Człowiek bez domu

Katarzyna Emigracja, Styl życia Leave a Comment

Byliście kiedyś bez domu? Nie myślę tutaj o mieszkaniu w kartonie, ale o nie posiadaniu kąta, w którym byłoby miejsce dla was i waszych rzeczy.

Mi się zdarzyło nie mieć tego miejsca. Gdy po studiach wyjechałam w długą podróż, mieszkanie, w którym mój Tata żył, gdy był jeszcze małym chłopcem, w którym i ja żyłam przez wiele lat, zostało odebrane. Mama przeniosła się wraz z rodziną brata do domu, który wybudował. Oczywiście, byłam tam mile widziana. Oczywiście, zawsze znalazło się wolne łóżko. Ale też nigdy tam nie czułam się jak u sobie. Bo nie byłam u siebie. Zeszyty z moimi notatkami, jeszcze z czasów liceum, a potem studiów, leżały ściśnięte w pudłach. A ja co i rusz uszczuplałam zawartość tych pudeł, bo mocno zagracały przestrzeń w domu.

Przez kilka lat śniło mi się nasze stare mieszkanie w kamienicy przy dworcu głównym w Krakowie. W śnie ktoś nie chciał otworzyć mi domofonu, ktoś zajmował mój pokój, albo wchodził do mieszkania, w którym spałam. Ogólnie to były koszmarne sny. Pełne niebezpieczeństw, a nawet grozy. Na codzień nie poświęcałam wiele uwagi tej sprawie, ale marzenia senne podpowiadały mi, że brak tego jednego miejsca na ziemi, w którym czujesz się jak w domu, to ciężkie przeżycie. Może jest jakiś niewielki odsetek ludzi, którym taki stan rzeczy odpowiada. Ale chyba większość potrzebuje choćby najciaśniejszego kąta, który mógłby uznać za swój. Czy to dom rodziców, czy  kawalerka wynajmowana od lat; mniej ważne co to za miejsce. Najważniejsze, by było. To ono sprawia, że można poczuć się na świecie bezpiecznie. Jest schronieniem, choćby tylko w naszym subiektywnym odczuciu. Daje poczucie przynależności, związku z jakimś miejscem. Jest bazą, do której człowiek może wrócić, choćby po latach wędrówki.
Dom, to prywatna przestrzeń, w której sami jesteśmy panami. Gdzie, jak nie tam człowiek może poczuć się w 100% sobą?

Niedługo po ślubie wyprowadziliśmy się z Kubą do Norwegii. Wynajmowaliśmy hybel (coś jak suterena). Ale nie było  mowy, żeby ściągać wszystkie nasze rzeczy. Nie mieliśmy na nie miejsca, a przede wszystkim ciągle zastanawialiśmy się, gdzie jest to nasze miejsce. Norwegia, czy Polska? I choć całkiem nieźle nam sie układało, obydwoje mieliśmy pracę (ale tylko Kuba tą wymarzoną) Polska kojarzyła się z domem i pobyt na obczyźnie wydawał się chwilowy. Chwila trwa już 6 lat. Życie w ciągłym zawieszeniu zaczęło męczyć.

 

To w Norwegii zdecydowaliśmy się na pierwszy, wspólny, rodzinny dom. Co prawda nie z cegły. Drewniany ;).  Strasznie go lubię. Gdy przekraczam jego próg to, co na zewnątrz traci znaczenie. Również to, że stoi na norweskiej ziemi. Bo wcale nie czuję, że to „norweski” dom. Czuję za to, że to „nasz” dom. I to jest trochę niesamowite, że budynki nabierają osobowości, stają się w jakiś sposób członkami rodziny. W każdym kącie, oprócz naszych gratów, są też nasze emocje. Nasze wspomnienia i przeżycia. Nasze dobre i złe chwile. Dom, jak człowiek, składa się nie tylko z materii. Przesiąka przeżyciami mieszkańców. Chyba doświadczyliście tego, że są domy, w których chętnie pozostalibyście na długo. I inne, choć niebrzydkie, z których najchętniej wyszlibyście po krótkiej wizycie. Bo jest tam coś, co przytłacza.

Życie bez tego jednego miejsca na świecie, które można nazwać „swoim domem” (nie ukrywajmy, wiele domów należy do banków) to niełatwa sprawa. Może na codzień nie jest tak odczuwane, jak głód, albo jakiś inny brak. Bo większość z nas ma dach nad głową. Ale nawet w sytuacji, gdy nie czujemy, żeby było to nasze miejsce i tak ważne jest, co oprócz mebli wypełnia tą przestrzeń od dachu po podłogę.

„Tam dom twój, gdzie serce twoje”. To niekoniecznie sprawa posiadania na własność. To sprawa odczucia, że jest się we właściwym miejscu (najlepiej z właściwymi ludźmi; o ile nie jesteśmy samotnikami z wyboru). Dotyczy atmosfery i emocji, jakimi przystrajamy kąty. Znam osoby, które nawet w ponurych przestrzeniach potrafią wykrzesać dużo ciepła. Takie przytulne miejsce to czasem zasługa po prostu dobrego smaku. Choć nie jest on warunkiem koniecznym. Przede wszystkim chodzi chyba o to ciepło wychodzące z wnętrza, z człowieka. O to, jakimi słowami witamy się po przyjściu z pracy. Jakimi gestami rozmawiamy z najbliższymi. O to, co rozsiewamy wokół siebie, bo to zakwita niezauważalnie po kątach, i jak niewidzialne pnącza oplata domowe sprzęty i nas samych. Mi łatwo zatracić czasem tę iskierkę na rzecz bezsensownej nerwówki. Mój dom jest trochę porośnięty kolcami złości. Znów postanawiam (który to już raz?) spokój i opanowanie. Wyglądam przez okno, czy gdzieś tam nie stoi Cierpliwość. Chętnie ją przyjmę na współlokatorkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *