Ciemna strona Norwegii

Katarzyna Emigracja, Norwegia, Wychowanie 8 Comments

Norwegia ma dużo do zaoferowania. Zwykle w tym kraju żyje się dobrze. Jest jednak jeden wymiar tutejszych realiów, który potrafi spędzić sen z oczu. Bo dotyczy dzieci.

Nawet mieszkając w Polsce słyszy się o tym, że w Norwegii odbierają dzieci rodzicom. Na zawsze. To, co w ojczyźnie szybko przebrzmiewa, na obczyźnie przybiera na sile. Barnevernet, czyli instytucja stojąca na straży bezpieczeństwa dzieci w Norwegii, nie cieszy się najlepszą sławą wśród Polskich rodziców – imigrantów. Czy słusznie? Oczywiście! – wykrzykną wszyscy, którzy słyszeli opowieści o odebranych dzieciach za to, że dziecko było smutne (reportaż w TVN, swoją drogą zrobiony bardzo subiektywnie i wbrew dziennikarskiej zasadzie dwugłosu – swoje racje przedstawili tylko rodzice odebranej dziewczynki i nikt z norweskiej strony się nie wypowiedział, nie było nawet świadków – osób znających tę rodzinę, sąsiadów); za to, że rodzic dał klapsa, za to, że tata dał buziaka na pożegnanie. I mnie mroziły te historie. Niejednokrotnie czuję się obserwowana przez niewidzialne oko nie tyle własnego sumienia, co norweskiego ładu prawnego. Znam rodziny, które w obawie przed skargą sąsiadów pozwalają dzieciom na wiele, byle tylko nie krzyczały. Wiele polskich rodzin żyje w strachu przed Barnevernet. Postanowiłam sprawdzić, czy uzasadnionym.

Nie mam możliwości, by uzyskać dane na temat konkretnych spraw od urzędu. Pracowników Barnevernet obowiązuje tajemnica służbowa. W miejscowym biurze uzyskuję ogólne informacje, że Barnevernet odbiera dzieci zagrożone poważną przemocą fizyczną, lub przemocą seksualną. W innych przypadkach rola instytucji ogranicza się do edukowania rodziców. Według mojej rozmówczyni odbieranie dzieci rodzicom to ostateczność, uważana za mniejsze zło. Takie przypadki to ok. 5% wszystkich spraw, którymi się zajmują (to dane dotyczące 4 komun w okręgu Vest-Agder).

Decyzja o odebraniu dziecka nie należy do Barnevernet, choć to oni przeprowadzają kwalifikację i zbierają materiały dowodowe. Gdy pracownicy tej instytucji uznają, że najlepszym rozwiązaniem dla dziecka będzie przejęcie nad nim opieki, zakładana jest sprawa, a jej akta przekazywane są do decyzji Fylkesnemnda (komisji ds. opieki nad dzieckiem i spraw socjalnych na poziomie danego regionu). W przypadku przejęcia przez Barnevernet opieki nad dzieckiem, rodzice mają prawo do bezpłatnej pomocy prawnej, a także do złożenia wyjaśnień, obrony i odwołania się od decyzji Fylkesnemnda do sądu.

– Naszą rolą nie jest odbieranie dzieci rodzicom, a niesienie im pomocy – mówi pracownik Barnevernet.

Rodzice i opiekunowie w Norwegii nie mają również prawa straszyć, lub grozić dziecku (np. zaraz dostaniesz lanie). Przyczyną dużych kłopotów, z odebraniem dzieci włącznie, może być wypicie alkoholu przez oboje rodziców w czasie jednej imprezy, lub awantura z rękoczynami.

Obowiązkiem Barnevernet jest zbadanie każdego otrzymanego bekymringsmelding, czyli zawiadomienia o niepokojącej sytuacji dotyczacej dziecka. Bekymringsmelding może pochodzić od instytucji publicznej (przedszkole, szkoła, lekarz itp.), samego rodzica, skargi dziecka a także z anonimowego źródła – każdy może wysłać takie zawiadomienie. Sytuacja w Norwegii jest odwróceniem polskiej znieczulicy – wiele osób wyczulonych jest na bezpieczeństwo dzieci.  Barnevernet ma obowiązek w ciągu tygodnia zdecydować, czy sprawa będzie miała dalszy ciąg. Jeśli tak – zbierane są szczegółowe informacje na temat sytuacji dziecka. Po trzech miesiącach (czasem okres ten wydłuża się do 6 miesięcy) Barnevernet podsumowuje badanie. Wtedy rodzinie może być zaoferowana pomoc. W niektórych sytuacjach podejmowana jest decyzja, że dla dziecka lepsza będzie zmiana środowiska. Urzędnicy mogą podjąć natychmiastową decyzję o zabraniu dziecka z domu wyłącznie, gdy zagrożone jest jego zdrowie lub życie.

I tu może pojawić się pułapka, ponieważ kryteria mówiące o tym, jakich sytuacji dotyczy odebranie dziecka, są ogólnikowe: głównym zadaniem Barnevernet jest przyjście w odpowiednim momencie z niezbędną pomocą dzieciom, żyjącym w warunkach mogących stanowić zagrożenie dla ich zdrowia lub rozwoju oraz zapewnienie im opieki.

Jest wiele osób, które uzyskało rzeczywistą pomoc od Barnevernet. Jest też  grupa rodzin, które uważają się za pokrzywdzone.  Dotyczy to mniejszości narodowych, jak np. Polaków, ale także rodzin norweskich.

W oczach niektórych Barnevernet jawi się jako instytucja, która pod byle pozorem odbiera dzieci rodzicom. Czy takie wyobrażenie powstaje wyłącznie na skutek niepełnej informacji? Bo rzeczywiście pocztą pantoflową można dowiedzieć się o przypadkach odebrania dzieci z byle powodu.
– Jestem pewna, że za każdą taką sprawą (jak np.odebranie dziecka z powodu buziaka w usta) stoi wiele więcej argumentów, które nie ujrzały światła dziennego. Nas obowiązuje tajemnica służbowa, a rodzic ujawni tylko te informacje, które są dla niego wygodne. Do publicznej świadomości dociera mały wycinek rzeczywistości – kontynuuje pracownica Barnevernet.

Tyle w teorii. Jednak informacje krążące w internecie nie są już tak jednoznaczne, jak stanowisko przedstawicieli Barnevernet. Nie trudno dotrzeć do świadectw już dorosłych osób, które jako dzieci odebrane zostały swoim rodzinom. Z bólem opowiadają o toczącym się wiele lat dramacie życia z dala od najbliższych. Można dotrzeć do relacji rodzin, w tym również polskich, którym odebrano dzieci z błahych powodów, lub przez decyzję opartą na fałszywych przesłankach. Z wielu stron pojawia się zarzut, że Barnevernet to potężna instytucja, nazywana „państwem w państwie”, która przed nikim nie musi odpowiadać. W Norwegii coraz bardziej minimalizuje się znaczenie więzi biologicznych na rzecz zapewniania dziecku rozwoju we właściwym środowisku. W praktyce wygląda to w ten sposób, że rodziny, którym odebrano dzieci, są niemal bez szans na ich odzyskanie. A to, co jest właściwym, a co niewłaściwym środowiskiem pozostaje do dość luźnej interpretacji pracowników urzędu.

Skontaktowałam się z osobą z północy Norwegii, która na własnej skórze odczuła, w jaki sposób działa Barnevernet. Sprawa tocząca się przeciw rodzinie zakończyła się umorzeniem z powodu braku dowodów. Trwała ponad rok. Poważne oskarżenie zostało sformułowane przez szkołę, warto nadmienić, że wcześniej pojawił się konflikt na linii dyrekcja – rodzice, dotyczący personelu. Pracownicy Barnevernet wszelkie obserwacje starali się podporządkować swojej hipotezie. To, co przemawiało na korzyść rodziny, nie było brane pod uwagę. Wszelkimi sposobami (np. nagradzaniem dziecka za „prawidłową odpowiedź” przysmakami) próbowano uzyskać potwierdzenie dla tez dotyczących molestowania, bo tego dotyczyło pomówienie ze strony dyrektora. Tymczasem dziecko, które przed całą sprawą było pogodne i miało poczucie bezpieczeństwa, pod wpływem przeżyć związanych ze śledztwem Barnevernet zaczęło się moczyć w nocy i cierpieć na ból brzucha wywołany stresem. Pojawił się dystans między nim a rodzicami i dziecko dopytywało się z żalem dlaczego rodzice zgodzili się, żeby te panie (z Barnevernet) z nim rozmawiały. Rodzina przeszła ogromną traumę, której skutki odczuwa do dzisiaj. Rodzice są przekonani, że dziecko nie zostało im odebrane nie dlatego, że nie stwierdzono molestowania, tylko dlatego, że od początku korzystali z pomocy adwokata. Działalność pracowników Barnevernet określili jako wyszukiwanie podstaw do ich zdyskredytowania jako rodziców (łącznie z doszukiwaniem się chorób psychicznych, depresji itp.).

Okropne  nie jest to, że istnieje taka instytucja, jej istnienie jest uzasadnione i potrzebne. Mnie przeraża moc, jaką dysponują jej pracownicy. Moc, która na skutek urzędniczej nadgorliwości, w niektórych przypadkach skierowana jest na niszczenie rodziny pod hasłem niesienia pomocy dzieciom. Zresztą ten trend obecny jest już również w Polsce. Nie ma co prawda jeszcze takiego zasięgu, ale ma się coraz lepiej.

Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest to ogólnoeuropejska tendencja obniżania wartości rodziny i stawiania państwa i urzędników ponad kompetencje rodziców. W tym systemie każda rodzina stanowi potencjalne zagrożenie dla własnych dzieci (świadczy o tym wzmożona kontrola nad tym, co dzieje się w domu rodzinnym), a jedynie Państwo posiada słuszne i obowiązujące metody wychowawcze. Nieważne są przekonania rodziców, tylko urzędników i odstępstwa od „normy” są karane z coraz większą surowością. Nie chcę być źle zrozumiana – uważam za konieczne niesienie pomocy dzieciom krzywdzonym i poniżanym w domu. Dla nich z pewnością znalezienie nowej rodziny jest pożądane. Mówię o coraz większej grupie dzieci, które wbrew własnej woli i wystarczających powodów (np. otyłość, co miało również miejsce w Polsce) odbierane są biologicznym rodzicom. Bo nie wiem jak Wy, ale ja wolałabym być gruba i szczęśliwie rosnąć w domu rodzinnym, niż szczupła żyć u obcych mi ludzi.

 

FAKTY

Liczba dzieci umieszczonych poza domem rodzinnym na mocy decyzji Barnevernet:

2008: 10 847 dzieci

2009: 11 355 dzieci

2010: 12 492 dzieci

2011: 13 177 dzieci

Barnevernet w 2012 roku przejęło opiekę nad  103 dziećmi do roku życia. W 2013 roku odebrano o 40% więcej dzieci tym samym wieku.

Comments 8

  1. Barnevernet i wszystko co sie z tym wiaze, jest tym co spedza mi i mojemu mezowi sen z powiek. Jest to dla mnie tak przerazajaca sprawa, ze nawet boje sie do tego glosno przyznac z obawy ze odbiora mi dziecko, ktore kocham ponad zycie i niezaleznie od tego jak bardzo da mi w kosc, nigdy nie bylabym w stanie go skrzywdzic…. Czuje bezsilnosc, tak jakby nie mozna by bylo sie przed tym obronic, boje sie ze w jakis sposob podpadne sasiadom i sama nie wiem w co wierzyc… W to ze odbieraja slusznie dzieci np przemytnikom, czy czasem wystarczy zwykle nieporozumienie by przezyc taki horror…

    1. Post
      Author

      Weroniko, znam to paraliżujące uczucie. Czasem też wkręcam sobie takie myśli i wtedy czuję się właśnie, tak jak piszesz. Ale wiem jedno – nie można dać się zwariować. I zauważyłam, że gdy pojawiają się inne, realne w danej chwili problemy, o Branevernet zapominam. Trudno się nie wkręcać, ale chyba trzeba dołożyć wszelkich starań, żeby tego nie robić, dla własnego zdrowia psychicznego. Pozdrawiam ciepło

  2. Coraz bardziej zastanawiam sie nad wyjazdem do Norwegii. Maz pracuje tam od roku. Latem mamy do niego dojechac. Mamy 4 letniego synka, bardzo wrazliwego, lzy w oczkach pojawiaja sie, nawet jak zepsuje sie zabawka. Czytajac tego typu artykuly zastanawiamy sie, czy nie lepiej rzucic te plany i ulozyc sobie zycie w Polsce. ???

    1. Post
      Author

      Nie ma co dać się zwariować.Jeśli dziecko jest wrażliwe i płaczliwe, to widzą to również w przedszkolu. Tu absolutnie niedopuszczalne są „klapsy”, natomiast cóż dzieci płaczą na całym świecie. Ja dziś zastanawiałabym się nad inną sprawą: czy chce tego, by moje dzieci rosły w obcym świecie i innej kulturze i czy sama chce żyć w takim miejscu? Przyznam, że ostatnio te pytania (zwłaszcza odkąd córka zaczęła 1 klasę) nieustannie powracają. Ciężkie wybory. Jak zwykle coś za coś

  3. Napisze tylko dla przykladu ze pracuje u mnie 15 osob (wszystkie z wyzszym wyksztalceniem, nie majace zadnych problemow z prawem itp), z czego 5 mialo w ciagu roku problemy z Barnev. Podejrzenie wszedzie to same, zazwyczaj ,,przemoc w rodzinie,,. Czy naprawde Norwedzy uwazaja wszystkich Polakow za zlych rodzicow ?

    1. Post
      Author

      Dużo rzeczy się dzieje w tym temacie. W moim otoczeniu mam jedną taką rodzinę. Ale można usłyszeć o wielu „dziwnych” przypadkach. Z pewnością nie jest to instytucja, której bym w 100% zaufała.

  4. Dziękuję, że opisałaś historię tej rodziny mającej problem z BV. Z moich własnych doświadczeń mogę potwierdzić, że tak to dokładnie wygląda – wspomnienie o skardze na personel wychowawczy, skutkuje donosem tej instytucji do BV, a tam sprawa rozwija się jak to opisałaś. Nasza sytuacja różniła się tylko o tyle, że kiedy dowiedzieliśmy się, że został wysłany donos, natychmiast wysłałem żonę i dziecko do Polski i podjęliśmy decyzję, że się przeprowadzamy. O manipulacji BV, łącznie z próbą łamania przepisów można by napisać naprawdę sporo – w moim przypadku (urzędniczka BV nie chciała mi udostępnić swojej notatki z rozmowy z jej komentarzem – jak się okazało, negatywnym) sama deklaracja, że jak nie zrobi tego co od niej wymaga prawo, to pójdę do adwokata po pomoc sprawiła, że momentalnie „przypomniała” sobie o obowiązującym ją przepisie. BV wysyłało do mnie też SMSy straszące mnie pseudo-paragrafami, jeśli nie sprowadzę mojego dziecka z powrotem do Norwegii. Piszę „pseudo”, bo jak zajrzałem w internet (moja znajomość norweskiego umożliwia mi czytanie tutejszego prawa), okazało się, że numer paragrafu na jaki się ta urzędniczka powoływała… nakazuje mi nie przeciwstawiać się jej wizycie w moim domu w Norwegii i oczywiście nie ma się nijak do przeprowadzenia się polskiego dziecka na teren Polski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *