary. To typowe dla Armenii kamienne krzyże, z bogatą ornamentyką, ponoć nie ma dwóch jednakowych.

Cudnie było też przenieść się z ekipą powyżej klasztoru i w takiej scenerii urządzić piknik. Przypomniało mi się dzieciństwo, bo z tamtych czasów pamiętam łąki pełne kwiatów. Cudnie było nie spieszyć się nigdzie. Tylko zwyczajnie być, leniuchować, jeść, biegać, leżeć.

imageimageimage

A gdybym będąc zakonnik nabroiła, zapewne zostałabym zesłana do znajdującego się nad jeziorem Sevan niewielkiego klasztoru Sevanavank (Czarny Klasztor). Teraz leży na półwyspie, dawniej była to wyspa. Zakonnicy przebywajacy tam nie mogli pić wina (biedacy), ani kontaktować się z kobietami.

imageimage

My odwiedziliśmy Sevanavank (ok. 70 km od Erywania) wracając z Tateva i może z powodu tego, że widzieliśmy już wiele pięknych monastyrów, albo dlatego, że ten znajduje się na wzniesieniu, spod którego rozchodzą się głosy z knajpy karaoke, a na jeziorze skutery wodne rozpruwają fale, hucząc swoimi przestarzałymi silnikami, podobał nam się najmniej. Powiedzieć, że byliśmy tam za karę, to za wiele. Ale otaczająca go komercja i niepasujące do miejsca kultu odgłosy nie wpłynęły pozytywnie na odbiór. W planie mieliśmy nocleg przy jeziorze, ale ograniczyliśmy się do kąpieli w wodach Sevanu i umknęliśmy spowrotem do Erywania.

image

I już niedługo zmieniamy trochę otoczenie. Gruzja czeka.

***

Jeśli tekst wydaje Ci się interesujący, daj mi o tym znać.

Możesz to zrobić:

dzieląc się swoimi przemyśleniami w komentarzu

udostępniając wpis znajomym

A jeśli lubisz czytać naszego bloga, polub nasz fanpage tutaj

Dobrego dnia!

***

Comments 2

    1. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *