Bosa bieda

Katarzyna Boliwia Leave a Comment

Boliwia żebrzące dzieci

Migawki z życia

Gdy przez rok mieszkałam w Boliwii, lubiłam w wolnych chwilach szwędać się po ulicach Cochabamby. To dość spore miasto znajdujące się w centrum kraju. Uwielbiałam chodzić do olbrzymiej lodziarni Dumbo, odwiedzanej przez bogatych Boliwijczyków, oraz turystów, dla których ceny były śmiesznie niskie. Przeciętny miejscowy nie mógł sobie pozwolić na taką przyjemność. Z górnych pięter cukierni rozciągał się widok na jedną z głównych ulic miasta. Siadywałam tam  przy oknie i często napotykałam wzrokiem kobietę z dwoma córeczkami, żebrzącą na rogu ulicy. I może nie zabrzmi to najlepiej, ale w momencie, gdy mój wzrok padał na nie, traciłam apetyt na deser z pistacjami, polewą czekoladową, czy czym tam chciałam. Nagle czułam niesmak na myśl o słodyczach i jakoś nieswojo było mi z myślą, że lody powinny zajadać raczej te dwie małe dziewczynki, nie ja.

Wyraźnie czułam podział na „tam” i „tu”. Linia między gorszym i lepszym światem była jaskrawa i nieprzekraczalna. I jestem pewna, że każdy z Was znajduje się po tej lepszej stronie, choćbyście myśleli, że nie macie wiele, a nawet czuli się ubodzy.

42556-1198025131-6[1]

Boliwijska bieda nie ma butów. Patrzyła na mnie oczami małego dziecka i w jego spojrzeniu spotkałam tyle bólu i poniżenia, że przestawało być już dziecinne. Otępienie mieszało się w nim z podejrzliwością. Beznadzieja z obojętnością. Wiele opowieści mieściło się w jednym spojrzeniu.

boliwijskie dzieci OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Przy tych dzieciach dziewczynki z domu dziecka , gdzie pracowałam, wyglądały jak księżniczki. Czyste, najedzone, uśmiechnięte. Wiele z nich uniknęło właśnie takiego losu, bo trafiły do sierocińca.

Pewnie, że nie jest to idealne miejsce dla dziecka. Każde najszczęśliwsze byłoby w kochającej się rodzinie. Jednak nie każde ma szansę na taki luksus. W Boliwii luksusem bywa właśnie możliwość bycia w miejscu, jak Hogar de Niñas (byłam tam wolontariuszką). Ciepły posiłek, czyste ubranie, własne łóżko i możliwość kontynuowania nauki aż do ukończenia studiów są ogromną szansą na godne życie.

Hogar de Niñas San Francisco nie korzysta z państwowych pieniędzy. Został założony przez polskie zgromadzenie Sióstr Sercanek i pieniądze na utrzymanie dzieci pochodzą ze zgromadzenia i od darczyńców. W Boliwii mówią na taką osobę Padrino (czyli ojciec chrzestny) lub Madrina. To popularna forma wspierania konkretnego dziecka finansowo, a także poprzez utrzymywanie korespondencji. W Hogar de Niñas San Francisco funkcjonuje to całkiem nieźle i dzięki temu dziewczynki mają m.in. podręczniki i przybory szkolne.

Taka forma pomocy wymaga ciut więcej zaangażowania. Czy warto? Wiele dziewczynek zdobywa dobre wykształcenie i żyje normalnym życiem. Poza tym gdybyście widzieli miny dziewczynek, które dostaną paczkę z czekoladą i listem „z lepszego świata” od swojego Padrino, podobnie jak ja nie mielibyście wątpliwości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *