By the way, czyli przygody z drogi

Katarzyna Armenia, Gruzja, Podróże z dziećmi Leave a Comment

Podróż to bycie w drodze. Coś, co nas cieszy, ale dla dzieci bywa czasem mało zabawne. Odkąd podróżujemy z maluchami staramy się unikać ekstremalnych rozwiązań komunikacyjnych. Choć nie zawsze nam wychodzi. Ale często okazuje się, że te niekomfortowe rozwiązania bywają dla nich formą rozrywki.

INFORMACJE praktyczne na końcu wpisu

W każdym razie przebywając w Erywaniu dużo łaziliśmy, ale gdy dzieci zaczynały stękać wskakiwaliśmy do taxi, których jest pełno na mieście. I mieliśmy tam same dobre przygody z taksówkarzami. Stała stawka za kurs w obrębie miasta wynosi 600 dram (czyli ok. 5 zł) i w drogę. Bez ściem.

image

Aż do dnia, gdy opuszczaliśmy Erywań z całym dobytkiem, wtedy pierwszy raz przejechaliśmy się nie tylko taksówką, ale i na taksówkarzu. Bo nie wiedział, gdzie znajduje się ulica, do której zmierzamy, więc wysadził nas po prostu w centrum, pokazując ręką jakiś dalszy budynek, zawarczał silnikiem i zniknął. Swoją drogą w rezerwacjach np. z booking.com podawane są czasem nazwy ulic w języku angielskim, które miejscowym nie mówią nic. Z Kubonawigacją doszliśmy do celu po 10 minutach. Uff.

image

Potem już wypożyczonym samochodem jedziemy w kierunku klasztoru Tatev, to na południu kraju. Po drodze odwiedzamy inne monastyry (Khor Virap, Noravank; w drodze powrotnej Sevanavank).

imageimage

Jadąc w kierunku Goris, gdzie zamierzamy zatrzymać się na noc, mijamy przepiękne góry, wjeżdżamy serpentyną na jedną z nich. Wznosimy się i wznosimy, upał pozostawiając za sobą. W pobliżu granica z Azerbejdżanem, innego radia niż azerskie nie udaje nam się ustawić. I ogólnie jest dość dziko.

image

Wokół ciągną się łąki, czuję się jak w baśni. Baśni także o ludziach przy drodze, którzy na maskach swoich  ład i wołg sprzedają zebrane pieczarki i miód z uli, które można zauważyć z drogi.

W pewnym momencie drogę tarasują nam krowy, potem owce.

imageimageimage

Najpierw kilkanaście sztuk, po paru kilometrach całe stada. Kuba nie bardzo wie, jak się poruszać; dopiero obserwacja miejscowych kierowców pomaga: jedzie się skrajem drogi, dość szybko, zdecydowanie, a wtedy stado formuje swoje szyki z drugiej strony jezdni. Dzieciaki mają wielką frajdę, mimo, że mieszkamy w niewielkiej mieścińce, zachowują się jak prawdziwe mieszczuchy. Kolejne stado ma już swoich pasterzy, którzy jadą konno. Inne prowadzone są przez pasterza w asyście dwóch bardzo-ważnych-kozłów. Psy pasterskie wyglądają jak przefarbowanie hieny. Nie chciałabym takiej istoty spotkać na swojej drodze.

Zaczyna padać deszcz.

Oho, pomyślałam sobie, to znak, że nie powinniśmy się tu pchać, że gra nie warta świeczki: z wypożyczaniem samochodu i wożeniem dzieci po dziurawych drogach po to, by zobaczyć kolejny monastyr. I gdy tak popadałam w zwątpienie, na niebie pojawił się kolejny znak, tym razem dużo bardziej czytelny  (no ja tak mam, wszędzie widzę znaki; ale jak stoi przede mną znak zakazu parkowania, to już nie zawsze go dostrzegam;) . Ogromna tęcza zawisła na niebie, a my jadąc tam, dokąd zmierzaliśmy, przybliżaliśmy się do niej. Chyba w życiu jeszcze tak wielkiej tęczy nie widziałam.

 

image

Ani klasztoru w tak pięknych okolicznościach przyrody, i tego, i niepowtarzalnej.

image

Wróciliśmy bezpiecznie do Erywania (relacje z wycieczek znajdziesz w innych artykułach na blogu), oddając auto po trzech dniach. Następnego dnia kolejna podróż, tym razem już do Gruzji. Bilet na autobus kosztował 8000 dram, więc w zasadzie przejazd za 35000 prywatnym samochodem nas urządzał (podróżujemy w piątkę, co odbija się na cenach noclegów i przejazdów). Wiózł nas znajomy właściciela hostelu, w którym mieszkaliśmy. Sympatyczny Ormianin, mówiący dobrze po rosyjsku i dukający kilka słów po angielsku. Dokładnie odwrotnie niż my. Ale o ile wyrazić nam się trudno, to ze zrozumieniem rosyjskiego nie mamy większych problemów. W każdym razie kierowca otwarty i przyjazny. Po drodze, w okolicach jeziora Sevan kupiliśmy kebaba z raków.

image

Przy granicy z Gruzją widzieliśmy zniszczone domu.

– Tu walczyłem w czasie wojny. Byłem na pierwszej linii. O tam, ten dom, widzicie? Za nim chowaliśmy się przed ostrzałem.

Widzimy. Dziwne uczucie. Czterdziestoletni facet, taki zwykły tata w koszuli w kratę i przeżywał takie rzeczy, które nam się nawet nie śnią w koszmarach.

Gdy po 5h jazdy przez opustoszałe, górskie drogi, dotarliśmy do Tbilisi, na Plac Wolności, przy którym miał być nasz hostel, uparł się, że wysadzi nas już pod wskazanym adresem. Chcieliśmy sami poszukać, bo choć plac duży, to przecież damy sobie radę.

Niet, niet, ja pomagu.

Okej.

Pyta taksówkarzy, wysyłają nas pod Marriot. Pyta przechodniów, grupa zbiera się nad kartką z rezerwacją, deliberują. Dołączam do niego, bo wydaje mi się, że powinniśmy iść do bramy obok nr 4.

Niet, niet ja sprasziwaju.

Wchodzimy do baru. Klient nie wie, kelnerka potrząsa głową. Ciągnie mnie na kolejną stronę placu, pyta strażnika, ten wychodzi na ulicę, pyta kolejną osobę. Trochę jak z komedii, ale wiem, że w aucie czekają dzieciaki i trochę sie we mnie gotuje. Jednak z grzeczności po sobie nie pokazuję. Już chcę iść do tej bramy obok nr 4, ale nie, bo idziemy w jakąś uliczkę odchodzącą od placu. Kierowca znów pyta. To nie tu (no raczej, że nie, bo jak byk wisi tabliczka z nazwą ulicy, a adres jest przy placu).

image

Znów chce pytać, ale przekonuję go, byśmy sprawdzili w tej bramie. No i udaje się. Ale powiem szczerze, że pierwszy raz w życiu ktoś tak bardzo chciał mi pomóc, że nie umiałam odmówić, mówiąc „Spasiba, sami damy radę”.

Z Tbilisi udaliśmy sie na zasłużony wypoczynek, do Kobuleti (mniejszy kurort w okolicach modnego nadmorskiego Batumi. Pociąg odjeżdżał po północy. Sześciogodzinna jazda bez kuszetek i przedziałów. Nastawiałam się na najgorsze, czyli drewniane ławki z pionowym oparciem (takim nocnym pociągiem jechaliśmy w Wietnamie, ale byliśmy bez dzieci). Emocje były podwójne, ja w napięciu zastanawiałam się nad pociągiem, a Kuba z powodu meczu, bo Polska kończyła właśnie pierwszą część rozgrywki z Portugalią. Scenariusz częściowo okazał się miłą niespodzianka, bo pociąg przypominał polskie IC, może taki sprzed 10 lat, ale w porządku.

image

Był nawet niezły internet. Szkoda tylko, że Polska przegrała, ale i tak brawo dla chłopaków. Dzieciaki pospały, z nami gorzej. Wysiedliśmy w Kobuleti w całkiem dobrych humorach. Psuł je trochę padający deszcz, ale to pewnie chwilowe. Chwilowe? To się jeszcze okaże.

INFO PRAKTYCZNE

W ARMENII poruszaliśmy się głównie samochodami: na trzy dni wynajęliśmy Renault Duster (dobrze mieć napęd na 4 koła i wysokie zawieszenie), pożyczaliśmy z sixt i końcowa cena (z ubezpieczeniem, fotelikiem i nawigacją) była wysoka.

W Erywaniu korzystając z taksówek płaci się stałą stawkę 600 dram za kurs. Jak doradził nam znajomy Ormianin dobrze jest korzystać z usług wysłużonych taksówek, a nie nowych, bo w tych mogą kasować więcej.

Na wycieczkę z Erywania do Garni i Geghard pojechaliśmy wynajętą taksówką, zapłaciliśmy ok. 100 pln.

Do ruin Zvartnoc z Erywania dojechaliśmy marszrutką z dworca Kilikia (200 dram za osobę, czyli niecałe 2 zł; nasza piątka była liczona jako 3 osoby). Marszrutką można również dojechać do Eczmiadzyn, tam podwiózł nas krewny znajomego.

W GRUZJI marszrutką jechaliśmy z Tbilisi do Mccheta (dawna stolica kraju). Odjeżdża z dworca Didube (cena 1 lari, czyli niespełna 2 pln; dzieci nie muszą płacić, ale wtedy muszą siedzieć na kolanach opiekuna), na dworzec Didube z centrum Tbilisi można dojechać metrem (dzieci nie płacą, dorośli 0,5 lari, czyli ok. złotówki).

Taksówka z centrum Tbilisi na dworzec kolejowy kosztuje 5 lari (najlepiej spytać wcześniej o cenę, żeby uniknąć niespodzianek).

Z Tbilisi do Batumi można dojechać marszrutką (20 lari, czyli niecałe 40 pln), lub pociągiem.

Pociąg Tbilisi-Batumi kosztuje 18 lari, dzieci 9 lari, a jeśli dziecko do lat 3 zajmuje miejsce na kolanach dorosłego podróżnego, to nie płaci). W marszrutkach zwykle nie ma zniżek. Dziecko nie płaci, jeśli nie zajmuje miejsca. Z Kobuleti to Batumi marszrutka kosztuje 1,5 lari (ok. 30 km).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *