Barnevernet; między paranoją, a kulturowym niezrozumieniem

Katarzyna Emigracja, Norwegia, Wychowanie 12 Comments

Przyznam, że gdy po przyjeździe do Norwegii pojawiło się na świecie nasze dziecko  żyłam w paranoi, która powracała do mnie każdorazowo po lekturze artykułu dotyczącego działań Barnevernet (BV, czyli instytucja zajmująca się ochroną praw dzieci). Były to artykuły polskojęzyczne i przedstawiały działania urzędu w najgorszym świetle. Myślę, że ten problem dotyczy wielu, choć z pewnością nie wszystkich polskich rodzin (problem strachu). Gdy przychodziłam z dzieckiem do przedszkola i byłam nie w humorze (och tak, nie często, ale to mi się zdarza), czułam się bardzo niekomfortowo pod czujnym spojrzeniem przedszkolanki. I widziałam każdego kolejnego rodzica szczerzącego zęby do nauczycielki. Potrzebowałam trochę czasu, żeby zobaczyć, że spora część przykleja sobie uśmiech na czas takich okoliczności jak oddawanie i odbieranie dziecka z przedszkola. Męczyła mnie ta sytuacja. Dziś mniej się tym przejmuję, jednak był czas, kiedy czułam się niemal przymuszona do odgrywania scenek w norweskim stylu.
Potem następował czas uspokojenia. Nad emocjami górę brała logika i myślałam sobie: nie biję dzieci. Są pogodne i uśmiechnięte. Kocham je z całych sił i one czują się kochane. Po co sobie wkręcać jakiekolwiek historie? I żyłam w spokoju aż do kolejnej informacji na temat bezzasadnego odebrania dziecka.
Choć tak naprawdę to, jakie były fakty, zawsze pozostawało dla mnie nierozstrzygnięte. Ponieważ BV obowiązuje tajemnica zawodowa i za każdym razem znana jest wersja wyłącznie rodziców. Czasem nowe światło na zdarzenia rzuca relacja odebranego dziecka. Ale do takich zwierzeń nie mam dostępu.
Częstym argumentem Polaków, którzy obawy przed BV uważają za niepoważne jest fakt, że Norwedzy nie boją się Barnevernet. Czy rzeczywiście jest to fakt? Z pewnością znajdą się jednostki, które nie do końca ufają tej instytucji. Ale warto zwrócić uwagę na to, że jeśli BV odbiera dzieci norweskim rodzicom, to najczęściej są to głównie narkomani. Tego samego nie można powiedzieć o rodzinach imigrantów pozbawionych opieki nad swoimi dziećmi.
W 2015 roku 75% odebranych dzieci pochodziło z rodzin norweskich. Reszta, czyli 25% to dzieci imigrantów.
Co znamienne, dzieci z rodzin imigrantów odbierane są częściej niż z etnicznie norweskich rodzin.
Na świecie odbywają się manifestacje protestacyjne przeciwko działaniom norweskiego Barnevernet.
NARRACJA NORWESKA
W Norwegii tolerancja dla przemocy w rodzinie jest zerowa. Jest to zagwarantowane ustawą. Dziecko ma swoje prawa i z całą stanowczością trzeba ich przestrzegać. W sferze zwyczajowej dzieci są uczone, by stawiać granice i wymagania.
Wychowanie to negocjacja. W wielu kwestiach nie powinno się narzucać dziecku swojego zdania. To ono ma prawo wpływać na decyzje związane z jego losem. Polecenie typu: „Masz teraz posprzątać swój pokój” reprezentuje model wychowawczy niezalecany w Norwegii. Zalecana jest negocjacja (czy może dawanie pseudowyborów) typu: Wolisz włożyć naczynia do zmywarki, czy posprzątać w pokoju?
W 2014 roku BV interweniował 68 241 razy. W 49% koncentrowano się  na wzmocnieniu
rozwoju dziecka; najczęściej stosowaną metodą przez BV było doradztwo w celu poprawy
umiejętności rodzicielskich. Odebrano 1665 dzieci, zatem 2,4% wszystkich spraw zakończyło się w ten sposób.
Opiece BV podlegają najczęściej nastolatkowie, ale najwięcej odbieranych jest  małych dzieci.
Przed Barnevernet stoi wiele wyzwań. Jednym z nich jest wyjście naprzeciw wielokulturowemu społeczeństwu. Randi Wærdahl*** twierdzi, że nie ma potrzeby obawiać się, że dzieci zostaną odebrane jeśli przestrzega się zakazu dotyczącego kar cielesnych. Nie jest tak, że jeśli zdarzyło nam się pociągnąć mocniej dziecko za rękę, to BV zapuka do drzwi. Badaczka proponuje, by przedyskutować z dzieckiem i ustalić wspólne stanowisko dotyczące tego, jaki jest sprawiedliwy podział obowiązków oraz praw w rodzinie.
NARRACJA POLSKA
Jak uważa Sławomir Kowalski, Konsul RP z ambasady w Oslo, głównym problemem jest różnica dotycząca samej rodziny. W przypadku polskich rodzin jednak wciąż najczęściej jest to związek sakramentalny. Podstawa norweskiej rodziny to kontrakt. Jak można przeczytać w „The nordic way” idealna (skandynawska) rodzina tworzona jest przez niezależnych finansowo dorosłych i dzieci, które stają się niezależne tak szybko, jak to możliwe. Przepaść między tym, czym jest sakramentalne małżeństwo, a tym, czym jest małżeństwo kontraktowe powoduje wiele nieporozumień.
Jak czytamy w ustawie regulującej pracę Barnevernet: „Pracownik socjalny ma obowiązek interweniować i umieścić dziecko w rodzinie zastępczej (…) jeśli jest ryzyko, że rodzice nie są zdolni do zapewnienia odpowiedniej opieki dziecku”*.
Taki zapis pozostawia szerokie pole do interpretacji, w których swoje odbicie mają różnice kulturowe. Bo to co Norweg uważa za „odpowiednią opiekę nad dzieckiem”  nie zawsze będzie tym, co myśli Polak. I odwrotnie.
W Norwegii podkreślana jest konieczność zapobiegania w celu ochrony, natomiast nie bierze się szczególnie pod uwagę innego przepisu, mówiącego o tym, by nie oddzielać dzieci od rodziny, jeśli nie jest to konieczne.
Coś, co bulwersuje nie tylko Polaków, to nowelizacja NOU 2012:5, czyli zniesienie zasady biologicznego pierwszeństwa na rzecz lepszego rozwoju dziecka. Choć wydaje się, że protesty na świecie doprowadziły niedawno do złagodzenia tej polityki. Jak donosi Dagbladet** Norwegia ratyfikowała konwencję Haską z 1996 roku na mocy której dzieci imigrantów w przypadku pozbawienia rodziców praw do opieki mają trafiać do krewnych w kraju ojczystym, zamiast do rodzin zastępczych w Norwegii. Ma to załagodzić konflikty z rodzinami odebranych dzieci, zwłaszcza z Europy Środkowo-Wschodniej. Prawo wchodzi w życie 1 lipca 2016 roku.
Obecnie opanowałam strach przed BV uznając go za irracjonalny. I już zadowolona pomyślałam, że niepotrzebna ta cała panika (owszem, zdarzają się nadużycia ze strony BV, ale przede wszystkim urząd pomaga rzeczywiście dzieciom, które tej pomocy potrzebują). I właśnie gdy zaczęłam odzyskiwać spokój ducha, znów dotarły do mnie wieści, tym  razem dotyczące nastolatków.
I wydaje mi się, że tu pojawia się spory problem. Urząd wielokrotnie staje między dzieckiem, a rodzicem. I nie chodzi tu o przemoc fizyczną. Moim zdaniem wspiera rozłam w rodzinie. Jak?
Dla niektórych nastolatków okres „buntu i naporu” to czas prawdziwych burz. Wydaje się naturalne, że bunt, który ma pomóc dorastającemu człowiekowi odnaleźć swoją tożsamość, skierowany jest przeciwko zastanemu porządkowi świata, a jego naczelnymi reprezentantami są rodzice. I to jest ok (swoją drogą słyszałam, że z najbardziej zbuntowanych nastolatków wyrastają najfajniejsi dorośli). I właśnie w tym czasie, gdy młody człowiek neguje wiele rzeczy poszukując siebie, chce negować również rodziców. W tym miejscu pojawia się urząd, który w pewien sposób mówi temu młodemu człowiekowi: masz rację, nie musisz słuchać rodziców, ważne co ty chcesz. I dzieci, czasem w złości i na własne życzenie proszą o zabranie z domu. Skarżą się, że są nękane psychicznie. Bo np. nie mogą chodzić na imprezy. BV staje czasem po stronie nastolatka. Choć nie zawsze. Słyszałam o sprawie, która dotyczyła nieco innej kwestii: 14-latka spotykała się z 21-letnim chłopakiem. Tym zaniepokoiła się mama i zabroniła kontaktów. Córka poskarżyła się w szkole, że mama dręczy ją psychicznie i szkoła poinformowała Barnevernet (to obowiązek). Była rozmowa z pracownikami z urzędu, którzy jednak nie zgodzili się z dziewczyną, rozumiejąc, że mama działała z obawy o dobro córki. Sprawa zakończona. Bliski świadek tej sytuacji, osoba pochodząca z Polski, mówi, że po tych zdarzeniach nie wierzy, że Barnevernet odbiera dzieci za nic.
Są Polacy wdzięczni tej insytucji; otrzymali rzeczywistą pomoc. I tacy, którzy przeżywają życiowy dramat i BV uważają za największe zło. Pewne jest to, że są kontrowersje związane z działaniem urzędu.

 

Dlaczego wielu Polaków się boi?

Nie, nie sądzę że większość bije swoje dzieci. Myślę, że całkiem zdrowo funkcjonujące rodziny (nie mówię, że idealne, ja takich nie znam; ale takie w których jest miłość, odpowiedzialność i troska o dzieci) bywają przerażone, gdy zbuntowany 2,3,4…-latek wyje, drze się, i cóż, wyprowadza z równowagi rodziców, którzy też potrafią wrzasnąć. Oczywiście, najlepiej, gdybyśmy potrafili być opanowani w każdej sytuacji, do tego warto dążyć, jednak posiadanie własnych emocji, które czasem wyrażamy głośniej, niż byśmy chcieli jest faktem w przypadku większości ludzi. Widzę to tak, że zwykle my, Polacy, jesteśmy bardziej zestresowani. Widać to w pracy, widać też w domu. Oczywiście jest to uproszczony obraz świata. Jednak dość obce jest naszemu sposobowi życia powiedzenie „ikke stress”. Myślę, że „kultura uśmiechu na twarzy” również jest nam obca. Powiedziałabym, że z naszych twarzy łatwiej wyczytać prawdziwe emocje. A patrząc na Norwegów w miejscach publicznych można czasem odnieść wrażenie, że oni mają tylko te pozytywne.

Myślę, że przede wszystkim potrzeba nam zrównoważonej informacji, zamiast sensacyjnych doniesień. I nie dajmy się zwariować. Rozmawiajmy w przedszkolu, w szkole, dajmy się poznać, a także otwórzmy się na to, czego nie znamy. Nie po to, by ślepo naśladować, czy to ze strachu, czy naiwności, norweskie podejście do dzieci. Ale po to, by wyciągnąć to, z czego warto skorzystać. I pozostać twardo przy tym, co uważamy za wartościowe. Choć już dziś wiem, że nie będzie to łatwe.

*Ustawa z dnia 17 lipca 1992 (Barnevernloven, Lov av 17. juli 1992 nr. 100)

Pracownik socjalny ma obowiązek interweniować i umieścić dziecko w rodzinie zastępczej jeśli:

a. rodzice nie wywiązują się adekwatnie z zadań opieki nad dzieckiem gdzie jego bezpieczeństwo i zdrowie mogą być narażone.

b. jeśli rodzice nie są w stanie zapewnić opieki dziecku specjalnej troski

c. w przypadku przemocy fizycznej lub emocjonalnej, poważnym zaniedbaniu potrzeb dziecka oraz malterowania i molestowania

d. jeśli jest ryzyko, że rodzice nie są zdolni do zapewnienia odpowiedniej opieki dziecku.

** http://www.dagbladet.no/2016/04/28/nyheter/innenriks/barnevern/44032856/

*** Tekst napisałam w oparciu o prelekcję Randi Wærdahl z Agderforskning „Det Norske Barnevernet – venn eller fiende?” (Norweski Barnevernet – przyjaciel czy wróg”), wypowiedzi Sławomira Kowalskiego, Konsula RP z ambasady w Oslo, oraz własne obserwacje.

^^^

Jeśli tekst wydaje Ci się interesujący, daj mi o tym znać. Twoja opinia jest dla mnie cenna.

Możesz to zrobić:

dzieląc się swoimi przemyśleniami w komentarzu

udostępniając wpis znajomym

A jeśli lubisz czytać naszego bloga, polub nasz fanpage tutaj

Dobrego dnia!

^^^

Comments 12

  1. „Dajcie sie poznać” to akurat dla mnie bardzo ważne w calej tej sprawie, aby nie dac sie zwariowac.. Nie być anonimowym rodzicem, rozmawiac w przedszkolu, zapraszac inne dzieci do siebie, brac udział w spotkaniach barselgruppe, chodzic na dugnady… Nie unikac zabawu choinkowej w przedzkolu, zgłosić sie do komitetu organizacyjnego.. Chodzi mi o to, że podejmując decyzje o zmieszkaniu w Norwegii, założeniu tutaj rodziny, trzeba spróbować stać sie elementem społeczeństwa. Mnie nadal od czasu do czasu ogarnia strach, mimo że nie wyobrażam sobie podnieść ręki na dziecko.

    1. Post
      Author

      Tak, właśnie w tym rzecz. I jest to możliwe jedynie, gdy zna się język. W dodatku takie działania przynoszą jeszcze inne pozytywne owoce – dajemy się poznać, przełamując stereotypy dotyczące Polaków. Wierzę, że strach, o którym piszesz jest zupełnie bezpodstawny. Pozdrawiam serdecznie

  2. Ciekawa, wyważona opinia, nacechowana rozsądnym podejściem do tematu. Obawiam się, że w tak delikatnej sprawie jak to, co rozgrywa się między dziećmi a rodzicami, wszelkie interwencje z zewnątrz są obarczone ryzykiem. Ileś ich będzie słusznych, ileś może okazać się nietrafionych… Norwedzy również bywają do BV nastawieni nieufnie, znając przypadki interwencji które zrobiły danej rodzinie więcej złego, niż dobrego. Ale taka instytucja istnieć musi po prostu.
    Ja natomiast chciałabym odnieść się w komentarzu do jednego sformułowania, cytuję: „Polecenie typu: „Masz teraz posprzątać swój pokój” reprezentuje model wychowawczy niezalecany w Norwegii. Zalecana jest negocjacja (czy może dawanie pseudowyborów) typu: Wolisz włożyć naczynia do zmywarki, czy posprzątać w pokoju?” Otóż moim zdaniem wcale nie jest to pseudowybór. Jest to mądry zabieg wychowawczy, który ma na celu uzyskanie współpracy dziecka (posprzątanie) nie uciekając się do rozkazów, które dają jasno do zrozumienia „ja tu rządzę i ty masz ślepo mnie słuchać”. Ten komunikat skonstruowany jest na zasadzie „ta praca musi zostać wykonana, ale możesz zdecydować, którą jej częścią się zajmiesz a ja uszanuję twój wybór”. To nic innego, jak wyrażenie szacunku dla dziecka. Niestety, to podejście nie jest zbyt popularne w Polsce, a szkoda. Polski model wychowawczy zakłada bezwzględne posłuszeństwo…. Czy z dziecka, które nauczycło się, że jedyna postawa gwarantująca spokój to ‚tak mamusiu, oczywiście tatusiu’ ma szansę wyrosnąć asertywny dorosły? Umiejący przeciwstawić się innym i bronić swoich poglądów_ Ba, mający swoje poglądy? Proponuję chwilkę zastanowienia nad tym, zanim ponownie wydamy dziecku rozkaz „masz natychmiast zrobić to i to”. A zainteresowanych tematem budowania relacji z dzieckiem na podstawie dialogu uwzględniającego potrzeby obu stron odsyłam dą mądrych ksiażek Elaine Mazlish i Adele Faber ” Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły”. Metoda dawania dziecku wyboru jest jedną z propozycji autorek i proszę mi wierzyć, działa. Nawet wyjący wniebogłosy trzy,atek, który absolutnie nie chce się ubrać, zareaguje na możliwośc podjęcia samodzielnej decyzji pt „wolisz czerwone spodenki czy niebieskie”. Pozdrawiam!

    1. Post
      Author

      Zgadzam się, że metoda, określona przeze mnie „pseudowyborem” działa. Sama ją chętnie stosuję, choć nie z taką 100% skutecznością, bo jak jest faza na nie, to raczej traci moc. I podobnie uważam, że jest to mądry zabieg wychowawczy, nauczyłam się go od mojej mamy. Może określenie „pseudowybór” nasuwa pejoratywne skojarzenia, ale nie taka była intencja. Chcesz odkurzyć mieszkanie, czy pozamiatać? Pozdrawiam 🙂

    2. Stosuję metodę wyboru, bo ona działa, ale niestety czuję się w Polsce jak hipster wychowawczy. Jak to dziecko decyduje, co chce jeść. Za każdym razem? Jak to dziecko decyduje, czy jedzie na plac zabaw w foteliku, czy na własnym rowerku. Jak to decyduje, w co się ubierze. Jak to w ogóle nie sprząta pokoju na moje polecenie? Jak to nie robi tego i tego tylko dlatego, że ja tak chcę? Nu, rozpuszczone jak dziadowski bicz. Ale za to szczęśliwe i wesołe. Coś za coś, nie?

  3. Witajcie, jako ze jestem matka mieszkajaca w Norwegii, temat tej organizacji nie jest mi obcy. Znam historie i ludzi gdzie BV interweniowalo, ale ku zdziwieniu w pozytywny sposob. Jedna Filipinka w zwiazku z Norwegiem, chciala sie rozwiesc i nazmyslala na niego jego temat jak najwiecej, aby dostac jak najwiecej korzysci majatkowych, co sie okazalo BV zabralo im dzieci, ale na krotki czas, ze wzgledu na to ze nie bylo zadnych dowodow oddali dzieci matce. Osobiscie widzialam te matke z nowym noworodkiem na rekach po rozwodzie juz w zwiazku z innym Litwinem. Druga historia, to zwiazek Kenijki z Norwegiem, okazalo sie ze ojciec jest pedofilem, zaniepokojona matka zadzwonila, ze jej dziecko odpowiada dziwne historie, o ojcu co go przytula i kapie sie z nim w dziwny sposob, etc. BV dalo jej 3 tygodnie na wyprowadzenie sie, tak jak stala wyszla z dzieckiem na rekach, wynajela dom, pozniej go kupila i jest samotna matka. Sprawa w sadzie, separacja itp. Ale w tych dwoch wypadkach dzieci zostaly z matkami. Czyli jesli w takich wypadkach dzieci nie zostaly zabrane, to co musi sie stac zeby byly?

    1. Post
      Author

      Interesujące historie. Czyli czasem BV pomaga szybko podjąć trafne decyzje, jak w przypadku Kenijki. Co musi się stać? Teoretycznie coś bardzo negatywnego, z biciem dziecka na czele.

  4. Co do Polaków, to wydaje mi się, że też ukrywają emocje, ale przeciwnie, te pozytywne. Rodzice na dzieci przede wszystkim warczą. Warczą, szepczą, szturchają, wreszcie się drą. Na całe osiedle. Trudno mi uwierzyć, że ci sami rodzice nie biją. Biją mniej publicznie, bo kampania przeciw przemocy sprawiła, że przemoc (przede wszystkim matek) wobec dzieci zeszła do podziemia. Ale nadal jest. A jeśli ktoś ma nieczyste sumienie, to się boi. Z drugiej strony gdyby BV zabierało każde polskie dziecko, które oberwało klapsa, to by były tysiące odebranych dzieci, a nie pojedyncze przypadki. Znając widoki przeciętnej polskiej rodziny na grillu myślę, że pobyt w No im wyjdzie na dobre. Trochę się ucywilizują, a przy okazji odkryją, że można się uśmiechać do ludzi bez wyraźnego powodu.(Nie uważam tego za maskę, tylko normalny odruch społeczny, jak podanie ręki). Że można do dziecka mówić, zamiast warczeć i krzyczeć. Że można z dzieckiem negocjować (zawsze to robię) zamiast nakazywać i zakazywać. Że można zamiast systemu kar i nagród, po prostu z dzieckiem fajnie się bawić w sprzątanie i bałaganienie na przykład. I że pracujący szesnastolatek to nic złego. A osiemnastolatek mieszkający w wynajętym mieszkaniu z dziewczyną to normalka, a nie patologia.

  5. Sorry for the comment in English, I have found the article by Google Search and interpreted it by Google Translate. However I believe I could correct the mistranslations 🙂

    I have a few comments on the issue, trying to understand the reasons provided by Norwegian authorities. Slawomir Kowalski is completely right about cultural differences, however I don’t think it is only about cultural difference but a matter of human rights — and at the end Norway violating the human rights of the children while trying to protect them from violance by zero protection.

    The regulations for the child welfare staff, when to take a child into foster care cannot be interpreted without the context of European Convention of Human Rights.
    ECHR Artilce 8 says:
    „1. Everyone has the right to respect for his private and family
    life, his home and his correspondence.
    2. There shall be no interference by a public authority with the
    exercise of this right except such as is in accordance with the
    law and is necessary in a democratic society in the interests of
    national security, public safety or the economic wellbeing of the
    country, for the prevention of disorder or crime, for the protection
    of health or morals, or for the protection of the rights and freedoms
    of others.”

    The problem with the strict zero tolerance is that it is not necessary in a democratic society to move children to foster homes for the slightest risk. The risk has to be evaluated, and only in case of serious and imminent threat to children could justify moving to foster care, otherwise Norway is violating European Convention of Human Rights. (There would be much less issue with a fine for the parents, as it would not hurt the children’s right to their family). So at the end, Barnevernet is doing much more harm to the children by separating them from their families than what good it does by saving them from occasional pats on the butts.
    Hence in each case it has to be evaluated if foster care was really necessary for the case in a democratic society, due to ECHR Artilce 8, and there must be effective domestic remedy on this topic at courts due to ECHR Article 13. The care orders for taking a child into foster care must be a proportionate measure against some serious risk, for whatever risk this intervention is disproportionate — as much less would be sufficient in a democratic society.

    In the past weeks I have seen a propaganda machine asking if they should overlook violence — suggesting it is the only alternative to the current practice. No one asks for overlooking violence, we are asking to stop disproportionate measures and take proportionate measures instead: educating parents, following up and monitoring for example.

    By this zero tolerance for violance or foster care enforced, I think Barnevernet is hijacking the best interest of the children.

    1. Post
      Author

      Yes, I agree with you. It’s neccesery to stop disproportionate measures. I think that the basic problem is also no respect to family as a value. It’s seems to me that in „modern society” the family is kind of public enemy. It’s start to be common in more and more countries.

  6. Mieliśmy dużo z Bar.Vern., do czynienia i był temat braku uśmiechu. Więc rozmawialiśmy o tym z Nimi i wyraźnie daliśmy do zrozumienia że Polacy z reguły nie przyklejają sobie sztucznego uśmiechu jak to sie robi w Norwegii. Że uśmiech powinien być naturalny a nie wymuszony jak np., w chwili w której „teraz” rozmawiamy. Zrozumieli, nie było problemu. Trzeba umieć mówić, miec głowę na karku, pomaga wykształcenie i praca. A było kiepsko. Głowa do gry, i dużo pewności siebie pomaga niesamowicie z nimi. Pamiętajcie: norwegowie często mają tzw. „overlegenhet kompleks”. Warto o tym poczytać chociaż oni sie do tego nie przyznają.

    1. Też miałem do czynienia z tą instytucją i moje doświadczenia niestety w pełni potwierdzają opinie które można wyczytać w internecie. Ocena rodziny jest zupełnie arbitralna a stopień manipulacji naprawdę może być zdumiewający. Jeśli już podejmą decyzję, że chcą wystawić negatywną opinię (ze wszystkimi tego konsekwencjami) to puszczają hamulce i przepisy prawa przestają się dla nich liczyć. Spotkało nas to mimo, że nie jesteśmy jakąś rodziną z marginesu, wręcz przeciwnie. Oboje mamy skończone studia pedagogiczne, praca w dużej korporacji, zero używek, demokratyczne wychowanie dziecka (ono samo decyduje tak dalece jak tylko jest to możliwe), nigdy żadnego klapsa, bardzo duże zaangażowanie obojga rodziców w edukację dziecka itp. To wszystko niekoniecznie musi mieć znaczenie w rozmowach z BV, co więcej – to wszystko zostało po prostu pominięte, świadomie zignorowane. Norweskie prawo daje temu urzędowi władzę niemal absolutną nad rodziną, a to po prostu musi rodzić patologie, tak jak w standfordzkim eksperymencie więziennym. Oczywiście BV nie każdemu zabiera dzieci, ale jest wiele przypadków w których rozdzielają dzieci od rodziców bez żadnych wyraźnych powodów, tylko na podstawie bezzasadnych domniemywań że rodzice według nich nie będą w przyszłości sprawować dobrej opieki nad dzieckiem. Tak w Norwegii ustawione jest prawo. Zdarza się, że panie z BV zabierają dziecko zaraz po porodzie, jeszcze ze szpitala. I to wcale niekoniecznie musi chodzić o narkomanów (sprawa Natashy i Erika). O podobnych historiach opowiadali też moi znajomi Norwedzy. Nie ma w tym nic tak bardzo nadzwyczajnego, bo wcześniej Norwedzy po prostu przymusowo sterylizowali tych o których przewidywali, że nie będą dobrymi rodzicami, a teraz przyjęli takie bardziej „humanitarne” podejście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *